9.07. SOBOTA

Tutejsi kierowcy zaczynają nam ostro podpadać. Kiedy sprawdzali bilety przed wyjazdem, ze trzy razy pytałem, o której będziemy w Johor – bo tam, jak bilet wskazuje wysiadamy i za każdym razem słyszałem uspokajające: OK, OK. Nie mówili po angielsku, więc nie mogłem wytłumaczyć, o co nam chodzi. Optymistycznie myślałem, że w ten sposób dosyć jasno i wyraźnie dałem do zrozumienia, gdzie chcemy wysiąść i gdybyśmy jednak zaspali, to któryś z kierowców litościwie wywali nas z autokaru w odpowiednim momencie. Obudziliśmy się około 3-ej nad ranem, już pod terminalem granicznym, kiedy kierowca polecił pasażerom przygotować paszporty. Ręce, nogi i członek opadają. Przygraniczny most ma ponad kilometr, niestety nie zdążyłem się rozejrzeć, jak daleko stamtąd do miasta, które minęliśmy. Jeden z kierowców powiedział nam, że most wychodzi wprost na Johor. Jest zdziwiony naszą irytacją – przecież zrobili nam przysługę podwożąc za darmo dalej. Planowaliśmy zostawić plecaki w jakimś hotelu w Johor, teraz figa z makiem. Autokar minął już punkt kontrolny i mamy wybity wyjazd z Malezji. Chcieliśmy wrócić, ale celnicy nie spodziewali się już chyba żadnych petentów i zamknęli swoje okienka na cztery spusty. Pozostało tylko iść dalej do terminalu singapurskiego.  

Punkt odpraw Woodlands robi wrażenie, teoretycznie wygląda jak tysiące innych tego typu obiektów, różnica polega na ilości uzbrojonych w długie automaty wartowników w „australijskich” kapeluszach, którzy stoją dosłownie co kilka metrów. Nawet nie patrzymy w kierunku tablic ostrzegających, że za przemyt narkotyków grozi kara śmierci. Właściwie nie mam nic przeciwko KS-owi, ale czy za przemyt narkotyków też? Co kraj, to obyczaj. Przekładając klisze do podręcznego plecaka odruchowo przetrząsamy wszystkie zakamarki, w końcu plecaki leżały bez kontroli kilka godzin w hotelowej przechowalni, a co najmniej kilka osób słyszało jak pytaliśmy o bilety do Singapuru, kto wie, czy komuś nie przyszedł do głowy jakiś „dowcip” – „bo na tym świecie pełnym złości, nigdy nie dość przezorności...”. 

Z terminalu wyszliśmy kilka minut przed piątą, było jeszcze ciemno. Pół godziny latałem po nielicznych okolicznych pawilonach poszukując kantoru. Wreszcie znalazłem jeden niedaleko przystanku autobusowego – 1$=1.8$S (dolara singapuskiego). Z przystanku wsiadamy w autobus 913 (wskazany przez jednego z oczekujących na przystanku młodzieńców) jadący do stacji kolejki MTR „Woodlands”. Powtarza się sytuacja z Hongkongu – nie mamy drobnych, aby zapłacić kierowcy za bilet. Nowoczesny i czysty autobus nie jest o tej godzinie zbytnio zapchany, ale z naszymi plecakami przeciskamy się z trudem. Przejechaliśmy już ze dwa przystanki na gapę, a tu nikt nie ma rozmienić banknotu 10$S. Jazda bez biletu w kraju, gdzie za rzucenie papierka na ulicę grozi kilkaset dolarów grzywny to zdecydowanie nie najlepszy pomysł i zamierzamy wysiąść na najbliższym przystanku. Niespodziewanie, młody facet którego kilkadziesiąt sekund wcześniej pytaliśmy o drobne na wymianę, podszedł do kierowcy i zapłacił za nas 2 x 0.9$S. Okazało się, że miał tylko 3$S drobnymi – kiedy zaczęliśmy szukać luźnych dolarów amerykańskich, aby oddać mu za bilety tylko się roześmiał i na pożegnanie wcisnął mi ostatniego pozostałego dolara singapurskiego. Deja vu. Teraz już wiem, dlaczego tak lubię Hongkong i Singapur – nie chodzi przecież o te grosze, bo nie jesteśmy żebrakami, po prostu daje to obraz życzliwości i uprzejmości mieszkańców. Zawsze chętni do pomocy, szczęśliwi, zadowoleni z siebie i dumni ze swojego kraju – patrząc na nich trudno nie odnieść wrażenia, że jedynymi problemami z jakimi się zmagają, są co najwyżej rozterki sercowe.  

Na stacji kolejki MTR kupiliśmy bilety do stacji Tanjong Pagar (przez całą długość wyspy) – 2.5$S, skąd kwadrans na piechotę do dworca kolejowego. Pytaliśmy o przechowalnię bagażu na stacjach kolejki miejskiej, ale bezskutecznie, stąd kurs na dworzec kolejowy. Jazda tą estakadową kolejką przez całą wyspę to najlepszy sposób na zwiedzanie. O ile centrum Singapuru składa się głównie z drapaczy chmur, to reszta wyspy daje odpocząć od wielkomiejskiej atmosfery. Gdzieniegdzie normalne bloki mieszkalne (niezbyt wysokie, tyle że zadbane) i dużo zieleni, niekiedy parki przypominają pola golfowe, niewiarygodne, że na tej niewielkiej wyspie mogą być takie puste przestrzenie.  

Trochę inaczej wyobrażałem sobie ten dworzec kolejowy – stacje kolejki miejskiej to esencja nowoczesności, podczas gdy tu stary budynek na uboczu – powycierane kafelki, olejne lamperie, stare i wypaczone drewniane drzwi, ani śladu komputerowych tablic i innych elektronicznych gadżetów, którymi to  państwo – miasto imponuje, nic tu się chyba nie zmieniło od dnia otwarcia. Wygląda jak przeciętny prowincjonalny dworzec w Indiach. Ten jest stacją końcową dla pociągów kursujących między Bangkokiem, a Singapurem. Przechowalnia bagażu jest troszkę improwizowana (skromne pomieszczenie koło toalet, które na pewno nie było zaprojektowane w tym celu), za cały dzień zapłaciliśmy po 3$S.

Pierwsze pół dnia spędziliśmy w centrum, czyli okolicach stacji Raffles Place. To miejsce ma swój niepowtarzalny urok, niby drapacze chmur na całym świecie są takie same, a z tego typu wielkimi miastami jest jak z obrazami impresjonistów – najlepiej podziwiać z daleka. Po wejściu między wieżowce  lądujemy najczęściej w syfiastych, brudnych uliczkach, pełnych tratujących się w pośpiechu ludzi. Tu jest zupełnie inaczej. Sterylna czystość i dla odmiany prawie pusto, a pogoda tym razem jest wspaniała – słońce i błękitne niebo bez jednej chmurki, co podkreśla jeszcze bajkowość tego miejsca. Jeżeli ktoś zmęczy się już spoglądaniem w górę na szczyty wieżowców, może podziwiać „amsterdamski”  krajobraz po jednej stronie Singapore River uchodzącej do Marina Bay. Niskie, kolorowe segmenty mieszczące restauracje i sklepy przypominają do złudzenia Amsterdam. Rzekę przecina kilka mostów, niestety ten z którego rozpościera się najlepszy widok jest zamknięty dla ruchu. Spacerując tu już jakąś godzinę zauważyliśmy nadzwyczajną(?) aktywność funkcjonariuszy tutejszych resortów siłowych – wszędzie pełno wojska i policji, kilka ulic i mostów zamkniętych dla ruchu, żołnierze uprzejmie, ale stanowczo pokazują drogę obejścia zamkniętych rejonów. Wygląda to na przygotowanie do jakiegoś święta, tylko nie bardzo wiem jakiego – National Day będzie dopiero za miesiąc, a żaden z policjantów niższej szarży nie mówi po angielsku. 

Po obejrzeniu hotelu Raffles (ten słynny tutejszy koktajl sobie odpuściliśmy ze względu na cenę – 18$S) obiad w małej knajpce koło hotelu – zupa i kurczak w jarzynach z makaronem – 6$S. Zaraz po tym obiedzie nadzialiśmy się na McDonaldsa, gdzie z ciekawości sprawdziliśmy ceny, i miłe zaskoczenie – porównywalne do Malezji, najtańszy duży zestaw 5.5$S. W sklepie sieci „7/11” promocja, za 1S$ dostajemy litrowy kubek colowego sorbetu, w którym tak rozsmakowaliśmy się w Tajlandii. Im dłużej porównuję tutejsze ceny z naszymi, tym niebezpieczniej  podnosi mi się poziom adrenaliny – są takie same lub niekiedy nawet dużo niższe – niektóre produkty spożywcze i artykuły przemysłowe. Niby już w Polsce, nie ruszając się z domu wiemy o pewnych rzeczach, że tutaj jedne z najniższych podatków na świecie, ogromna konkurencja, minimum regulacji i ingerencji rządu w gospodarkę – słowem państwo jak z Korwina, podczas gdy u nas dożynana coraz wyższymi podatkami „europejska, społeczno – syndykalistyczna gospodarka pseudorynkowa” opleciona tysiącami zbędnych, pasożytniczych urzędów, spółek skarbu państwa i publicznych funduszy „do spraw rozwoju”, czy „rozboju” – już nawet nie pamiętam. Dopiero kiedy doświadczam porównania na własnej skórze, wszystko to dociera do mnie jeszcze boleśniej. Przypominają mi się fragmenty piosenki Kazika – no i coście skurwysyny uczynili z ta krainą... A propos, przy hotelu Fullerton tablica pamiątkowa poświęcona mieszkającemu tu kiedyś Josephowi Conradowi, czyli Józefowi Konradowi Korzeniowskiemu (poddany królowej angielskiej polskiego pochodzenia – pisarz, marynarz, podróżnik, przemytnik i awanturnik, zwycięzca kilku pojedynków) odsłonięta przez ... a jakże – Aleksandra Kwaśniewskiego, który po powrocie stąd do Polski nadal wciska maluczkim, modlącym się do niego idiotom kity o wyższości „modelu soc-europejskiego” nad „dzikim kapitalizmem”, oraz „nigdzie nie udowodnionej zależności między wysokością kar, a poziomem przestępczości” i wynikającej stąd konieczności „tolerancji” dla bandytów. Ciekawe, dlaczego sam nie sprawdził tu tych swoich „mądrości” popełniając choćby najdrobniejsze przewinienie – czyżby jednak bał się, np. obowiązującej tu publicznej chłosty? Oprócz kary śmierci za najcięższe  przestępstwa (m.in. zabójstwo i przemyt narkotyków) i naprawdę drakońskich kar finansowych za najdrobniejsze nawet akty wandalizmu i zakłócania porządku, publiczna chłosta to jedna z najpopularniejszych tutaj kar. No tak, ale tu przecież panuje średniowieczne zacofanie, podczas gdy my bohatersko w awangardzie postępu. Demokracja... nieograniczona władza ignorantów manipulowanych przez garstkę szarlatanów. Szlag jasny. 

Poznany w okolicach Merliona Rumun zachęca nas do odwiedzenia Sentosy – pobliskiej wysepki, będącej ulubionym miejscem wypoczynku mieszkańców Singapuru. MTR-em do stacji Harbour Front, skąd pakujemy się do autobusu, jak się okazuje darmowego, którym po 20 minutach dojeżdżamy na wyspę. Pomiędzy poszczególnymi dostępnymi tam atrakcjami kursuje kilka lokalnych linii autobusowych oznaczonych kolorami. Zdecydowaliśmy się na Underwater World aquarium – 20$S. Dosyć długi, kilkudziesięciometrowy zatopiony częściowo przeszklony tunel daje jakie – takie złudzenie suchego nurkowania. Szkoda tylko, że nie jest to jeden zbiornik, a kilka oddzielnych, aby zapewnić separację żyjących tam gatunków – istnienia niektórych okazów nawet nie podejrzewaliśmy. Największe wrażenie zrobiły na nas ryby w kolorze srebrny/złoty metalic wyglądające jak spłaszczone ludzkie czaszki (tylko trochę większe) – prawdopodobnie drapieżniki i wyglądają naprawdę makabrycznie. Ruchomy chodnik wewnątrz tworzącego okrąg tunelu wymusza cofanie się co kilkanaście sekund – trochę przesadzają z tym luksusem.  

Po wyjściu z aquarium podjechaliśmy do innego miejsca, na występ tresowanych delfinów albinosów. Tym razem już totalne rozczarowanie, aż trudno uwierzyć, że w tym miejscu, gdzie wszystko jest nastawione na dążenie do doskonałości odstawili taką partaninę. Zamiast przyzwoitego basenu o dobrej widoczności, małe jeziorko – bajorko o zamulonej wodzie,  przezroczystość porównywalna do smoły. Delfin zanurzył się na 10cm i tyle go widzieli. Aby cokolwiek zobaczyć, trzeba było zostawić swoje krzesło i po chwili wszyscy tłoczyli się przy brzegu. Niewiarygodne, widziałem ciekawsze delfinaria w państwach dużo biedniejszych od Singapuru. Cóż, gdyby świat był tak 100% logiczny, to można byłoby umrzeć z nudów...

Po powrocie z Sentosy, wieczór spędziliśmy spacerując po Chinatown, a potem do późnej nocy kręciliśmy się jeszcze między wieżowcami w centrum. Przy okazji lekkie spięcie –  Kamila zapomniała wymienić US dolary na singapurskie i zapowiada się, że nie zdążymy na ostatnią kolejkę MTR do dworca kolejowego.  Mieliśmy  do północy być już na terminalu granicznym, tymczasem dopiero po jedenastej wskoczyliśmy do kolejki na stację Tanjong Pagar, w okolicy dworca kolejowego. Przechowalnia była już zamknięta i musieliśmy czekać kilka minut, aż ktoś znajdzie klucz. Na szczęście zdążyliśmy jeszcze na ostatni pociąg do stacji Woodlands. Jesteśmy potwornie zmordowani, od dworca kolejowego do stacji MTR jest jednak spory kawałek, poza tym mamy porządnie w nogach tych kilkanaście godzin latania po Singapurze. Szkoda, że byliśmy tu tylko jeden dzień, bo ta niewielka wyspa zasługuje co najmniej na drugie tyle, ale niestety nie jesteśmy „jednostkami budżetowymi” i w przeciwieństwie do rządu nie możemy sobie pozwolić na deficyt. Na szczęście Kamila jest tak zachwycona tym podwodnym akwarium, że nawet nie wypomina mi tego morderczego, całodziennego maratonu po wielkim mieście.

 

Z powrotem w Malezji i znów na wyspie