W Kuala Lumpur byliśmy kilka minut po 21-ej. Autokar zakończył trasę w Chinatown, gdzie znów czekał już na nas naganiacz, z hotelu Backpakers Travellers Inn. Ach te komórki. Kolejnego „Zygmunta” bym nie zdzierżył, ale ten hotel znaliśmy z przewodnika i należał do jednego z tańszych. Okazało się, że to sam właściciel zaszczycił na powitaniem – zaoferował dwójkę za 25RM (ok.6.5$). Spod niewielkiego placu, gdzie przybił autokar, do hotelu przy Jalal Sultan jest ze 200 metrów. Idąc za naszym przewodnikiem z trudem powstrzymywałem się od odwracania do tyłu, gdzie jakieś 2-3 kilometry dalej, spoza budynków wyłaniały się zakończone iglicami szczyty Petronasów.  

Nasz hotel to trochę mniejsza kopia Chunking Mansions z Hongkongu. Pokój rozmiarów podwójnego łóżka, z wewnętrznym oknem na korytarz. Jest dosyć obskurny, a wygląda na to, że spędzimy tu przynajmniej ze trzy noce. 

Pierwsza naprawdę niebezpieczna sytuacja „podbramkowa”, od razu na powitanie. Wyszliśmy z hotelu kilka minut po 22-ej, na krótki spacer po okolicy, tak nam się zdawało. Oceniając „na oko” odległość do Petronasów liczyliśmy, że najdalej w pół godziny podejdziemy do nich spacerkiem. Tymczasem ulice przypominały istny labirynt i choć to może niewiarygodne, ale po kilku zakrętach straciliśmy wieże z oczu. Inne budynki są dostatecznie wysokie, by w ciasnej i krętej zabudowie zasłonić nawet najwyższe(?) drapacze chmur świata. W dodatku, dosyć długa ulica w którą weszliśmy okazała się ślepa i dopiero klucząc po jakimś parkingu wydostaliśmy się na inną, prowadzącą do Chinatown, tę samą zresztą, którą tu przyjechaliśmy autokarem – była 23.30. Nagle podjechał do nas samochód, z którego wyskoczył facet około 40-ki. Kazał nam się zatrzymać, potem wrzeszczał, że jest z policji i mamy pokazać im paszporty. Jego dwaj kolesie wyglądali z auta przez uchylone drzwi po obu stronach tylnego siedzenia. Totalne pustkowie, ja tylko z Kamilą i ich trzech. Najgorsze było to, że w pierwszej chwili, nie byłem pewny, czy rzeczywiście są z policji – co prawda byli po cywilnemu, ale kto tam ich wie? Grając na zwłokę wysunąłem na chwilę paszport z kieszeni, zaraz potem chowając rękę z powrotem, ale tym razem już zaciśniętą ma rękojeści sprężynowego noża. Gdybym chociaż miał pewność, że na pewno nie są policjantami, to trafiłbym tego najbliższego raz a dobrze (mimo, iż sam schudłem już prawie z 10 kilo, różnica masy była raczej na moją korzyść), przyłożył nóż i użył gościa jako tarczy, ale bałem się, że jeżeli wystartuję z nożem do prawdziwego policjanta, to nie wyjdę z kryminału do końca życia. Starając się utrzymać pozory wyluzowania poprosiłem go o pokazanie legitymacji. Facetowi to się nie spodobało, a jego koledzy również wyszli z samochodu. Jeżeli miałoby dojść do walki, to lepiej było nie prowokować ich za wcześnie, żebym sam mógł zdecydować o momencie ataku. Kamila zachowała się rewelacyjnie – zaczęła na nich wrzeszczeć, że nie są policjantami, tylko opryszkami i osiągnęliśmy cel. Facet machnął mi błyskawicznie przed oczami czymś, co prędzej mogło być biletem miesięcznym, albo kartą z wypożyczalni video, ale na pewno nie policyjną legitymacją i teraz sprawa była już jasna. Kamila nadal darła się na nich, ja stałem z ręką zaciśniętą na bezpieczniku noża już wyjętego z kieszeni. Przez kilkanaście sekund mierzyliśmy się wzrokiem i w końcu zrezygnowali. Krzyczeli, że zaraz sprowadzą radiowóz i nas aresztują, ale w końcu schowali się do samochodu. Odeszliśmy nie spuszczając z nich oczu, kiedy koło nas przejeżdżali, skręcili gwałtownie, jakby chcieli nas potrącić, ale zrobili to już chyba tylko na pokaz, zresztą krawężnik był na tyle wysoki, byśmy nie musieli się obawiać. Nie zatrzymali się już jednak i po chwili odetchnęliśmy z ulgą. Gdyby jednak zaatakowali, to przeciwko trzem nie obyłoby się bez użycia noża (chociaż wszyscy byli raczej mikrej postury), a czy byli uzbrojeni? Może lepiej, że się nie dowiedzieliśmy. Trzeba będzie jednak ograniczyć nocne spacery po tym mieście, choć zawsze mi się wydawało, że tu powinno być dosyć bezpiecznie. Cóż, to jednak nie Hongkong.  

  

5.07 WTOREK

Noc nie była zbyt miła, godziny efektywnego snu mogliśmy policzyć na palcach jednej ręki. Nie chodziło bynajmniej o rozpamiętywanie dramatycznych przeżyć z nocy. Nasz hotel jest tragiczny. Na nieszczęście mamy pokój zaraz przy jednej z najczęściej uczęszczanych łazienek na piętrze i jakby tego jeszcze było mało, zaraz przy drzwiach łączących korytarz ze schodami. Całą noc kręcą się tabuny dzikusów – głośne pogawędki i śmiechy w oczekiwaniu na swoją kolej pod prysznic lub do toalety, i jeszcze w promocji trzaskanie drzwiami. Jeżeli wychodzącemu z łazienki nie chciało się zgasić światła, to przez wysoki świetlik pod sufitem i poprzez liche zasłonki w naszym oknie wdzierało się do pokoju ostre światło rażąc w oczy. I tak przez pół nocy – uciszanie bezmyślnych wyjców i gaszenie po nich światła. Wiem, że decydując się na hotel tej klasy nie można oczekiwać warunków jak w Waldorf Astorii, ale jakieś minimum przyzwoitości i kultury obowiązuje chyba do kurwy nędzy? Na korytarzu jak byk wisi regulamin zakazujący hałasów po godzinie 22.00 i jeżeli już właścicielowi się chciało go napisać, to mógłby zapewnić jego egzekwowanie. Najgorsze były jakieś dwie młode anglojęzyczne idiotki mieszkające drzwi za nami – rechotały równie głośno, jak bezsensownie. I niestety wygląda na to, że takie zachowania są tutaj standardem. Najgorsze, że jak w końcu nie wytrzymam i zwymyślam któregoś z tych szympansów, to będą hałasować już czysto złośliwie – co jest gorsze: chamstwo bezmyślne, czy zaplanowane? A to ci wybór. Szlag jasny... 

Po wyjściu na śniadanie upewniliśmy się, że ceny w Malezji są trochę wyższe, niż w Tajlandii. Tutaj też jest sporo sklepów „7/11” ale asortyment jest uboższy – żadnego stoiska z hot-dogami. Cola z automatów droższa (kubek 0.5l – 1.8RM), wszystko inne też jakieś 10% droższe. Do tutejszych specjałów serwowanych na prymitywnych ulicznych kuchniach nie mamy zaufania, bo i nie wygląda to zbyt apetycznie. W końcu trafiliśmy na jakąś cukiernię ze słodkimi bułkami, dobre i to. W najbliższej okolicy są dwa McDonaldsy, oddalone od siebie o góra 150 metrów – najtańszy zestaw kosztuje 7RM + 1RM za ewentualne powiększenie go do wersji max.  

Pierwszą rzeczą jaką planowaliśmy zrobić, była wizyta w konsulacie tajskim i wyrobienie powrotnej wizy. Niedaleko naszego hotelu znajduje się stacja estakadowej kolejki LTR – Pasar Seni, skąd najłatwiej dostać się pod wieże Petronas i do tajskiego konsulatu (stacja Ampang Park). Cena biletu zależy od długości odcinka – od Pasar Seni do strefy „okołopetronasowej” – 1.6RM. Po wyjściu ze stacji Ampang trzeba minąć McDonalds'a i prosto jeszcze jakieś 200 metrów. W pawilonie przy McDonaldsie jest supermarket, w którym można kupić bardzo tanią wodę – 1.5l -1.2RM. Jak zwykle mamy „pe-cha” i spóźniamy się 5 minut – podania składa się 9.30 - 11.30.  

Przystanek na piechotę do stacji KLCC (zaraz pod wieżami) i dopiero stamtąd kolejką z powrotem do hotelu. Jak się dowiedzieliśmy przy okazji, od godziny 8.30 można odebrać bezpłatne bilety wstępu na most pomiędzy wieżami – żeby się jednak załapać, najlepiej stanąć w kolejce już około 6-tej, bo chętnych nie brakuje, a wydają tylko kilkaset sztuk dziennie.  

Po powrocie do Chinatown obiad w McDonald’s i autobusem miejskim (nr 11 lub 69 – 2RM) do jaskiń Batu. Autobusy odchodzą z okolic hali Central Market, a jedzie się około 40 minut na przedmieścia stolicy. Jadąc tym autobusem od razu zauważamy różnorodność etniczną i kulturową Malezji. Ten kraj to istny tygiel ras i kultur – Malaje, Chińczycy. Hindusi, Tajowie. Religią dominującą jest islam, ale wyznawcy innych mają pełną swobodę. Drugą najliczniejszą religią jest hinduizm, buddyzm, chrześcijaństwo i animizm to już margines. W okolicy jest kilka meczetów i szkół – nasz autobus pełen jest młodych dziewcząt z chustami na głowach i w biało – niebieskich mundurkach. W odróżnieniu od swoich rówieśnic z większości krajów arabskich, poza tymi chustami zakrywającymi włosy, chodzą ubrane dosyć swobodnie – obcisłe jeansy i bluzki z krótkimi rękawami.

Nie zabawiliśmy tam długo, było już po 15-tej i agresywne popołudniowe słońce utrudniało robienie zdjęć. Wspinając się po 272 stopniach prowadzących do jaskini schodów, warto uważać na dokazujące małpy. Schody są dosyć strome, a małpy niesforne, posiadanie przy sobie czegokolwiek do jedzenia i to na widoku, zdecydowanie niewskazane. Słońce powoli zachodziło i do wnętrza jaskini nie dochodziło za dużo światła. Bez statywu niewiele mam tu do roboty, na szczęście koło naszego hotelu jest spore targowisko, gdzie widziałem gościa z tym towarem. 

 Godzinę później byliśmy już w hotelu, kolacja w McDonaldsie, gdzie spotkaliśmy parę rodaków – studenci na praktykach w ramach wymiany. Na pobliskim pasażu handlowym można znaleźć dosłownie wszystko – ciuchy, podróbki zegarków Rolex, a także filmy na DVD – niektóre wydane tu jeszcze przed ich premierą kinową w Hollywood. Właściciel stoiska z akcesoriami fotograficznymi chyba zbytnio się przejął swoją rolą, bo wycenił odpowiadający mi statyw na kwotę wyższą, niż w firmowym salonie w Polsce. Kilkadziesiąt metrów dalej, przeciskając się w tłoku poczułem, jak ktoś dobiera mi się do zapiętej na rzepy kieszeni w spodniach, gdzie trzymałem paszport. Odruchowo machnąłem łokciem za siebie, a po odwróceniu się zobaczyłem kilku tubylców, ciągnących za fraki jakiegoś małolata trzymającego się za szczękę. Ciekawe, czy zabrali go na stronę, żeby wymierzyć mu karę własnoręcznie, czy też tylko ewakuowali, abym nie zdążył wezwać policji? 

Nie zdążyłem tego przemyśleć, bo kilkanaście sekund później dostrzegłem w tłumie dwie znajome twarze – chłopaki, których poznaliśmy w hotelu „Wally house” w Bangkoku. Mała ta Azja jakaś... Dowiedzieliśmy się, że kiedy my wałkoniliśmy się na Ko Samui, oni robili to samo na malezyjskiej wyspie Perhentian, którą niesamowicie wychwalali – trochę drogo, ale przepięknie. Swoją drogą, to naprawdę niewiarygodne – żegnając się w Bangkoku nie planowaliśmy ponownego spotkania, tym bardziej, że ani oni, ani my nie mieliśmy jeszcze sprecyzowanych planów. Nawet zakładając, że większość trampów w Kuala Lumpur szuka noclegu w Chinatown, to i tak prawdopodobieństwo spotkania jest porównywalne z trafieniem szóstki w totka.    

  

6.07. ŚRODA

Znów zarwana noc. Planowaliśmy wstać wcześnie i załatwić te wejściówki na Petronasy, a potem tajską wizę. Niestety, po całonocnej nerwówce z uciszaniem osobników o językach bardziej rozwiniętych od mózgów i gaszeniu świecącego w oczy światła, w końcu zaspaliśmy. 

Śniadanie tym razem w tubylczej knajpie koło hotelu – duża sala podzielona między kilka kuchni i kilka tutejszych „szwedzkich stołów” z garnkami i miskami. Samemu nakłada się na talerz, potem kucharz na oko wycenia wartość posiłku. Trudno się przy tym powstrzymać od samodzielnego podliczania w myślach wartości swojego zamówienia (co jest utrudnione o tyle, że na żadnym garnku nie ma ceny) i chwilę później ten najbardziej ekscytujący moment – trafiłem, czy nie? Bezbłędnie. Kucharz wycenił mój talerz na 8RM, czyli tyle samo, ile ja z bólem w sercu. I pomyśleć, że w Polsce w podobny sposób politycy dokonują transakcji na miliardy złotych za pieniądze podatników. Zdecydowanie większe zaufanie mam do tutejszych kucharzy.

Skoro dziś nam nie wyszło z Petronasami, postanowiliśmy poszukać wrażeń na KL Tower, wieży widokowej. Znajduje się ona w sumie niezbyt daleko od Petronasów, ale trafienie do niej, to już wyższa szkoła jazdy. Wszystko przez dosyć pokręconą zabudowę miasta – prawie jak labirynt. Długie ulice – w dodatku niekiedy ślepe i ogromne tereny zamknięte dla ruchu, ogrodzone, należące czy to do luksusowych hoteli, czy jakichś publicznych instytucji. Wydaje ci się, że jesteś już dwa kroki od celu i nagle mur, musisz wracać kilometr, albo więcej i znów jesteś w punkcie wyjścia. KL Tower stoi jeszcze w dodatku na małym wzgórzu i jak się zorientowaliśmy prowadzi do niej tylko jedna droga. My bezskutecznie ponad godzinę staraliśmy się podejść do wieży od strony najbliższej stacji kolejki LTR - Masjid Jamek, tymczasem trzeba było kilometrami obejść wzgórze by trafić na jego przeciwległą stronę, przy hotelu Shangri La, skąd odchodzi mała uliczka pod górę. Na miejscu okazało się, że wstęp kosztuje 15RM. Zdecydowaliśmy się poczekać z tym do wieczora, panoramę miasta w ciągu dnia możemy zobaczyć za darmo z Petronasów – niestety łączący je most dostępny jest dla turystów tylko do godziny 17-tej. Patrząc po mapie, do Chinatown nie powinno być tak daleko i poszliśmy pieszo. Szybko jednak daliśmy sobie spokój (układ ulic na planie nijak miał się do rzeczywistego) wskakując do autobusu, którego kierowca potwierdził pożądany kierunek. Po 5 minutach jazdy byliśmy koło Central Market, rzut beretem od hotelu. Powoli zaczynam łapać topografię Kuala Lumpur. To zawsze jest taki męczący rytuał, kiedy przyjeżdżając do kolejnego wielkiego miasta trzeba się go uczyć boleśnie od zera – najpierw jest to lekko przerażające, potem już ta rutyniarska pewność, że najdalej po 3-4 dniach będę po nim śmigał prawie tak swobodnie, jak po Warszawie.  

Po powrocie do hotelu poszedłem na targowisko przy McDonaldsie, gdzie odnalazłem gościa ze statywami. Tym razem spokorniał i sprzedał mi statyw za 40RM, ¼ poprzednio żądanej ceny. Obiad w tej samej knajpie (niedoszacowałem wartości swojego talerza o 0.5RM) i pod wieczór kolejką podjechaliśmy pod Petronasy, skąd kilka minut po 20-tej pomaszerowaliśmy w kierunku KL Tower. Obyło się już bez błądzenia, aczkolwiek dojście tam zajęło nam prawie pół godziny – ostatni bilet sprzedają o 21.30.

Totalne rozczarowanie, cały efekt popsuty przez palące się wewnątrz światła odbijające się od szyb, co ogranicza widoczność o połowę. Cholera, wywalili taką wieżę (276 metrów), a nie mogli sensownie rozplanować oświetlenia, aby nie dawało refleksów. Niby potrafią zaimponować rozmachem tych budowli, ale zawsze schrzanią cały efekt jakimś głupstwem. Zmarnowane 15RM.

Około 22.00 byliśmy z powrotem pod Petronasami, kręcąc się dookoła w poszukiwaniu jakiegoś wysokiego budynku do którego dałoby się wejść, aby z jego szczytu złapać lepszy widok, ale bez rezultatów. Przy jednym ucięliśmy sobie krótką pogawędkę z grupą pilnujących wejścia ochroniarzy – Gurkhów, niestety nie mogli nas wpuścić do środka i widać było, że jest im równie przykro, jak nam. 

  

7.07. CZWARTEK

Znów zaspaliśmy przez te cholerne nocne hałasy. Ja już troszkę do tego przywykłem, ale Kamila ciągle bardzo źle to znosi. Zdążyliśmy na szczęście załatwić przynajmniej wizy tajskie – 100RM, odbiór jutro. Wcześniej musiałem zrobić zdjęcia do formularza (10 sztuk – 12RM) i kiedy się zobaczyłem na odbitkach o mało nie padłem. Zdawałem sobie sprawę, że schudłem, ale to co zobaczyłem na zdjęciu... Jeszcze mi tej wizy nie dadzą, bo pomyślą, że jakiś narkoman na wykończeniu, o cholera... 

Wieczór dla odmiany w okolicach Merdeka Square i starego ratusza z czasów kolonialnych. To bardzo miłe miejsce, zachód słońca jest tu wspaniały. Potem postanowiliśmy przejechać się po mieście kolejką LTR, ale po 2 stacjach w tę i z powrotem porzuciliśmy ten zamiar – bilety są jednak dosyć drogie (od 1.2RM do 2.6RM – w zależności od trasy i linii obsługującej), a kierunek wybraliśmy niezbyt ciekawy – do stacji Pudu Star. 

  

8.07 PIĄTEK

Ostatni dzień w Kuala Lumpur. O 7.30 wymeldowaliśmy się z hotelu (z pewną ulgą), za przechowanie bagaży pani w recepcji zażądała po 2RM. Skandal.  

Punkt ósma byliśmy w Petronasach, biuro wydające bezpłatne wejściówki mieści się na poziomie „-1”, zresztą nie musieliśmy szukać długo, kolejkę widać było z daleka. Przed nami już jakieś 100 osób, ale powinniśmy się załapać.

Kilkanaście minut po 9-tej byliśmy na moście. Wszystko trwało raptem 10 minut, rotacja jest spora – kilkunastoosobowe grupy mijają się windami śmigającymi w dół i w górę, ale warto i bynajmniej nie tylko dlatego, że za friko. Mieliśmy „pe-cha” jak zwykle, bo w powietrzu wisiała lekka mgła, ale i tak widok z wysokości ponad 280 metrów jest ciekawy. Kuala Lumpur to dosyć nowe miasto, jeszcze 150 lat temu była tu tylko górnicza osada u zbiegu „dwóch rzek błota” jak tłumaczy się nazwę stolicy. 

Najniższe kondygnacje Petronasów to olbrzymie centrum handlowe – setki sklepów i restauracji. Obiad w jednej z nich dosyć drogi – 11.5RM za wegetariańskie dania na zimno, nic ciekawego.  

Kilka minut po 11-tej odebraliśmy nasze wizy i wróciliśmy do Chinatown, skąd autobusem nr 11 ponownie pojechaliśmy do jaskini Batu.

Warto tu zostać kilka godzin, wewnątrz panuje kojąca cisza, przerywana niestety co kilkanaście minut rozmowami nielicznych na szczęście turystów i pokrzykiwaniem małp dokazujących na schodach łączących obie części jaskini. Pierwsza jest w kształcie gotyckiej katedry (wysoka, z kilkoma mikroskopijnymi „świetlikami” w suficie) do której schodzi się kilkanaście stopni, a po jej drugiej stronie jest kilkadziesiąt schodów w górę, prowadzących do drugiej komory, mniejszej i bez dachu – taka gigantyczna studnia. Ponad godzinę bez przerwy łaziłem od jednej do drugiej, wpatrując się w ściany upstrzone niesamowitymi wzorami wykonanymi ręką natury. Dopiero, kiedy rozbolały mnie nogi zrozumiałem, że nie tędy droga – wystarczyło usiąść na ziemi kawałek za schodami prowadzącymi do wyjścia, by móc spokojnie wypatrywać rzeźb ukrytych w chaotycznym gąszczu tej pozornie bezsensownej plątaniny niesamowitych kształtów. Już po kilkunastu minutach na jednej ze ścian wypatrzyłem olbrzymiego potwora ze świńskim pyskiem, jakby siedzącego na tronie. Wystarczyła godzina, abym skompletował niezłą galerię starannie zamaskowanych postaci, które zazdrośnie strzegą swojej dyskretnej obecności. Nie pokazują się tym rozwrzeszczanym grupkom tubylców lub białych, chaotycznie strzelających do siebie fleszami. Wygodna szybkość flesza upośledza jednak trochę zdolność postrzegania, mozolne ustawianie statywu do zdjęć na otwartej migawce wymaga większej koncentracji podczas komponowania kadru, tym samym zwiększa szansę na dostrzeżenie rzeczy ukrytych na drugim planie. Siedząc ponad dwie godziny na swoim miejscu nie zauważyłem, aby ktokolwiek patrzył w jedno miejsce dłużej, niż 10 sekund. Większość odwiedzających omiata ściany wzrokiem, niczym radarem o ustalonej prędkości skanowania, a to za krótko, by cokolwiek dostrzec. Czego tu nie ma, nad schodami prowadzącymi do drugiej sali, zza ściany wychyla się kowboj w kapeluszu z coltem gotowym do strzału, gdzieś indziej matka tuląca dziecko, para splecionych kochanków, obcy wcale nie gorszy od tego z Nostromo i jeszcze kilka innych postaci mogących być inspiracją dla Boscha lub Beksińskiego. Ale to widać dopiero po zatrzymaniu się na kilka minut w jednym miejscu i wsłuchaniu w ciszę, niestety czwórka aktualnie oglądających jaskinię skośnookich (Chińczycy? Japończycy?) dziewczyn i młodzieńców boi się ciszy. Właśnie zaczęli się bawić w badanie akustyki groty – pokrzykują ochoczo śmiejąc się z odpowiadającego im echa. Po kilku minutach tego koncertu nie wytrzymałem i podszedłem do jednej z dziewczyn pokazując jej palcem spoglądające na nią z dezaprobatą monstrum ze ściany. Ponad minutę pokazywałem jej kontury potwora, jej towarzysze załapali pierwsi i teraz już w ciszy zajęli się spokojnym wypatrywaniem kolejnych. Może jeszcze coś z nich będzie...  

Miejsce jest przepiękne, ale niesamowicie oszpecone, po prostu kryminał. Oprócz tej głównej jaskini, nieopodal są jeszcze dwie pomniejsze, za wstęp do których Kamila zapłaciła kilka ringitów. Wróciła już po niecałej godzinie zniesmaczona i zaszokowana. Jaskinie nie były tak olbrzymie jak ta główna,  ale i tak może byłyby całkiem – całkiem, gdyby nie jeden drobny szczegół –  otóż całe, od podłogi, aż do sklepienia pomalowano jaskrawymi kolorami na olejno. Tutaj też trudno nie dostrzec śladów podobnego barbarzyństwa. Na tych przepięknie i misternie wyrzeźbionych skałach jakiś kosmiczny cymbał wymalował białą farbą prawie trzymetrową lamperię zakrywającą naturalne kolory skał wywołane działaniem wody i mchem w różnych odcieniach zieleni. Zaraz w wejściu, przy wiodących do sali „katedralnej” schodach postawili koszmarny kiosk – sklepik, z niemożliwie tandetnymi pamiątkami. Czy nie można było tego potworka  postawić przed jaskinią, na dole? Ale to i tak jeszcze nie wszystko, bo prawie wszystkie kąty jaskini zaśmiecone są (dosłownie) jakimiś ceglanymi rupieciarniami. No i te ohydne stalowe poręcze dzielące główną komorę. Zaraz przy schodach łączących obie części jaskini straszy stalowy szkielet jakiejś bramy z drucianą siatką. I na co to komu? Koszmar. Wiem, że jest to miejsce hinduskiego kultu religijnego – na przełomie stycznia i lutego odbywają się tu widowiskowe ceremonie, podczas których tysiące wyznawców dla odbycia pokuty kaleczą swoje ciała i wciągają tu na wbijanych w skórę hakach rydwany – ołtarze, ale czy teraz, kiedy już jest po wszystkim, nie mogliby uprzątnąć tu trochę i pochować te niezbyt estetyczne organizacyjne rekwizyty? Zeszpecić takie piękne miejsce i cud natury – te poręcze i ceglane rupieciarnie można by jeszcze jakoś usunąć i posprzątać, niestety zamalowane na biało fragmenty ścian są już chyba zniszczone bezpowrotnie, nawet jeżeli udałoby się zmyć tę farbę, to i tak pozostanie po niej nienaturalne przebarwienie. Co za skończone osły... Dobrze, że przyjechaliśmy tu teraz, bo kto wie, jak będzie wyglądało to miejsce za dwa, albo trzy lata? Może jakiś „geniusz” wpadnie na pomysł pomalowania całej jaskini, na podobieństwo tych, które widziała Kamila? Udoskonalą, pomalują na krzykliwe kolory, co trzeba wyrównają i obłożą kafelkami, będzie „gites tenteges”. Po tym co tam zobaczyła, Kamila twierdzi, że to wcale nie musi być ponury żart. Zresztą te schody wewnątrz też są... 

Nie zdążyłem dokończyć, bo jakaś młoda tubylka właśnie wywinęła na nich orła. Schody łączące obie części jaskini są dosyć wysokie i strome, a stopnie wąskie. Dziewczyna schodziła sobie nonszalancko, oglądając się za siebie w stronę swoich przyjaciół i nie zauważyła małpy siedzącej nieopodal na poręczy. Kiedy ta się spłoszyła z wrzaskiem, dziewczyna straciła równowagę i zrobiła kilka pełnych fikołków po betonowych schodach. Wyglądało to strasznie, bo zleciała z 5-6 metrów, raz po raz uderzając głową i myśleliśmy, że skręciła kark. Na szczęście kiedy ją podnieśli, zdołała się utrzymać na nogach i chyba nic poważnego się jej nie stało. A wracając do tych schodów, oprócz tego, że lepiej na nich uważać, to pomalowane są w Samoobronę, czyli biało – czerwone pasy, co też pasuje do całości, jak siodło do krowy. Hinduizm ma tendencję do nadużywania kolorów przy ozdabianiu swoich świątyń, ale czym innym jest wypacykowanie budowli będącej dziełem własnych rąk, a czym innym zeszpecenie takiego cudu natury. Kończę, bo się wścieknę... 

Powrót do Chinatown zajął nam trochę więcej czasu. Jaskinię opuściliśmy około 17.30, a pod hotelem byliśmy po 19-tej. Wszystko przez straszne korki po drodze, zamiast pół godziny – półtorej. Nasz hotel organizuje transport do Singapuru, lub przygranicznego miasta Johor Bahru. Z uwagi na 6RM różnicy wzięliśmy bilety do J.B – 24RM. Zresztą nocleg w Singapurze może być za drogi, lepiej zakwaterować się w Johor. Nasz autokar startuje o 23.00, na miejscu będziemy „rano”, choć nie wiadomo dokładnie o której, bo nasza pani (jaka tam pani, kilkunastoletnia smarkula) z recepcji sprzedająca nam bilety sprawia wrażenie, jakby robiła łaskę, że w ogóle żyje. Ożywiła się na chwilę, kiedy zażądała zapłaty za „zgubiony” numerek od przechowalni plecaków. Gdy się jednak okazało, że ma go już w zeszycie, całkowicie odmówiła jakiejkolwiek współpracy. Z tego co pamiętam, Malezja nie doświadczyła komunizmu, więc skąd u niej takie nawyki? Tylko im dać d...krację, to Partia Buców i Nierobów wygrałaby każde wybory (jak wszędzie zresztą), dobrze że tu jest jeszcze w miarę rozsądny król, a władza niższego parlamentu jest symboliczna. Zapomniałem napisać, że litr benzyny kosztuje tu niecałe 2RM, czyli jakieś 55 centów. Bez komentarza.

 

Singapur - państwo jak z Korwina...