26.06. NIEDZIELA

Kilka minut po 5-tej jesteśmy na przystani – mała restauracyjka z brudnymi plastikowymi stołami i krzesłami okupowanymi przez śpiące psy. Przed nami prawie trzy godziny czekania na prom, w towarzystwie setek komarów. Tym razem darowałem sobie faszerowanie się antymalarykami, owszem mamy na wszelki wypadek opakowanie lariamu, ale to tylko „first aid”, aby mieć tych kilka godzin na dotarcie do szpitala. Na razie musi wystarczyć preparat „mugga” do smarowania i jakiś amerykański wojskowy spray na moskity.  

Wypłynęliśmy kilka minut przed 8-mą i już w pełnym słońcu równo o 11-tej byliśmy na wyspie Ko Samui. Na przystani oczekiwały już taksówki i tuk-tuki – wyspa jest spora, znajduje się tu kilka plaż oddalonych od siebie o kilka kilometrów. Właściciel sporej furgonetki oferuje nam przejazd między dwoma plażami Lamai i Chaweng do wyboru, za 50 bathów od łebka. Po dojechaniu na główną ulicę w okolicach plaży Lamai kierowca wysadza nas przed kolonią luksusowych bungalowów, powyżej 1000 bathów za noc. Kamila idzie na szybkie zwiady i wraca rozczarowana – plaża nieciekawa, zanieczyszczona. Pakujemy się z powrotem do furgonetki i jedziemy na Chaweng – to samo, niezbyt miło i drogo, nic dziwnego, to największa plaża na wyspie. Narada na ulicy, zauważyliśmy, że na wyspie oprócz zwykłych taksówek są też specjalne samochody, z wypisanymi na tabliczkach nazwami plaż, między którymi kursują. Około 14-tej lądujemy na plaży Maenam, na północy wyspy. Kursowanie między plażami zajęło nam ponad 3 godziny i kosztowało 100 bathów (te „wahadłowe” międzyplażowe samochody kosztują po 50 bathów, niezależnie od dystansu. Wyspę obiega obwodnica z kilkoma „szprychami” dla skrócenia dystansu, a każda z plaż jest od razu miniaturowym miasteczkiem – na głównej, najczęściej równoległej do morza ulicy sklepy, restauracje, hotele. Plaża Maenam też nie jest rewelacyjna – piasek szary, mnóstwo połamanych gałęzi. Domek dosłownie na plaży za 300 bathów. Własna łazienka z zimną wodą, lodówka. Niestety sporo moskitów i to nawet w teraz ciągu dnia, a co będzie wieczorem? Ściany domku zbijane z desek mają spore prześwity, poza tym kilkucentymetrowe szpary w drzwiach i oknie. Przy głównej ulicy oddalonej od plaży o jakieś 300 metrów nie ma zbyt wielu sklepów i restauracji – pusto tu. Niby lepiej, bo nie ma tłoku, ale lustrując ceny w knajpach od razu zrozumiałem, że turystę który się tu w końcu pojawi wypuszczą w samych sandałach. Lekka sprzeczka z Kamilą, bo nie bardzo mi się tu podoba, a ona ma już dosyć przeprowadzek.  

  

27.06. PONIEDZIAŁEK 

Po 11-tej wymeldowaliśmy się z tego domku, ustaliliśmy, że poszukamy jeszcze lepszego miejsca, a jak się nie uda, to najwyżej tu wrócimy. Zatrzymujemy samochód z tabliczką do Lamai, przez Chaweng. Chcieliśmy jechać do końca na Lamai, ale w Chaweng kierowca zatrzymał auto i oznajmił, że to koniec trasy. Pokazałem mu na jego własnej tabliczce, że koniec powinien być na Lamai i za to mieliśmy mu zapłacić po 50 bathów, na co facet wskazał inny samochód, również z Lamai na tablicy (w domyśle za kolejne 50 bathów). Zaczyna się taksówkowo – rikszowa hochsztaplerka. Schowałem z powrotem do kieszeni przygotowane 50 bathów i poinformowałem go o obyczajach panujących w naszym kraju, gdzie nie płaci się za usługę niewykonaną zgodnie z zawartą umową, a reguły kontraktu stanowi tabliczka z nazwą Lamai, jako stacją końcową. Zaczął się wydzierać i straszyć mnie tajskim boksem, pogadaliśmy sobie i było miło (z tym, że ja go nie straszyłem), potem zignorowaliśmy jego przekleństwa i groźby, i odeszliśmy. Zrobiliśmy jakieś pół kilometra ulicą na Chaweng, co jakiś czas schodząc w kierunku plaży, aby ocenić sytuację. Plaże niekiedy koszmarnie zasyfione, a przy nich luksusowe hotele i bungalowy z wyczesanymi basenami zaraz przy plaży. Na leżakach przy basenach smażą się ludzie płacący tu ponad 2000 bathów za pokój. Na samej zaśmieconej  plaży pusto, teraz już wiem, po co buduje się baseny 20 metrów od morza... 

Zdecydowaliśmy się iść kilka kilometrów z plecakami na Lamai, ale samo przejście wzdłuż Chaweng zajęło nam ponad godzinę. Okazało się, że po przeciwnej stronie Chaweng plaże są całkiem – całkiem. Idealnie biały piasek i dosłownie krystaliczna woda w której już na głębokości kostek buszują dziesiątki małych rybek. Co prawda sporo przyplażowych hoteli i domków, ale zadziwiająco mało ludzi, większość nie na samej plaży, ale w przylegających ogródkach z basenami i  leżakami. Widocznie nie lubią słonej wody. Gdyby znaleźć tu jakiś w miarę tani nocleg, to byłoby nieźle...   

Nocleg się znalazł, co prawda spory kawałek za główną ulicą, jakieś 300 metrów od plaży (i to przez jakieś rozkopane wertepy), ale tylko 350 bathów za duży bungalow z dwoma pokojami, łazienką, TV i lodówką. Mimo to postanowiliśmy sprawdzić jeszcze raz Lamai, tu zawsze możemy wrócić.  

To była prawdziwa katorga – droga z Chaweng do Lamai prowadzi pod górę i to miejscami ostro pod górę. Po około 3 kilometrach jakie zrobiliśmy w pełnym słońcu z plecakami, na podstawie znaków orientacyjnych na naszej mapie wywnioskowaliśmy, że jesteśmy w połowie drogi. Kiedy za zakrętem zobaczyliśmy kolejny kilkukilometrowy, ostry odcinek pod górę, zapytaliśmy o drogę jakiegoś tubylca i ten szybko wyprowadził nas z błędu – do Lamai było jeszcze sporo ponad 5 kilometrów. Podobno najlepszy sposób na mendy, to je polubić. Zatrzymaliśmy w końcu „Lamai taxi” i wytargowaliśmy po 45 bathów (przy okazji zorientowaliśmy się, że tubylcy płacą między 20-25). 

Kręciliśmy się po Lamai jakąś godzinę upewniając się, że najlepszym wyjściem będzie powrót na Chaweng, do znalezionego domku niedaleko tej przyjemnej plaży. Znów trzeba było korzystać z tuk-tuka, ale tym razem wytargowaliśmy już po 40 bathów. Jadący tuk-tukiem Francuzi obserwując te zacięte negocjacje wymieniali chyba jakieś ironiczne uwagi pod naszym adresem, ale mało się tym przejąłem, poza tym opinie tego typu przedstawicieli owej nacji szczególnie bardzo mało mnie obchodzą. To przez takich zadufanych w sobie osłów płacących bez szemrania każdą podaną im podwójną cenę trzeba potem robić za frajera. Anglosasi (może poza amerykańskimi emerytami i „blondynkami”) targują się prawie zawsze, dla zasady, z szacunku dla własnej pracy i swoich pieniędzy, a to francuskie nowobogackie pozerstwo wyuczone najczęściej za forsę z zasiłków jest wybitnie irytujące.  

Po zainstalowaniu się w hotelu około 16-tej – (350 bathów/noc – musieliśmy zapłacić za 4 dni z góry) zdążyliśmy jeszcze załapać się na godzinę słońca na plaży. Tu naprawdę jest przyjemnie, a ludzi dużo mniej, niż wynikałoby to z ilości bungalowów. Aby wyjść z ulicy na plażę, trzeba przejść przez teren któregoś z hoteli, ale w obie strony nie mieliśmy z tym kłopotów. Przy okazji spacerując główną ulicą Chaweng po zaledwie kilku minutach zauważyliśmy szyld hotelu "Petcharat" oferującego pokoje za 300 bathów. Obejrzałem go z ciekawości i chyba niepotrzebnie, bo znów powód do nerwów – pokój przyzwoity, z balkonem i widokiem na główną ulicę, też z lodówką, łazienka i prysznic (z ciepłą wodą) co prawda na korytarzu, ale na piętrze są tylko dwa pokoje, więc tak jakby własna. I do tego zaraz na głównej ulicy, pięć razy bliżej plaży i 50 bathów taniej. Cholera, po dokonaniu jakiegoś wyboru, dla własnego zdrowia lepiej nie sprawdzać innych napotkanych ofert... 

  

28.06. WTOREK

Noc była niezbyt przyjemna, z sąsiednich domków (w tym należącego do właścicielki) cały czas dobiegał hałas telewizora pracującego na najwyższych obrotach – na przemian parada tutejszych list przebojów i seriali. Do tego głośne śmiechy i wrzaski do trzeciej nad ranem. Nasz bungalow jest dosyć duży i ma osobną sypialnię, ale nawet mimo tych kilku ścian nie dawało się zasnąć. Dwa razy wychodziłem prosząc o ciszę i za każdym razem po kilku minutach spokoju powtórka z rozrywki. Tym razem nawet się zbytnio nie przejęliśmy – skoro tak, to będzie powód do zerwania umowy i wyprowadzenia się stąd. Właścicielka siedząca na pobliskiej stacji benzynowej była lekko zaskoczona naszymi planami wyprowadzki, ale przyznała, że rzeczywiście w nocy było głośno i nie była w stanie obiecać, że to się nie powtórzy. Bez oporów oddała nam resztę pieniędzy za kolejne dni i około 12-tej wprowadziliśmy się do hotelu znalezionego podczas wczorajszego wieczornego spaceru.  

Dwie godziny później, po powrocie z plaży do hotelu możemy zaśpiewać sobie „U drzwi Twoich...”. Ktoś musiał ukraść Kamili klucz pozostawiony w kieszeni spodni na ręczniku. Będąc w wodzie spoglądaliśmy kontrolnie na nasze rzeczy, a tłumów specjalnych tu nie ma, mimo tego, komuś się udało. Cholera, jeżeli ukradł klucz, to pewnie śledził nas potem i teraz wie, gdzie mieszkamy. Nawet jeżeli w recepcji dadzą nam drugi, to jak teraz zostawić coś w pokoju? Trzeba będzie zapłacić za wymianę zamka, a znając tutejsze stosunki zedrą z nas pewnie niemiłosiernie, albo będę musiał sam to zrobić, o ile znajdę tu jakiś sklep z tym towarem (na Ko Samui jest duży hipermarket, ale daleko od naszej plaży, w sercu wyspy). Szlag jasny, jak nie urok, to sraczka... 

Tego się nie spodziewaliśmy, kiedy wyjaśniliśmy właścicielce, co się stało, ta uśmiechając się machnęła tylko ręką i podała nam kopię klucza. Wyjaśniłem jej, że klucza na pewno nie zgubiliśmy, tylko został skradziony i trzeba wymienić zamek, bo nie możemy teraz zostawić w pokoju nic wartościowego. Właścicielka znów zachowała kamienny spokój i zapytała nas, czy w takim razie nie chcemy zmienić pokoju na inny, piętro wyżej. Przy okazji zauważyliśmy, że w hotelu są tylko cztery pokoje, po dwa na piętrze i jak na razie jesteśmy chyba jedynymi gośćmi. Przenieśliśmy się więc piętro wyżej (dokładnie taki sam pokój), powtórnie zapytałem właścicielkę o ten nieszczęsny zamek, ale nie uważała sprawy za godną uwagi. Przecież jeżeli ktoś tam się wprowadzi po nas, to będzie narażony na kradzież, ale skoro sama szefowa uważa to za niewielki kłopot, to już jej sprawa. Mam tylko nadzieję, że nasz obecny też nie jest którąś tam kopią oryginału zaginionego w tajemniczych okolicznościach... 

  

29.06. ŚRODA

Ranek spędziliśmy na plaży i potem do południa na punkcie widokowym, jakieś dwa kilometry w kierunku Lamai. Nie ma tam plaży, tylko skały, a jedna fantastyczna, w kształcie dwugłowego potwora. Przy okazji spłoszyliśmy jakąś parę białych, którzy korzystając z osłony skał robili sobie zdjęcia raczej nie nadające się do rodzinnego albumu. Postanowiliśmy iść tym tropem – na naszej mapie wyspy znaleźliśmy inne miejsce ze skałami i to dosyć osobliwymi. Kawałek za Lamai znajduje się miejsce, gdzie chyba według tutejszych legend dokonało się „poczęcie” świata, czyli Grandmother i Grandfather Rocks. Znów udało nam się wytargować po 40 bathów za tuk-tuka (niżej już się chyba nie da), problem tylko, że kierowca nie za bardzo znał własną wyspę (w dodatku tak popularne tu miejsce), bo kręcił się kilkanaście minut w kółko, bezradnie spoglądając na naszą mapę. W końcu zrozumiał o co chodzi, ale i tak nie do końca był pewien, gdzie nas wysadzić i potem pokazał nam niewłaściwy kierunek – raczej nie po to by ukarać nas za targowanie, po jego minie widać było, że chyba naprawdę nie wiedział, chociaż, kto tam za nimi trafi... 

Kamienny penis jest trochę naciągany, w każdym razie od strony lądu, być może z łodzi efekt jest lepszy. Za to kamienna pochwa prawie jak żywa, lepiej się jednak zbytnio nie zagapić i uważać na stawiane kroki, bo umiejscowiona jest w pochyłej skale wpadającej do morza. Pełno tam także innych spiętrzonych głazów, które na pierwszy rzut oka wyglądają imponująco tworząc niesamowite, efektowne konstrukcje. Dopiero po dłuższym przyjrzeniu się im pod różnym kątem widać, że zbyt efektowne. Natura potrafi robić dziwne rzeczy to fakt, ale ułożenie niektórych skał gwałci podstawowe prawa fizyki – olbrzymie głazy stojące niemalże „na palcach” pod nienaturalnym kątem na innych, dużo mniejszych i w dodatku stanowiąc wspornik jeszcze innej konstrukcji. Wątpię, żeby spajający je piasek, muł i glonowate narośla mogły utrzymać całość w tej pozycji. Jeżeli już, to kilka solidnych stalowych prętów i kilka wiader cementu. Pochwa wygląda na dzieło natury, widać rudy naciek po rzeźbiącej skałę wodzie. Na miejscu tamtego gościa, to przy tych skałach wolałbym zrobić swojej panience  rozbierane fotki, aczkolwiek to mogłoby być trudne, bo kręci się tu sporo ludzi, a w okolicy jest kilka małych knajpek, skąd prawdopodobnie widać te najciekawsze miejsca.  

Po 18-tej powrót do hotelu, ktoś się chyba wprowadził do naszego poprzedniego pokoju piętro niżej, a i w drugim obok też pracuje wentylator. I dobrze, na naszym piętrze ciągle mamy łazienkę tylko dla siebie.  

Na naszej ulicy jest kilkadziesiąt rozmaitych knajpek – luksusowe z wyfraczonymi kelnerami i te dostępne na każdą kieszeń, gdzie w miarę przyzwoity obiad z dwóch dań można zjeść już za jakieś 80 bathów (2$). Do tego kilka sklepów „7/11”, co w połączeniu z lodówką w naszym pokoju oznacza nieprzerwany dostęp do zimnej coli już od dolara za 2 litrową butlę. A także pieczywo  i australijskie masło (2$), co pozwala oszczędzić na knajpach i urozmaicić lekko już monotonny ryżowo – makaronowy jadłospis. Drugą najliczniejszą po restauracjach grupą są zakłady krawieckie prowadzone przez Tajów i hinduskich Sikhów. Są oni odrobinę irytujący, potrafią zaczepiać człowieka kilka razy dziennie, ci sami zresztą, nawet wtedy, kiedy w samych kąpielówkach idziemy na plażę. Po trzecim takim zaproszeniu do odwiedzenia ich pracowni, na odczepnego poinformowałem kilku z nich o stuletnich krawieckich tradycjach mojej rodziny, gdzie dosłownie każde z moich rodziców i braci ma swój własny salon, wskutek czego wręcz pławię się w szytych na miarę jedwabnych garniturach i nie potrzebuję szukać ich aż w Tajlandii. Niestety nic nie pomogło i raczej mi nie uwierzyli, albo muszą być kompletnie zdesperowani, bo za godzinę znów to samo... 

  

30.06. CZWARTEK

Czas płynie nam tu niesamowicie szybko, najczęściej między plażą, a tym punktem widokowym na przybrzeżnych skałach, oddalonym o kilka kilometrów w kierunku Lamai. 

Plaża jest naprawdę rewelacyjna, może te bungalowy stojące za odgradzającym je od piasku niewysokim kamiennym murkiem psują trochę widok i wymarzony nastrój bezludnej wyspy, ale turystów jest naprawdę niewielu – w większości siedzą pewnie w swoich fotelach koło hotelowych basenów.  

O 14-tej wracamy na obiad w upatrzonej od wczoraj knajpce (jakieś 200 metrów na lewo od wyjścia z naszego hotelu) – wygląda obskurnie, ale jest najtańsza i stołuje się tam sporo białych, również takich którzy wyglądają jakby mogli zapłacić za posiłek tę samą kwotę, tylko w dolarach. Po obiedzie jeszcze godzina na plaży, słońce zaszło i zanosi się na potężną burzę.  

  

1.07. PIĄTEK

Od rana pogoda pod psem, chyba nici z plaży, można się za to wyspać. Chyba jednak nie, bo Kamila wpadła jak bomba do pokoju krzycząc, że nasza łazienka jest zarzygana i nie ma wody. To pewnie robota tych dwóch około dwudziestoletnich gówniarzy (chyba Angoli), którzy wprowadzili się przedwczoraj piętro niżej. Już w nocy było tam „wesoło”, pewnie się pochlali  i zaświnili obie łazienki.  

Nie dane mi było z nimi pogadać, albo nie było ich w pokoju, albo nie otwierali. Córka właścicielki umyła łazienkę, ale wody nadal nie ma – pewnie wyłączyły za karę. Cholera, nie mam ochoty na kolejną zadymę, bo do tej pory właścicielka była dla nas bardzo miła, a teraz musimy ponosić konsekwencje buractwa tych małpiszonów.  

Cały dzień prawie stracony, Kamila poszła na swój ulubiony punkt widokowy, ja włóczyłem się między plażą a hotelem – słońce chowało się za chmurami zaraz po tym, jak rozłożyłem się na ręczniku i wychodziło, kiedy byłem pod drzwiami hotelu. Za trzecim razem mi się znudziło. Jedyna pociecha, że te bałwany piętro niżej się wyprowadziły, albo właścicielka wywaliła ich na zbity pysk.  

Po ulicy jeżdżą samochody reklamujące Muay Thai, czyli tutejsze walki bokserskie, zawsze chciałem to zobaczyć, ale bilety na narodowy stadion w Bangkoku były koszmarnie drogie (najtańszy  i daleko od ringu ponad 1000 bathów). Tu pewnie byłoby taniej, ale i zawodnicy też trzecioligowi, boć to prowincja. Mimo to chciałoby się, ale szkoda mi tych kilkunastu dolców. Cholera.  

  

2.07. SOBOTA

Znów od rana wspaniała pogoda – ponownie wybraliśmy się do Grandparents Rocks (40 bathów), skąd przesiedliśmy się do innego tuk-tuka, jadącego do parku słoni. Kamila nigdy nie jeździła na słoniu i molestowała mnie już od przyjazdu. Na miejscu za najtańszą opcję (półgodzinna przejażdżka z dowozem w obie strony) zapłaciła 250 bathów. Poganiacz był dosyć sensowny, pozwolił Kamili usiąść na swoim miejscu na karku słonia, zamiast na turystycznym foteliku przypasanym na grzbiecie. Sama trasa przejażdżki nie jest rewelacyjna, podążając za i przed słoniem musiałem przeskakiwać przez Himalaje słoniowego łajna zalegającego na ścieżce. Potem inna rewelacja – sztuczny wodospad! Wycieczka po tym parku obejmuje również takie cuda. Wspinając się po skalistej ścieżce zastanawialiśmy się, do czego służą niebieskie plastikowe rury wiodące na szczyt. Im bliższy stawał się szum wody, tym bardziej pytanie wydawało nam się retoryczne. Zresztą nawet nie starali się ich zamaskować, gdyby chociaż były zielone i wtapiały się w roślinność – nie, fluorescencyjny błękit. Sam wodospad wygląda nawet przyjemnie, gdyby nie ta świadomość tego, że jest sztuczny. Trochę przesadzają z tymi podróbkami, najpierw te piramidy skalne, teraz wodospad, dobrze, że chociaż nasza plaża i morze są prawdziwe.  

Kamila pojechała na jakąś fermę motyli, ja wróciłem do hotelu. Zaraz spod tego słoniowego parku próbowałem złapać tuk-tuka na Chaweng, ale przykra niespodzianka – to było z dala od uczęszczanych tras i zadziałało prawo monopolu, w pobliżu był tylko jeden pojazd i w dodatku facet był chyba na haju, bo zażądał 100 bathów. Prawie godzinę szedłem piechotą, dwaj mijający mnie inni kierowcy tuk-tuków proponowali po 80 bathów (miejsce było dosyć odludne, lecz nie takie znowu dalekie – za większe dystanse między poszczególnymi plażami płaci się mniej), ale się zawziąłem i zaproponowałem im wyjadanie kitu z okien, jeżeli wolą wozić za darmo powietrze. Co za skończone cymbały, czy to wkalkulowana w koszty niechęć do białych, czy odmóżdżenie absolutne? Kilka minut później zatrzymał się młody Amerykanin na motorze – był lekko zdziwiony, że poginam takie dystanse na piechotę, ale zrozumiał temat w kilka sekund i podrzucił mnie do Lamai, nadrabiając zresztą kilka kilometrów mimo, iż nie było mu to po drodze. Nawet nie przyszło mu do głowy naśmiewać się z targowania o jednego, czy dwa dolary. Może i Amerykanie bywają czasami zarozumiali i skrajnie bezmyślni, ale mają szacunek dla zasad i pewne rzeczy łapią wpół słowa. Przez Lamai przeszedłem na piechotę w pół godziny i dosłownie przy wyjściu na drogę zatrzymał się jakiś dźwig. Jadący nim robotnicy podrzucili mnie w okolice „viewpointu”, czyli prawie rzut beretem od Chaweng. Jeden z nich miał w kieszeni kombinezonu mały aparat (po co mu on?) i uczciwie odpracowałem jazdę kilkoma zdjęciami z każdym z nich. Kiedy już z ulgą szedłem te ostatnie dwa kilometry znów zatrzymał się jakiś młody, sympatyczny tubylec na skuterze – to się nazywa szczęście. Przy okazji jakieś 300 metrów przed skrętem z prawo do Chaweng, po lewej stronie jest „sklepo-knajpa”, gdzie można kupić najtańszą chyba wodę na wyspie – butelka 0.9l – 5 bathów. Taka sama w innych sklepach 10 -12 bathów, a tej wody idzie tu kilka litrów dziennie.  

Kamila wróciła trochę ponad godzinę po mnie – też miała podobnego farta, mając dość wykłócania się z kierowcami tuk-tuków też złapała okazję, a raczej okazje złapały ją. Sama ferma dość ciekawa, choć oczywiście z typowym tu wynikającym z ignorancji bałaganem. Kamila zna się na motylach dość dobrze, widziała już sporo takich wystaw i od razu wyłapała kilka pomyłek w podpisach i kwalifikacji gatunkowej. Cóż, najwidoczniej układali je według kolorów...  

  

3.07. NIEDZIELA

Ostatnie pół dnia na wyspie, a tu znów pogoda jak z bajki i najchętniej nie schodziłoby się z plaży. Szybko minął ten tydzień, odzwyczailiśmy się już od ciężaru plecaków, choć jednocześnie dość dobrze pamiętamy tych kilka kilometrów pod górę, jakie zrobiliśmy włócząc się po wyspie w poszukiwaniu hotelu, zupełnie jakby to było wczoraj. Teraz znów się zacznie, trochę przesadziłem ze słońcem i na samą myśl o zarzuceniu plecaka na poparzone plecy robi mi się gorąco.

Po 13-tej wynieśliśmy się z plaży, odebraliśmy plecaki z hotelu i tuk-tukiem (50 bathów) prawie przez całą długość wyspy pojechaliśmy na przystań promową. Łączony bilet do Surat Thani przez Don Sak – 180 bathów. Prom odpływa o 15.00 i ostatnią godzinę na wyspie spędzamy wpatrując się z zazdrością w tych, którzy dopiero tu przypływają.  

Do Don Sak płynęliśmy półtorej godziny, mimo popołudniowego upału na krytym pokładzie było chłodno, ostry morski wiatr szalał niczym w tunelu aerodynamicznym, za to powieszone na poręczach ręczniki wyschły w kilkanaście minut.  

Po wyjściu z przystani zapakowaliśmy się do oczekującego już autokaru i po godzinie jazdy, około 18-tej byliśmy w Surat Thani. Autokar zatrzymuje się po jakimś biurem podróży, gdzie poinformowali nas, że dziś już nie ma żadnych autokarów jadących na południe. Rozglądając się za hotelem dowiadujemy się, że w sąsiednim miasteczku ok. 15 km stąd jest dworzec kolejowy i jeszcze dziś na pewno powinien być jakiś pociąg. Para Tajów na skuterach za 10 bathów od łebka podwozi nas na dworzec autobusowy, skąd pojedziemy do dworca kolejowego. Autobus (22 bathy) powinien odjechać o 19-tej, ale daje znać o sobie typowa tutejsza niechęć do marnotrawstwa – czekamy jeszcze pół godziny zanim bus wypełni się przynajmniej do połowy i przed 21-ą jesteśmy na miejscu. Pociąg do Hat Yai niedaleko granicy malezyjskiej odchodzi 0.55. Kupujemy najtańszy bilet III klasy za 115 bathów (II -  sypialna 240 bathów). Autobus z biura podróży w Surat Thani – 180 bathów. 

Zostawiliśmy plecaki w dworcowej przechowalni (20 bathów) i cztery godziny oczekiwania na pociąg spędziliśmy włócząc się między okolicznymi sklepami „7/11”, a pełną komarów poczekalnią.  

  

4.07. PONIEDZIAŁEK

Pociąg koszmarny, zdezelowany, syf i brud, drewniane ławki małe i niewygodne. I oczywiście klasyka gatunku – skład jest za stary by mieć klimatyzację, ale siedzące przy otwartych na oścież oknach tutejsze matrony podniecają się wystawianiem głów w czarną czeluść. Jedziemy przez lasy, czy jakieś pola, gdzie kompletnie nic nie ma, ciemno i głucho, a te mają miny jakby patrzyły w kalejdoskop wszystkich cudów świata. Cholera, czy one też nigdy nie jechały pociągiem, że przeżywają to wydarzenie jak szczur otwarcie kanału? Jeden z młodych tubylców z góry odpuścił sobie dyskusje z trzymającymi głowy za oknami matronami i wyciągnął z torby wełnianą czapkę, którą naciągnął aż po uszy na łysą głowę. Normalnie, na widok tubylca w wełnianej czapce na głowie, w kraju, gdzie temperatura rzadko spada poniżej 20 stopni parsknęlibyśmy śmiechem, ale teraz nie było nam za wesoło. Potworny przeciąg z kilku otwartych na przestrzał okien wyziębił nas w kilka minut mimo, iż okryliśmy się wyciągniętymi z plecaków polarami. Mając do wyboru awanturę lub cierpienie w milczeniu, tym razem wybrałem to drugie, tłumaczenie tym ...hmm... paniom, o co chodzi uznaliśmy za bezsensowne. Skoro nawet tubylec posługujący się tym językiem uznał to za bezcelowe, to co mówić o nas? Zresztą ... hmm... panie miały szczytowanie wręcz wypisane na twarzach, nigdy nie przypuszczałem, że trzymanie kilka godzin głowy za oknem jadącego nocą pociągu może człowieka wprawić w taką ekstazę. To pewnie lepsze, niż seks z Claudią Shiffer. Może sam kiedyś spróbuję? A może to jakieś krewne tych z Laosu? Przyłapałem się na modlitwach o choćby jeden słup stojący bliżej torów, niż zezwalają na to normy, ale niestety żaden z budowniczych trakcji nie złamał przepisów. Oto jak bezduszna litera prawa potrafi skrzywdzić człowieka... 

Noc koszmarna, nie dość, że przewiało nas na wylot, to jeszcze pokąsały komary i inne świństwa, bo przez te otwarte okna naleciało sporo tego towaru. Świt przepiękny, choć chłodny – widok za oknami przypomina afrykańską sawannę. Panie śpią nadal z głowami na zewnątrz. Całą noc gapiły się w nieprzeniknioną czerń nocy, a świt przespały.

Po 6-tej byliśmy w Hat Yai, niedaleko granicy malezyjskiej. Bilet na pociąg sypialny II klasy do Kuala Lumpur kosztuje 500 bathów. Po tej nocy spędzonej na niewygodnych ławkach, pokusa była silna, ale już kilka minut po wyjściu z dworca, w pierwszym napotkanym biurze podróży stwierdziliśmy, że autokar będzie dużo tańszy. Ceny w kilku biurach różniły się znacznie, co skłoniło nas do dłuższych poszukiwań. Plecaki zostawiliśmy w przechowalni na dworcu (20 bathów) i po śniadaniu w „7/11” poszliśmy przebierać w biletach. Hat Yai to spore miasto, na szczęście w okolicach dworca kolejowego roi się od biur podróży, co oszczędziło nam wydatków na tuk-tuki. W końcu znaleźliśmy ofertę za 300 bathów – odjazd o 10.30.  

Autobus luksusowy i w dodatku prawie pusty, oprócz nas tylko 6 innych osób. Nie ma komu majstrować przy klimatyzacji, po prostu raj. Po godzinie jazdy byliśmy na granicy, poszło nadzwyczaj szybko – oba posterunki w 20 minut, niewiele papierków do wypisywania, żadnego wściubiania nosa do portfeli, to tygrysy lubią najbardziej. Jak na powitanie wrażenie bardzo miłe, poza tym wspaniałe drogi i niewiarygodnie czysto. Zaraz za terminalem granicznym zatrzymujemy się w knajpie na obiad. Przygraniczne kantory nie oferują zbyt atrakcyjnego kursu – 3.6RM (ringit malezyjski) = 1$. Ceny trochę wyższe, niż w Tajlandii – za dość przeciętny obiad zapłaciłem 11RM. Kierowca informuje nas, że musimy popchnąć zegarki pół godziny do przodu.   

Im głębiej wjeżdżamy w Malezję, tym bardziej autokar się zapełnia, a co za tym idzie klima rusza z kopyta. Znów staramy się przeanalizować tajniki tubylczej psychiki. Oni muszą mieć jakiś dodatkowy instynkt – zaraz jak tylko wchodzą do pociągu, czy autobusu, od razu działa imperatyw kategoryczny, prawie jak popęd seksualny. Jeszcze nie zdążyli posiedzieć minuty i zorientować się, jaka temperatura panuje w pomieszczeniu, ale już palce dostają erekcji i prosto w zawory klimy. Jestem pewien, że gdyby zobaczyli na pod siedzeniem banknot studolarowy, to i tak najpierw wyciągnęliby ręce w kierunku pokręteł nawiewu.  

Polar i powolne oddychanie przez nos pozwalają jakoś to przetrzymać. Dochodzi 17-ta, widoki za oknami wspaniałe, Malezja może się podobać. Po jednej stronie autostrady jakieś miasto, a zaraz po drugiej góry, poszarpane skały z widocznymi wejściami do jaskiń na różnych wysokościach. Zachodzące powoli słońce razi w oczy i nie pozwala się lepiej przyjrzeć, ale i tak wrażenie jest niesamowite, tym bardziej, że ten krajobraz ciągnie się już prawie godzinę.

 

W Kuala Lumpur budują wysoko i malują jaskinie