23.06 CZWARTEK

Kilka minut przed piątą budzimy się w Bangkoku. Jest jeszcze ciemno, dworzec raczej nie leży w centrum miasta. Iris proponuje złapać taxi na Khao San Road – rejon tanich hoteli, ale po kilkuminutowych negocjacjach z taksówkarzami dajemy sobie spokój. Jakaś młoda Tajka z autobusu oświeca nas, że niedaleko jest dworzec miejskich autobusów i nr. 3 zawiezie nas na Khao San. Po przejściu kilkuset metrów autokarowym parkingiem jesteśmy przy miejskich autobusach. Płacimy 18 bathów (na szczęście wymieniliśmy sobie wcześniej kilka dolarów w Laosie i teraz nie musimy szwendać się szukając kantoru) i po pół godzinie jazdy pasażerowie wskazują nam właściwy przystanek przy Ratchadamnoen Road. Przechodzimy na drugą stronę ulicy i jesteśmy na Khao San.  

Hotelu szukaliśmy prawie dwie godziny – szwendaliśmy się od jednego, do drugiego, ale ceny nie były zachęcające. Iris gdzieś przepadła – chyba się skusiła na któryś z wcześniej mijanych. Kamila została z plecakami na ławce w bocznej uliczce, ja poszedłem szukać dalej. Khao San o pół do siódmej rano podobne jest do dziwki na kacu. Nowy dzień jeszcze się w pełni nie zaczął, a ulicą snują się niedopite i niedoćpane osobniki płci obojga. I nawet czasami nie bardzo byłem w stanie rozpoznać jakiej. Z identyfikacją dwóch najdalej 20 latek, które rzuciły mi się bezceremonialnie na szyję nie miałem kłopotów – kobiety na 100%. Jedna rasy tutejszej, druga ewidentnie biała – obydwie nawet ładne (chociaż przebieg spory) i niesamowicie zdeterminowane – widocznie bez większego powodzenia czekały na frajerów całą noc i teraz na mój widok musiały sobie sporo obiecywać. Były koszmarnie namolne, ciągnęły mnie za ręce kilka razy mimo, iż odganiałem je dosyć zdecydowanie. Dowiedziałem się przy okazji, że tutejsze odmiany trypla i innych syfów można sobie zafundować dosyć tanio – już po minucie tej niezwykle profesjonalnej autopromocji (obie podkasały na kilka sekund swoje minispódniczki, abym mógł się przekonać, że są bez bielizny) gotowe były na każdy rodzaj seksu za jedyne 10$. Przypomniał mi się kawał z „Dzienników” Kisiela – ile kosztuje prostytutka w Rosji – 11 rubli, ona rubla i prezerwatywa 10. Tu potrzeba byłoby chyba z 10 prezerwatyw, jedna na drugą i też nie wiadomo, czy coś by pomogło. Na koniec zbluzgały mnie i wreszcie znikły w bramie. Jak na pierwsze pół godziny w tym miejscu, to nawet niezły początek. W końcu wybraliśmy hotel Wally House – 160 bathów (1$ - 40 bathów), pokój raczej nędzny, na korytarzu niezbyt czysta, pełna moskitów toaleta z zimną wodą. Przy okazji poznajemy dwójkę rodaków – Michał i (??) jeździli kilka miesięcy po Afryce i teraz przylecieli do Azji – po obejrzeniu naszego hotelu postanowili jednak poszukać innego miejsca. Już nasz pokój jest na granicy tolerancji, ale po porównaniu z pozostałymi można z czystym sumieniem uznać go za apartament.    

Po 9-tej skromne śniadanie w knajpce koło Burger Kinga (zupa jarzynowa i omlet – 35 bathów), potem wychodząc z Khao San na główną ulicę w kierunku Pomnika Demokracji (brrrr... nie lubię...) trafiamy na McDonalds'a. Ceny nawet zachęcające – duży zestaw około 90 bathów. Na ogół nie stołujemy się w fast foodach, ale teraz po tygodniach kuchni azjatyckiej to nawet miła odmiana.  

Na ulicy zaczepił nas jakiś naganiacz i zaczął uświadamiać w kwestii dobrodziejstw tutejszego Ministerstwa Turystyki, wychwalając pod niebiosa jego agendy w postaci rządowego biura podróży TAT i państwowych tuk-tuków, które „tylko dziś z uwagi na buddyjskie święto” wożą turystów prawie za darmo, tzn. za jedyne 20 bathów. Facet dziarsko i bez pytania wyrysował mi długopisem na mapce w naszym LP najlepszą jego zdaniem trasę – dwa posągi Buddy (Big Budda i Black Budda), biuro TAT  i jakiś salon mody (po co? – pytanie retoryczne) – razem dwie godziny. Już poprzednio, w Indiach, obiecałem sobie, że nigdy więcej takich „promocji”, ale i tak planowaliśmy obskoczyć kilka biur turystycznych, by zorientować się, którą plażę wybrać, więc pojechaliśmy zatrzymaną przez naganiacza rikszą.

Big Budda nie zrobił na nas większego wrażenia, taka sobie statua w niezbyt imponującym otoczeniu, a czarnego Buddy w ogóle nie zobaczyliśmy, gdyż większa cześć świątynnego kompleksu na terenie którego stoi była w remoncie (cholera, to już jakaś plaga). Nasz kierowca udawał zdziwienie tak przekonująco, że nawet rozmiary robót i ilość sprzętu budowlanego świadczące o dłuższych pracach nie były w stanie zbić go z tropu. Taki to powinien od razu kandydować do tutejszego sejmu, aczkolwiek nie jestem pewien, czy tu jakiś jest, bo przecież Tajlandia jest monarchią (sprawdziłem – izba wyższa mianowana jest przez króla, i niższa pochodząca z wyborów). Potem zawiózł nas do salonu mody (też prawdopodobnie rządowego), gdzie jakiś nieszczęśnik usiłował mnie namówić na kupno garnituru za jedyne 800$ - prawdziwa okazja. Na szczęście facet miał jeszcze jakieś resztki substancji mózgowej i kiedy powiedziałem mu, że wprost marzę o przemierzaniu tysięcy kilometrów z plecakiem, w garniturze za połowę budżetu mojej podróży, to darował sobie bardziej namolne stręczycielstwo i pokazał nam drzwi. Biuro TAT, to też przeżycie jedyne w swoim rodzaju – od razu widać, że państwowe. Na początku miła gra wstępna – buteleczka zimnej wody (teraz już wiem po co ją podają, dla ochłonięcia po ich szarlatanerii – to nawet humanitarne), potem już typowo socjalistyczne krętactwa. Pytaliśmy o Phuket, Pattayę, lub którąś z wysp – dojazd, rezerwacja hotelu. Obsługujący nas starszy, siwy, gruby facet z niewiarygodnie bezczelno – cynicznym uśmieszkiem (a jeszcze ten jego lekceważący ton) zaczął nam wciskać, że najtańszy nocleg na jaki możemy w tych miejscach liczyć zaczyna się od 800 bathów za noc i na pewno nigdzie nic tańszego nie znajdziemy – na dowód czego zaczął nam machać przed oczami firmowymi prospektami. Już po pobieżnym przejrzeniu naszego przewodnika wiedzieliśmy, że we wszystkich tych miejscach spokojnie można znaleźć hotel już poniżej 500 bathów, a w dodatku po ostatniej tragedii (tsunami) ruch turystyczny znacznie tam osłabł, w wyniku czego ceny na pewno jeszcze poszły w dół. Tymczasem facet wyliczył nam 5 dniowy pobyt z dojazdem (w jedną stronę) za jedyne... 5.500 bathów! Poprosiliśmy go o zaproponowanie czegoś tańszego, na co facet z tą swoją bezczelną minką wypalił nam prosto w oczy, że jak ktoś nie ma pieniędzy, to niech się nie szwenda po świecie, tylko siedzi w swoim kraju. Nie ma to jak opieka rządu, miła i bezinteresowna. Zapewniliśmy faceta, że na pewno tu wrócimy, on udał, że nam wierzy (cholera, te miny to musi regularnie ćwiczyć przed lustrem) i obydwie strony odetchnęły z ulgą. Rikszarz był niepocieszony, że nic nie załatwiliśmy i pospiesznie zaproponował odwiedziny innej filii TAT-u, ale poprosiliśmy go już tylko o jak najszybsze odwiezienie na Khao San.  

Po obiedzie na ulicy piechotą ponownie wypuszczamy się w miasto i pobłądziwszy znów zdajemy się na rikszarza, sprowadzonego przez przechodnia, którego pytaliśmy o drogę („bo wiecie, dziś jest buddyjskie święto państwowe i  rządowe tuk-tuki wożą turystów prawie za darmo...). Już miałem mu powiedzieć, gdzie może sobie wsadzić opiekę ich rządowych agencji turystycznych, ale tym razem rikszarz gotów był pominąć sklepy z galanterią, zadowalając się tylko biurem TAT. Cóż, to mniej irytujące, niż garnitury za 800$ - najpierw odwiedziliśmy to biuro (ceny identyczne jak poprzednio, aczkolwiek tym razem już obsługa nie otwierająca noża w kieszeni). Potem rikszarz zawiózł nas na wzgórze widokowe, a kiedy zeszliśmy, to już go nie było. Ulotnił się nie czekając, aż zapłacimy mu należne 2x20 bathów. Pieszy powrót na Khao San zajął nam ze trzy godziny – wplątaliśmy się w jakąś dzielnicę „mechaniczną” – kilkanaście ulic wypełnionych tylko sklepami żelaznymi i warsztatami.  

Podczas wieczornego spaceru po Khao San znów wpadamy na rodaków poznanych w hotelu, potem internet – 30 bathów/godzina. Khao San ożywa wieczorami, dopiero późnym popołudniem na ulicę wylegają tysiące turystów z całego świata. To nie tylko Mekka dla niezamożnych pleackowiczów, sporo tu także ludzi, którzy spokojnie mogą dać kilkadziesiąt dolców za noc, co zresztą robią, gdyż jest tu także kilka lepszych hoteli. Cała ulica „zabarykadowana” jest kramami i straganami z dosłownie wszystkim, no i przenośnymi kuchniami. Już za 15 bathów zamawiamy smażony makaron z kiełkami (jajko + 5 bathów) – porcja całkiem spora i nawet niezłe. Za taka samą cenę można kupić wyśmienity naleśnik z bananem lub ananasem polany skondensowanym mlekiem (lub czekoladą + 5 bathów). Mini-ruszt (długości ołówka) z kilkoma kawałkami grillowanego mięsa (do wyboru – drób, wołowina, wieprzowina) – 15 bathów. Są też wózki z pieczonymi owadami – półmiski pełne smażonej szarańczy poukładanej jak faworki, kilka gatunków dużych karaluchów i żuków. Szczególnie jeden jest zachęcający – wielkości komórki, ma wspaniałe czułki i wyłupiaste oczy. Właśnie jakiś tubylec kończył ważyć sobie torebkę szarańczy – przypatrywałem się temu do spółki z jakimś Angolem. Nie wiem, czy wyglądałem na takiego, który jada tu regularnie, bo Angol przymierzając się do powtórzenia zakupu poprzednika poważnym głosem zapytał mnie, które są najlepsze. Bez wahania wskazałem na dużego żuka z wyłupiastymi oczami i sprzedawca podał mu okazały egzemplarz. Pomyślałem, że na mnie już pora, ale Angol zaczął chrupać żuka z takim apetytem, że od razu zapakował do torebki jeszcze dwa. Patrząc jak chrupie go ze smakiem sam nabrałem chęci, niestety Kamila kategorycznie oświadczyła, że jeżeli tylko zobaczy mnie z jakimś żukiem w ustach, to od razu mogę się przeprosić z tymi dwoma panienkami po 10$ sztuka. 

Bez żadnej konspiracji sporymi planszami reklamują się goście oferujący podrobione prawa jazdy i inne dokumenty w pięć minut, a przechadzający się policjanci mijają ich obojętnie. Ciekawe, czy to efekt księcia Sałtykowa – Szczedrina (rosyjski patron spraw beznadziejnych, który twierdził, że po wręczeniu komu trzeba odpowiedniej ilości rubli nie ma sprawy beznadziejnej), czy po prostu stróże prawa doskonale zdają sobie sprawę z mizernej jakości tych podróbek i nie chce im się tracić czasu, lub wręcz tylko czekają, aż jakiś naiwniak wpadnie im w łapy legitymując się tym dziadostwem.   

Tani posiłek można zafundować sobie także we wszechobecnych tu sklepach sieci „7/11” – hot dog 17 bahtów, cola z automatu w 3 rozmiarach i cenach (0.33 – 13 bathów, 0.5 – 15 i 1 litr – 22). Do tego coś, czego jeszcze nie widzieliśmy – sorbet colowy, czyli mrożona cola kręcona jak lody z automatu (rewelacja) – również w 3 rozmiarach kubków, średnio o kilka bathów drożej od zwykłej coli w podobnym rozmiarze. Piwo drogie, podobnie jak w Laosie – najtańsza mała puszka około dolara. 

   

24.06 PIĄTEK

Rankiem wypad na przejażdżkę statkiem po Mae Nam Chao Phraya – rzece nad którą leży kompleks pałacowy. Na rondzie z Pomnikiem Demokracji (brrr...) skręciliśmy w lewo – jak nam się zdawało w kierunku rzeki. Po przejściu kilkuset metrów kilka razy pytaliśmy dalej o drogę, aż w końcu znaleźliśmy kogoś mówiącego po angielsku i trafiliśmy do miejsca z którego widać już było wysoki pylonowy most. Zaraz pod nim jest przystań wodnych „autobusów” – średnio 3 na godzinę (20 bathów). Po niecałym kwadransie wyskoczyliśmy na przystani Tha Ratchini, okolica typowych azjatyckich nadrzecznych slumsów, a przecież to już całkiem blisko królewskich pałaców. Po wyjściu z przystani mijamy jakąś tutejszą szkołę – widok lekko szokujący nawet dla Kamili, która jako artystka ma pewne rozeznanie w środowiskach „mniejszościowych”, o mnie prostym nie wspominając. Pary kilkunastoletnich gówniarzy – wyszminkowanych, wypudrowanych i trzymających się pod ręce. Najdalej piętnastoletnie chłopaczki, a z tymi makijażami spokojnie można by ich odesłać na jakąś hard-gejowską paradę w Berlinie – ciekawy jestem, co na to ich rodzice? Chyba im to nie przeszkadza, bo zachowanie ich dzieciąt nie wykazuje żadnych oznak konspiracji.  

Znajdująca się nieopodal  świątynia Wat Pho z XVIw. jest jedną z najstarszych w Bangkoku – o czym poinformował nas jakiś tutejszy student proszący o wypełnienie ankiety dla cudzoziemców. Olbrzymia, 46-cio metrowa, pozłacana figura odpoczywającego Buddy to widok naprawdę wart dłuższego postoju – szczególnie bogato rzeźbione stopy. Jest tam też kilka pomniejszych świątyń i kręcimy się wkoło ponad dwie godziny. Kiedy doszliśmy w końcu pod pałac królewski okazało się, że  dochodzi 16-ta i już nie wpuszczają.  

Pieszo wracamy na Khao San. Zaraz po minięciu pałacu wychodzi się na duży plac – mamy farta, bo zapowiada się jakaś impreza. Tysiące ludzi stojących kolumnami, w różnych strojach, mężczyźni, kobiety, odpowiednia reprezentacja „tranzystorów” (transwestytów), między nimi szkolna dziatwa i kilka orkiestr. Po kilku próbach porozumienia się z przechodniami dowiadujemy się, że to wiec na cześć pierwszej rocznicy urodzin królewskiego wnuka. No tak, mogliśmy się domyśleć – wszędzie pełno plansz i portretów królewskiej rodziny niesionych przez uczestników wiecu. Zresztą niezależnie od tego i tak w całym mieście wszędzie pełno portretów Miłościwie Panującego – wzdłuż prawie każdej ulicy, na każdej większej latarni królewska podobizna. Tym razem opatrzność nie była dla monarchy łaskawa, bo niebo pokryło się burzowymi chmurami i lunął potworny deszcz – impreza skończyła się, zanim się jeszcze na dobre zaczęła. Lojalność poddanych wystawiona została na ciężką próbę, ten potworny deszcz pewnie jeszcze jakoś by znieśli, ale dodatkowo zaczęło się błyskać i grzmieć, i nawet najbardziej zagorzali rojaliści nie wytrwali zbyt długo na posterunku, biorąc nogi za pas. Obserwowaliśmy to wciśnięci pod mikroskopijną wiatę autobusowego przystanku, sami w ciągu zaledwie kilku sekund przemoczeni do suchej nitki (mimo mojego parasola). Po pół godzinie ulewa zelżała na tyle, że mogliśmy wrócić do hotelu.  

Podpadłem chyba naszej „szefowej” – wejście do hotelu prowadzi przez restaurację – z ciekawości zacząłem przeglądać menu i pojawiła się właścicielka. Kiedy w końcu odłożyłem kartę nie dokonawszy zamówienia, to popatrzyła na mnie tak, jak ja na dziś rano na karalucha w naszej łazience. Mało tego, zwymyślała mnie improwizowaną angielszczyzną (na szczęście nie zrozumiałem) i byliśmy tak zaskoczeni, że nawet nie zareagowaliśmy, tylko kładąc uszy po sobie schowaliśmy się w pokoju. Gość w dom... 

Obskoczyliśmy kilka okolicznych biur podróży – zdecydowaliśmy się pojechać na wyspę Ko Samui. Najtańsza oferta jaką znaleźliśmy – 250 bathów za autokar i prom na wyspę, czyli prawie za darmo. Wyjazd jutro, o 18-tej, a hotel sami najtaniej znajdziemy sobie bez problemu na miejscu, o czym poinformowała nas dziewczyna dokonująca rezerwacji. Przypomniały mi się ceny proponowane w TAT i jeszcze raz upewniłem się o wyższości ekonomii Misesowskiej nad Keynesowską. 

  

25.06 SOBOTA

Rano, kilka minut po 9-tej pieszo idziemy ponad pół godziny do pałacu królewskiego. Wejście do kompleksu królewskich świątyń i rezydencji kosztuje 250 bathów. Pierwszym punktem po minięciu bramy jest królewskie muzeum, gdzie można obejrzeć kolekcje monet i orderów, królewskie stroje i jeszcze tysiące innych dynastycznych gadżetów. Po godzinie wyszedłem stamtąd z ulgą – ile można oglądać sztukę użytkową, królewskie zastawy stołowe lub biżuterię o większej wartości familijnej, niż artystycznej lub materialnej.

Na szczęście urok Świątyni Szmaragdowego Buddy i jeszcze kilku innych rozrzuconych po rozległym parku pomaga przełknąć cenę biletu. Przepych złoconych i pokrytych kolorowymi kamieniami i szkłem detali i wykończeń wprost bije w oczy niemal z każdej budowli. W przeciwieństwie do świątyń laotańskich przypominających malowane farbami odlewy, tu widać pracę rąk setek solidnych rzemieślników i artystów. Już nawet nie chodzi o ten złocony blichtr, bo równie dobrze mogłoby to być zwykłe żelazo, a i tak różnica w wykonaniu byłaby kolosalna.

Wyjechaliśmy z Bangkoku kilka minut po 18-tej, tym razem raczej nie ma się co spodziewać stewardess, choć autokar dość komfortowy, tylko znów ta cholerna klima. Większość pasażerów stanowią biali, więc nie ma problemu z tłumaczeniem, o co chodzi. W przeciwieństwie do Azjatów sami natychmiast zamykają lufy klimatyzacji, niestety autokar zaprojektowany jest bardzo pomysłowo i większość wylotów lodowatego powietrza jest przezornie ukryta  i nie da się ich w żaden sposób zatkać. Cholera, trzeba będzie zainwestować w mocną taśmę klejącą...

Wyjazd z Bangkoku zajął ponad godzinę, objechaliśmy chyba całe miasto dookoła i wróciliśmy dokładnie w miejsce wyjazdu. Od razu widać, że benzyna jest tu o połowę tańsza, niż w Europie, o ojczyźnie nie wspominając – z tego co zauważyłem na mijanych stacjach, średnio ok. 22 bathów za litr, czyli pół dolara. Cholera, czy oni tu nie słyszeli nigdy o „wzrostach cen paliw na rynkach światowych”? Prędzej o naszych podatkach i akcyzach...

W nocy postój na późną kolację w jakimś przydrożnym zajeździe. Najbardziej denerwujący jest ten brak cen na czymkolwiek – lodówki z napojami, czy podgrzewane pojemniki z żarciem – o wszystko trzeba pytać, co oczywiście kończy się żądaniem cen dwukrotnie wyższych, niż dla tubylców. Niestety niespecjalnie da się potargować, bo większość pasażerów naszego autokaru to młodzi turyści z Izraela. Przylecieli samolotami, nadziani, na określony czas, z określoną sumą do wydania i szpanują nowobogackimi manierami – bez mrugnięcia okiem płacą po dolarze za puszkę coli zapuszczając żurawie w kierunku swoich dziewczyn, czy aby na pewno dostatecznie zaimponowali im swoim gestem. Stary, poczciwy rabin z żydowskich dowcipów na ich widok dostałby zawału. Na szczęście po kilkadziesiąt metrów drugiej stronie autostrady zauważyłem szyld „7/11”.

 

Ko Samui - tydzień z życia wyspiarzy