15.06. ŚRODA

To była wiocha zabita dechami (tak ją zapamiętaliśmy, choć w rzeczywistości to było niewielkie miasteczko) i spędziliśmy w niej dwa dni. Kiedy dojechaliśmy słońce już zaszło,  mieszkańcy zamykali nieliczne sklepiki i knajpki, a dookoła góry i lasy – pusto wszędzie, głucho wszędzie... Nieliczni przechodnie mierzyli nas wzrokiem spode łba i odnieśliśmy wrażenie, że nie są zbyt mile nastawieni do obcych. Przy drodze prowadzącej do granicy stał wojskowy posterunek i tam na migi dowiedziałem się, że kilka razy dziennie przejeżdża tędy autobus.  

W jedynym hotelu (3$ za noc) poznaliśmy miłego młodego Chińczyka i starszego Laotańczyka – siedzieli przy suto zastawionym stole przy wejściu. Od razu zaciągnęli nas na kolację zakrapianą tutejszymi spirytualiami (stawiali) – obaj znali nieźle angielski i od nich dowiedzieliśmy się, że od 10-tej do 16-tej, średnio co dwie godziny można tu zatrzymać jakiś autobus.  

Jeszcze tej nocy obudziłem się z wysoką gorączką i dreszczami – pewnie przez tę pieprzoną klimatyzację z autobusu, a później jazda odkrytym tuk-tukiem spod granicy. 

  

(14.06 WTOREK) 

Rano było jeszcze gorzej i postanowiliśmy zostać kolejny dzień. Jak się okazało, to nie były tylko nasze przeczucia – mieszkańcy nie byli zbyt mili. W kilku sklepikach nie chcieli nic Kamili sprzedać i musiała się trochę nachodzić zanim przyniosła wodę, owoce i kilka puszek z napojami po niezbyt zachęcającej cenie. Gorączka się wzmagała, znów antybiotyk. 

Podczas drugiej nocy małe spięcie – dzięki idiotycznemu projektowi instalacji elektrycznej przełącznik światła w naszym pokoju nie znajdował się u nas, tylko gdzieś na dole na zapleczu. Kiedy wreszcie około północy z trudem udało mi się zasnąć, nagle światło się zapaliło – do tego w nie domykających się oknach nie było moskitiery. Kamila zleciała na dół do właścicielki i po kilku minutach światło zgasło, ale tylko na jakieś pół godziny i znów zapaliło się z powrotem. Tym razem wiedziałem, że trzeci raz już tak łatwo nie zasnę i wydarłem się tak, że zgasło zanim jeszcze Kamila dobiegła do właścicielki.  

Antybiotyk zrobił swoje i obudziwszy się przed południem czułem się już  trochę lepiej. Wylogowaliśmy się o 12-tej i w strugach deszczu wyszliśmy na ulicę oczekiwać autobusu. Położyliśmy sobie plecaki pod daszkiem jakiejś knajpki, ale po kilka minutach wyszła pani i kazała nam się wynosić. Zaczynam ich lubić. Byłem trochę głodny i miałem zamiar coś zamówić, ale pies z tobą tańcował. W następnej knajpce zamówiłem zupę i ryż z warzywami – pani umyła miskę i talerz w blaszanej wanience z jakimiś rybami i wytarła je szmatą podniesioną z podłogi nie kryjąc się z tym zbytnio. Zupę darowałem sobie od razu, a z talerza wydziobywaliśmy to, co nie miało styczności z porcelaną. Nie zdążyliśmy nacieszyć się obiadem, gdyż nadjechał autobus – nareszcie, bo już po 15-tej, czekaliśmy prawie trzy godziny i nic nie jechało. Okazało się, że to autobus do Udom Xai. Nie bardzo wiedzieliśmy, gdzie to jest, ale jacyś oczekujący również w pobliżu Francuzi powiedzieli nam, że stamtąd można złapać coś do Luang Prabang. Zapłaciliśmy kierowcy po 35.000 kipów (ok.3.5$) i na miejscu byliśmy o 19.30.  

Udom Xai to niewielkie miasteczko, ale całkiem sympatyczne. Zaraz przy dworcu jest kilka hoteli, wybraliśmy najbliższy – 5$ za wyczesaną dwójkę z ciepłą wodą. Po pierwszych doświadczeniach z Laosem nie spodziewałem się takiego luksusu – hotel jest naprawdę elegancki: estetyczne kafelki i rzeźbione drewniane wykończenia, gustowne i solidne meble, no i wszystko niemal sterylnie czyste. W knajpie przy głównej ulicy za całkiem spore frytki zapłaciliśmy 7.000 kipów i 5.000 za ananasa. 

  

16.06 CZWARTEK

Znów od rana deszcz, to zaczyna być nudne i męczące. Autobus do Luang Prabang odjeżdża o 12.00 – 35.000 kipów. Z hotelu do dworca jest zaledwie z 50 metrów, ale i tak przemokliśmy prawie do suchej nitki. Po wejściu do autobusu odetchnęliśmy z ulgą – był na tyle stary, że nie miał klimatyzacji. Niestety współczynnik „pe-cha” znów dał znać o sobie – autobus nie był zapełniony nawet w połowie i zostaliśmy przerzuceni do furgonetki, gdzie tym razem o jakimkolwiek marnowaniu wolnego miejsca nie ma już mowy – siedzenia są mikroskopijne i znów czeka mnie kilka godzin z kolanami pod brodą.  

Zaraz się wścieknę, jedziemy już ponad dwie godziny z wszystkimi oknami otwartymi na przestrzał. Oprócz nas jedzie jeszcze sześciu tubylców płci obojga i wszyscy pootwierali okna. I tak jest dosyć zimno, cały czas mży lekki deszcz i jeszcze ten przeciąg. Przed nami, na siedzeniu obok kierowcy jakaś młoda idiotka z dwójką małych dzieci, które cały czas trzymają głowy za oknem, a ich mamusia jest zachwycona. Za nami i po bokach też nie lepiej – starsze babcie, które chyba pierwszy raz w życiu jadą samochodem i chcą w związku z tym w pełni przeżyć to pasjonujące i jedyne w swoim rodzaju doświadczenie – również z głowami na zewnątrz. Powyciągaliśmy w plecaków wszystko co się dało, ale to niewielka pociecha. Na dworze jest wystarczająco zimno już bez tego przeciągu jaki powstaje w jadącym samochodzie przy otwartych oknach. Ledwo się przez noc trochę podkurowałem, a tu znów się zaczyna, tym razem już oboje zaczynamy kaszleć, a Kamilę boli to „przeziębione” kolano, bo przez ten ścisk nie może wygodnie ułożyć nogi. Jeden z Laotańczyków znał trochę angielski i poprosiłem go o przymknięcie okien, tłumacząc, że jesteśmy lekko chorzy. Po krótkiej wymianie zdań wszyscy pokręcili odmownie głowami i z minami obrażonych jamników, tym razem już czysto złośliwie otworzyli jeszcze ostatnie, które do tej pory było uchylone do połowy. Jak miło – zawsze podejrzliwie odnosiłem się do tych postępowych teorii głoszących, że sama grzeczność i tolerancja wystarczą do załatwienia każdej sprawy. Tego już było trochę za wiele i siłą zamknąłem dwa najbliższe okna. Staruszki obraziły się jeszcze bardziej (o ile to w ogóle możliwe) i za karę zaczęły... puszczać bąki. Szympansy w najczystszej postaci, szkoda, że Darwin nie miał okazji przebadać ich podczas opracowywania swojej teorii, może odnalazłby to „brakujące ogniwo”. Po jakiejś godzinie litościwa natura przyszła nam z pomocą – dzieci z siedzenia przed nami z głowami wystawionymi za okno, do tej pory tylko lekko pokasłujące, teraz zaczęły charczeć o mało nie wypluwając płuc. Na ich mamusi nie robiło to żadnego wrażenia – najwyraźniej nie dostrzegała żadnego związku przyczynowo – skutkowego między takim zachowaniem swoim i dzieci, a ich coraz silniejszym kaszlem. Jeszcze raz wyjaśniłem temu Laotańczykowi związek pomiędzy ostrym przeciągiem w tej temperaturze, a ich coraz gwałtowniejszymi dolegliwościami i poprosiłem o przetłumaczenie tego matce w rodzimym języku. Miała minę jakbyśmy próbowali objaśniać jej równania fizyki kwantowej, w końcu przymknęła okno do połowy, ale po jej minie wnioskowaliśmy, że odczuwa taki ból, jakby każdy centymetr unoszącej się do góry szyby przecinał  jednocześnie jej ciało.   

Cholera, przez zmaganie się z tą gromadą człekokształtnych traci się całą przyjemność z podziwiania przepięknych, porośniętych lasami gór, które mozolnie przemierzamy. Z tego co pamiętam, najwyższe pasmo w tym regionie nie przekracza 2.500 metrów, ale góry wydają się bardzo wysokie – do tego stopnia, że co kilkanaście minut przebijamy się przez chmury, które w pierwszej chwili braliśmy za mgłę. Dopiero po obejrzeniu się za siebie, z pewnej perspektywy widać, że przejechaliśmy przez chmurę jakby przyczepioną do jednego ze szczytów.  

Krótki postój i znów powtórka z rozrywki. Panienka z siedzenia przy kierowcy uznała, że jej dzieci charczą jeszcze zbyt cicho i z powrotem opuściła szybę na maxa. Wiedziałem, że jeżeli mnie poniesie, to rozsmaruję ich wszystkich po ścianach i zaciskając zęby przezornie usiadłem na rękach. Swoją drogą to cud, że jak do tej pory tylko te dzieci wykazują objawy ostrego przeziębienia, w końcu połowa z nich ciągle trzyma głowy za oknami. Trzeba mieć chyba łeb zakuty idealnie, żeby to znieść bez choroby. W końcu doszliśmy do wniosku, że ukaranie ich głupoty najlepiej pozostawić samej naturze – nawet gdybyśmy sami nie wiem jak przez nich zachorowali, to z naszą apteczką wyjdziemy z tego po kilku dniach, ale czy tę panienkę będzie stać na takie lekarstwa dla dzieci i co się z nimi stanie w przypadku ostrzejszej choroby? I czy kiedy ewentualnie to nastąpi ona wreszcie zrozumie związek między jednym a drugim? Kamila jest sceptyczna i tłumaczy sytuację niedostatkami ilorazu, a ja ciągle się zastanawiam, czy czasem nie bardziej chodzi im o zrobienie nam na złość (nawet kosztem tych dzieci), bo ich nieprzyjazne miny na to wskazują.  

Połowa naszych zmartwień wysiadła wreszcie w jednej z wiosek, wsiedli kolejni – tym razem już ewidentny folklor, jestem pewien, że na palcach jednej ręki można policzyć, ile razy jechali samochodem. Punkt pierwszy okno (patrz kilkanaście linijek wyżej), drugi – choroba lokomocyjna: starsza pani wymiotuje za okno, jej wnuki bezpośrednio na podłogę i wszystko dookoła. Dzieci są koszmarnie brudne, rękami nie mytymi od tygodni wpychają do ust jajka sadzone wyciągnięte z foliowej torebki. Na szczęście na tych siedzeniach po nich nikt już chyba nie usiądzie... 

Wreszcie przed 19-tą dojeżdżamy do Luang Prabang, dworzec jest kawałek od miasta. Kierowca jechał dalej (i wyglądało, że właśnie do miasta), ale miałem już ich tak dosyć, że z ulgą wysiadłem. Okazało się, że to jeszcze z kilka kilometrów i trzeba wziąć tuk-tuka. Miejscowym rynkiem tych pojazdów rządziła mafia związkowa złożona z wąsatego  grubasa i jego trzech kolesi – demokratycznie przegłosowali dla nas stawkę po 10.000 kipów (1$) i reszta taksówkarzy z którymi próbowaliśmy negocjować bała się zaakceptować naszą napisaną na kartce cenę 2 x 7.500. W końcu czujność grubasa osłabła i jeden z jego przybocznych puścił oko do kierowcy, który jeszcze przed chwilą nam odmawiał, a teraz wskazał miejsce w swoim tuk - tuku. Zauważyliśmy, że tubylcy płacili za taki sam kurs po 3.000 – i po jaką cholerę cywilizacja białego człowieka wydaje miliardy dolarów rocznie na pomoc krajom trzeciego świata? Zapadał zmrok i wybraliśmy pierwszy lepszy hotel w bocznej uliczce – dwójka bez WC - 4$. 

  

17.06 PIĄTEK

Noc znów fatalna – katar, kaszel i gorączka, cholera jak tak dalej pójdzie, to będę łykał antybiotyki jak indyk ciepłe kluski. Na szczęście rano poczułem się lepiej, kaszel i gorączka ustąpiły – byle do następnego autobusu, już się cieszę na samą myśl. Po solidnym śniadaniu w knajpie (zestaw: pieczywo, jajko na miękko, serek topiony, herbata – 25.000 kipów, butelka pepsi 0.33 w sklepie średnio 2.500, duża butelka wody 5.000) włóczyliśmy się kilka godzin po mieście. Świątynie z daleka wyglądają imponująco, po bliższym obejrzeniu tracą. Wszystkie nieliczne rzeźbienia i ornamenty wyglądają na odlewy, do tego wszystko w większości pomalowane topornie na olejno, co razem daje wrażenie tandety. Tylko stare, kamienne, poczerniałe kilkumetrowe stupy pozwalają poczuć klimat antycznego buddyjskiego świata. Laos jest jednym z najbiedniejszych krajów regionu, aczkolwiek przez burzliwą zawieruchę azjatyckiego komunizmu przeszedł stosunkowo spokojnie i bez takich kataklizmów jak Chiny, Kambodża, czy Wietnam. Może dlatego, że zarówno rządząca dynastia, jak i większość ludności przyjęła socjalizm prawie z entuzjazmem, co zapobiegło rzeziom na nielicznych oponentach. Ponadto już w fazie wprowadzania systemu był to kraj tak biedny i o naturalnie – w warunkach systemu wartości społeczeństw azjatyckich – skolektywizowanej strukturze, że oficjalne wprowadzenie tej doktryny tak  naprawdę niewiele tu  zmieniło.

Po obiedzie znów spacer po okolicznych świątyniach, ale jeszcze raz utwierdziliśmy się w przekonaniu, że nie zrobiły na nas większego wrażenia – pozbawione jakiegoś kunsztownego rzemiosła i topornie pomalowane szybko się przejadają. Jedynym, co przyciągało naszą uwagę, były czynności gospodarcze mnichów – pranie i rozwieszanie swoich pomarańczowych szat, rąbanie drewna (po co?).  Jak na byłą stolicę Laosu, to niewiele tu do oglądania, owszem ludzie są tu dużo milsi i miasto ma swój klimat, ale już po jednym dniu niezbyt forsownych spacerów można tu się zanudzić. Być może, gdyby wypuścić się łodzią na rejs Mekongiem po okolicy byłoby ciekawiej, ale przy naszej długiej i przez to dosyć powierzchownej trasie nie bardzo możemy sobie na to pozwolić.  

Wieczorem główny pasaż miasta ożywa. Setki straganów z materiałami, ciuchami i souvenirami przyciągają całkiem liczny tłumek turystów. Aczkolwiek obserwując ten asortyment widzę wiele rzeczy niemal bliźniaczo przypominających te oglądane na straganach w Yangshuo, co ewidentnie wskazuje na produkcję masową. Kolacja w hinduskiej knajpce, gdzie właściciel podał nam herbatę dwukrotnie droższą, od tej którą zamówiliśmy, a potem próbował tzw. kreatywnej księgowości, licząc nam dania droższe, niż te które rzeczywiście jedliśmy  (frytki i jakieś placki – 22.000 kipów). Tak przy okazji, z tą herbatą tutaj to jakieś szaleństwo, może zabrzmi to niewiarygodnie, ale trudno ją znaleźć i jest dość droga. Po doświadczeniach z Indii, gdzie doskonałą i przyrządzaną na różne sposoby można za grosze znaleźć na każdym ulicznym straganie, to niezbyt miła odmiana. To kuriozalne, ale w niektórych knajpach (i to bynajmniej nie w pięciogwiazdkowych hotelach) herbata jest tu droższa, niż w Polsce. 

    

18.06 SOBOTA

Właścicielka hotelu jest bardzo miła – w przeciwieństwie do dotychczasowych doświadczeń, nie miała nic przeciwko samodzielnemu praniu, a nawet pozwoliła skorzystać ze swojej wystawionej na słońcu suszarki. Jeszcze wczoraj wieczorem wracając do hotelu ustaliliśmy, że autobus do Vientiane odchodzi o 12.00. Tym razem za motorikszę na dworzec zapłaciliśmy po 5.500 kipów i to bez dłuższego szukania chętnych, na szczęście „związkowa” mafia nie jest jeszcze w stanie kontrolować wszystkich zakątków miasta.  

Autobus ruszył z półgodzinnym opóźnieniem – szofer z dezaprobatą przyglądał się pustym siedzeniom, w końcu jednak dostał chyba jakieś ponaglenie i ruszyliśmy. Oby tylko nie zapeszyć, autobus nie ma klimatyzacji, a konstrukcja okien uniemożliwia otworzenie ich dalej, niż do połowy. Chyba, że znajdą jakiś sposób, albo zaczną wybijać szyby, z takimi to nigdy nie wiadomo.  

Tym razem jazda to już prawie przyjemność, autobus jest w miarę wygodny, znów wijemy się między robiącymi wrażenie górami. Prawie na każdym zakręcie drogi kilka stojących sznurkiem prymitywnych, drewnianych chatek na palach. Drzwi do każdej są szeroko otwarte – mieszkańcy albo cierpią na klaustrofobię, albo odczuwają nieodpartą potrzebę przekonania wszystkich, że nie mają nic do ukrycia.  Chatki są dosyć ciekawie stawiane – pobocze jest zbyt wąskie, aby pomieścić nawet jedną, więc prawie połowa każdej wystaje ponad osuwiskiem skarpy podparta długimi drewnianymi balami. Co będzie, jeżeli ulewny deszcz, którego tu przecież nie brakuje spowoduje osunięcie się ziemi? Z drugiej strony, jeżeli do tej pory ciągle stoją, to pewnie mają na to jakiś patent, albo co bardziej prawdopodobne, nie zdają sobie sprawy z problemu.   

Na miejscu byliśmy około 22.30 i znów okazało się, że dworzec na którym kończył trasę autobus jest kawałek od centrum miasta. O tej porze było już pusto, jeden z nielicznych przechodniów poinformował nas, że do centrum jest przynajmniej ze 3 kilometry. W pobliżu był jakiś hotel, ale zdecydowaliśmy się na ten dłuższy spacer. Nie uszliśmy daleko, podjechały do nas dwie dziewczyny na skuterach proponując podwiezienie do centrum i po 10 minutach byliśmy na miejscu. Wysadziły nas przed jedynym znanym im tu hotelem – Sihom Guest House. Nie chciały pieniędzy i były zakłopotane nawet, gdy zaproponowaliśmy im przynajmniej colę w przyhotelowej restauracji. Sam hotel był jednak koszmarny – 5$ za ciasną dwójkę bez łazienki, z obleśnie brudną pościelą. Ściany pomazane krwią i dziesiątkami porozgniatanych insektów wszelkiego autoramentu, a co najciekawsze, sufit zbity był z krzywych i nie dopasowanych do siebie desek, będących jednocześnie podłogą piętro wyżej. Nad nami musiał być kawałek innego pokoju i korytarz, bo ciągle słychać było tupanie i dzikie wrzaski, do tego przy każdych krokach na górze piach sypał się nam na głowy, a przez ponad centymetrowe szpary w deskach widać było niebo. Z drugiej strony pokoju, nad nami, patrząc w podłogę można było zafundować sobie darmowy reality show z naszym udziałem. 

  

19.06 NIEDZIELA

Rano, jeszcze przed check out’em wyruszyliśmy na poszukiwanie lepszego hotelu. W dziennym świetle zorientowaliśmy się, że ten nasz leży w bocznej uliczce. Bez planu miasta szliśmy na wyczucie i po 5 minutach wyszliśmy na dużą ulicę, a po kolejnych 10 minutach trafił się hotel Praseuth – przyjemna, duża dwójka bez łazienki za 4$. Przy okazji dowiedzieliśmy się, że jest niedziela, czyli dziś nie mamy po co iść do tajskiego konsulatu.   

Już po przeprowadzce i spacerze po okolicy. Zaraz za naszym hotelem jest gigantyczny gmach – nazywa się to Pałac Kultury i jest niewątpliwie najokazalszym budynkiem w całym Laosie. Niestety zamknięty, ciekawe czy w tygodniu da się tu wejść? Mam lekkie wątpliwości, bo wygląda na opustoszały. Vientian przypomina mi miasta indyjskie – ten sam „aromat”, brudne ulice z krzywymi i niedorobionymi chodnikami, i takież domy w tonacji zabrudzonej szarości. I w środku tego to monstrum – niby imponujące, ale pasuje jak muszka do waciaka. Zachodzimy do książkowego komisu i za 8$ kupujemy używany przewodnik LP South-East Asia z poprzedniego roku, dobre i to.  

Idąc dalej wzdłuż ulicy dochodzi się do głównej arterii stolicy – pierwsza i chyba jedyna dwupasmówka z oddzielonymi jezdniami – kawałek na lewo za skrzyżowaniem spory zadaszony bazar i dalej klika sklepów.  Po kolejnych kilkuset metrach najciekawszy tu jak na razie obiekt – Łuk Triumfalny. Wygląda na dosyć stary, ale ma zaledwie jakieś 45 lat. Jak na stolicę, to niewiele tu do oglądania – trochę taki nasz Wołomin, czy Otwock, ale miło tu.  

Na naszej ulicy naprzeciwko „Muslim Bank” jest mały barek, gdzie serwują najlepsze chyba sheaki w całym Laosie – od 4.000 kipów. Na ogół w Azji lepiej unikać małych ulicznych stoisk oferujących soki ze świeżych owoców doprawiane tutejszą wodą (lód), ale obecność tłumu białych ze  swoimi delikatnymi żołądkami wskazuje, że miejsce cieszy się dobrą reputacją, i zasłużenie. Później wstępujemy na ten duży, zadaszony market – dziesiątki sklepów z elektroniką i AGD, setki stoisk z ciuchami, a wokół tego lokalne knajpki z tubylczym jadłospisem, gdzie śmiało można zamówić pieczone kurze łapki i jeszcze kilka innych specjałów, ale tylko to zdołałem zidentyfikować...  

  

20.06 PONIEDZIAŁEK

Rano do tajskiego konsulatu. Za placem z Łukiem Triumfalnym ulica rozdziela się, wybieramy prawą odnogę i po 15 minutach meldujemy się przed biurem na świeżym powietrzu. Oczywiście dajemy lekko ciała, nie mamy wizytówki z nazwą i adresem naszego hotelu i muszę biegiem drałować z powrotem (40 minut w jedną stronę) – podania można składać do godziny 12.00, wiza kosztuje 800 bathów, czyli 20$. Odbiór pojutrze do godziny 14.00.  

Kamila uzależniła się od knajpki z sheakami, eksperymentuje ze wszystkimi owocami, teraz zamówiła coś, na widok czego pani zrobiła bardzo zdziwioną minę, ale wykonała zamówienie – po kilku pociągnięciach przez słomkę Kamila wyglądała jakby piła ocet, co nie było zresztą takie dalekie od prawdy, dalszy przebieg tego kulinarnego eksperymentu dyskretnie przemilczę... 

  

21.06 WTOREK

Wyszliśmy oglądać zespół tutejszych świątyń kawałek za tajską ambasadą i znów nasz współczynnik „pe-cha” utrzymuje się na właściwym poziomie – cały teren wokół rozkopany, to już nawet nie remont, ale jakaś gigantyczna budowa. Świątynie prezentują się trochę lepiej, niż te z Luang Prabang, co prawda też są w większości malowane na olejno, ale nie sprawiają już wrażenia takiej tandety, co stolica, to stolica. Znów sporo radości dostarcza nam obserwacja kwatermistrzowskiej krzątaniny mnichów – wszędzie na sznurach suszą się pomarańczowe szaty, a oni sami prawie nadzy zajęci są doglądaniem wszelkiego rodzaju inwentarza. Potem kilkanaście minut rozmowy z kilkoma – jeden z nich ma ambitne plany, po ukończeniu „służby” w klasztorze ma zamiar osiedlić się w Australii.  

Po powrocie do hotelu kręcimy się szukając jakiejś rozsądnej knajpy na obiad, ale wybór jest niewielki. Jeżeli już jakaś wygląda zachęcająco, to ceny wręcz przeciwnie. W końcu trafiamy na znośną – zupa z kurczaka i jakiś omleto-naleśnik – 18.000 kipów. Kamila już zapomniała o wczorajszej klęsce i przeprosiła się z sheakami – jesteśmy tam jednymi z najwierniejszych bywalców (oprócz pary białych facetów w średnim wieku, których widzimy tam zawsze, nie tylko kiedy sami wchodzimy, ale również mijając to miejsce podczas spacerów – ci to dopiero się nudzą). Przy okazji sprawdzamy ten „Pałac Kultury” – cały czas zamknięty na głucho i nawet psa z kulawą nogą. Ciekawe, ile to kosztowało? Pewnie tu też nie brak cwaniaczków – „fachowców” od wydawania publicznego grosza...  

Wieczór spędzamy pod łukiem, są tam także dwie spore fontanny (podświetlane) i załapaliśmy się na kilkunastominutowy spektakl z cyklu „dźwięk, światło i ciśnienie”. Odgłosy nadciągającej burzy przepędziły nas jednak do hotelu, zdążyliśmy na styk, w dodatku zostawiliśmy pranie na dachu. Z tym praniem to tutaj udręka – wszędzie w hotelach zabraniają prać ręcznie, stręcząc swoje niezbyt tanie pralnie – 15.000 kipów za 1kg. Cóż, ja też kiedyś mogę poudawać idiotę, że nie kumam o co chodzi... 

  

22.06 ŚRODA

Po śniadaniu w knajpie na ulicy na tyłach naszego hotelu (całkiem znośne ceny i miła obsługa, do tego rzadko spotykana tu rzecz – spory dzbanek herbaty za zaledwie 2.000 kipów) i przed 12-tą odbieramy wizy. W naszym hotelu rezerwujemy bilety na dzisiejszy autobus do Bangkoku o 18.00 – 600 bathów (15$). Poznajemy młodą Holenderkę - Iris, też jedzie naszym autokarem, a razie o mało co nie urwałem drzwi w furgonetce (zamykając je) wiozącej nas na dworzec. Odjeżdżamy punktualnie o 18.00. Wiem, że ci, którzy spędzili tu tygodnie lub nawet miesiące myszkując po wszystkich zakamarkach tego kraju, czytając to będą sobie rwali włosy z głowy i nie tylko, ale jestem już trochę znudzony Laosem. Nawet ze świadomością, że pominęliśmy rejs po Mekongu i olbrzymie tajemnicze kamienne dzbany na północy. Gdybyśmy przyjechali tu docelowo, to co innego, ale taki jest los, kiedy robi się długą objazdówkę z takim budżetem jak nasz – nie można mieć wszystkiego, a nie wiadomo, co jeszcze przed nami. Kilkanaście kilometrów od Vientiane jest park ze starymi, olbrzymimi figurami Buddy, ale też zdecydowaliśmy sobie go odpuścić – tutejsi rikszarze potrafią zniechęcić nawet do poruszania się przy ich pomocy po mieście, a co dopiero taki wyjazd. Dopiero teraz zauważyliśmy, że Vientiane jest prawie kompletnie pozbawione miejskiej komunikacji, przez te trzy dni pobytu może ze 4-5 razy widzieliśmy na ulicy autobus, czy raczej dużą furgonetkę. W kilku miejscach są jakieś przystanki, ale nikt na nich nie czeka, wszyscy używają tu chyba swoich samochodów i motorów, bardzo nietypowa to „metropolia”.  

Po niecałej godzinie jazdy wjeżdżamy na most graniczny na Mekongu i znów typowe zagranie – celnicy żądają po 2.500 kipów podatku wyjazdowego. Kurwicy można dostać z tymi podatkami, najpierw wiza za 25$, a teraz jeszcze to – 2.500 kipów to nie tak znowu dużo, ale nie mamy już tego dziadostwa, a dolary tylko w większych nominałach i zaczyna się robić gorąco, bo chcą nam wydać resztę w bezwartościowej walucie laotańskiej. Wszyscy przeszli już odprawę i czekają w autokarze, a my musimy przetrząsać na biegu kieszenie. W końcu znalazłem dolara i wyrwaliśmy się z łap tych cwaniaczków – kiedyś zejdę na zawał podczas takiej imprezy. 

Miasteczko Nong Khai za terminalem tajskim to już inny świat, kontrast z Laosem jest porażający. Budynki raczej niskie, ale wszystko lśni tysiącami neonów, zadbane ulice i luksusowe auta, pomiędzy którymi z gracją przeciska się kilka słoni. Nasze stewardessy rozdają jakieś ciastka i napoje, a na dobranoc przynoszą pasażerom koce, chociaż klimatyzacja nie jest tym razem zbyt agresywna (aż trudno uwierzyć) – jesteśmy lekko zaskoczeni, aż dwie młode dziewczyny do obsługi pasażerów. Mają na sobie nienaganne granatowe mundurki i białe koszule, pierwszy raz jadę takim autokarem, no, no, coś takiego...

 

 

One night in Bangkok...