7.06  WTOREK

Zanim dotarliśmy do stacji kolejki zaczęło lać, na miejscu okazało się, że nie starczyło nam już lokalnych dolarów na bilety, a automat biletowy nie przyjmował yuanów. O tej porze wszystko było jeszcze pozamykane i straciłem ponad pół godziny, zanim wymieniłem pieniądze u jakiegoś murzyna w ciemnej uliczce.  

Kilka minut przed siódmą byliśmy na terminalu Lo Wu. Coś jest nie tak – po przejściu odprawy zorientowałem się, że kompletnie nie kojarzę, gdzie jesteśmy. To nie są te same korytarze (pionowe i poziome), którymi tu przybyliśmy. Zamiast bezpośrednio na peron wyszliśmy prosto na ulicę, a dworzec oddalony był o kilkaset metrów.  

Od razu poznałem, że jesteśmy w Chinach – kupno biletu to temat na jakiś odcinek ekstremalnego programu survivalowego. Kiedy wreszcie dotarliśmy do pomieszczenia wyglądającego na kasy (co nie było takie proste z uwagi na rozmiary gmachu – już się nie dziwię, ale ciągle nie przyjmuję do wiadomości – są tu dziesiątki różnych hal, korytarzy, okienek i instytucji, z wyjątkiem tych, gdzie pasażer może coś załatwić), zaczęło się odsyłanie nas od jednego okienka do drugiego. Chcieliśmy kupić bilety do Guilin, skąd mamy jechać do Yangshuo, ale okazało się, że stąd jeżdżą pociągi tylko do Kantonu. Okazało się ponadto, że bilet do Kantonu kosztuje 75Y, czyli 10Y drożej, niż płaciliśmy przedwczoraj w drugą stronę. Dlaczego? Nie ma sensu pytać, bo i tak nikt nie zrozumie.  

Kilka minut po 9-tej jesteśmy na znajomym dworcu w Kantonie. Kamila prawie dwie godziny latała po dworcu pytając o pociąg do Guilin, ale bezskutecznie. Cholera, już naprawdę dostaję bzika na punkcie tych ich dworców – ten gmach ma kilka pięter, kilkanaście mniejszych i większych hal i dziesiątki, jeżeli nie setki okienek, a wywalili go tylko po to, by obsługiwał pociągi jedynie do Shenzen/Kowloon. Próbowałem to wytłumaczyć grupce Hiszpanów, którzy z corridą w oczach miotali się od jednego okienka do drugiego usiłując się czegoś dowiedzieć, ale byli w Chinach zbyt krótko, by mi uwierzyć. Przypomina mi się powiedzenie z wojska – młody zawsze zdziwiony... Zresztą mnie też to po chwili spotkało, zauważyłem, że w ciągu tych dwóch dni rozkład poczekalni znacząco się zmienił – rzędy siedzeń które wcześniej stały równolegle do kas, teraz stoją prostopadle (i w dodatku są inne – plastikowe, poprzednie były miękkie), podzielili poczekalnię ściankami działowymi i barierkami, tylko po tych samych tablicach reklamowych na ścianach i układzie sklepów poznałem, że byliśmy tu przedwczoraj. To już drugi raz, jak oni to robią? Stwierdzenie, że Chiny zmieniają się błyskawicznie, można rozumieć także jak najbardziej dosłownie. 

Przed dworcem zaczepiają nas trzy młode Chinki, chcą poćwiczyć angielski i przy okazji uświadamiają nas, że musimy znajdującym się nieopodal metrem pojechać na dworzec główny. Dwoma liniami (najpierw czerwoną, potem pomarańczową – 5Y) dojeżdżamy do celu. Kolejki do kas ciągną się już ponad 100 metrów od dworca – cały plac wypełniony jest kłębiącymi się Chińczykami. W dodatku plac pocięty jest zagradzającymi drogę barierkami – przeciśnięcie się pod budynek zajęło mi z kwadrans – jak zwykle wykonałem kawał solidnej, nikomu niepotrzebnej pracy. Było jakieś okienko informacyjne, ale chyba szybciej nauczyłbym się chińskiego, niż do niego dopchał. Kłębiący się tam Chińczycy załatwiali swoje sprawy szybkimi zdaniami wykrzykiwanymi do okienka już z kilkunastu metrów i otrzymując odpowiedź w ten sam sposób przez stojących bliżej pośredników – nic prostszego jak przepchać się przez nich do okienka i spróbować dowiedzieć się czegoś po angielsku. Beznadziejna sprawa.  

Na szczęście kilkaset metrów od dworca kolejowego był także autobusowy i trafiliśmy na odjeżdżający o  12.50 (za pół godziny) – 150Y. Dosyć drogo, jak na taki dystans – cholera, te ceny tutejszego transportu naprawdę nas zrujnują.  

Autokar jeszcze „państwowy”, tzn. zdezelowany i niezbyt czysty (ale klimatyzacja działa, oczywiście  klapki zamykające popsute). Po kilku godzinach zatrzymujemy się w jakimiś wioskowym zajeździe na obiad. Zajazd wygląda jak z czasów rewolucji kulturalnej – wszędzie nadal portrety Mao – poza tym bieda i ten specyficzny klimat głębokiej prowincji. Jedna duża izba z glinianą podłogą, kilka rozrzuconych chaotycznie brudnych, zbijanych z szorstkich desek stołów i kuchnia – kilka prymitywnych palenisk. Zabytkowy klimat jest na pewno, gorzej, że toalety takież same, zaraz obok zajazdu jest mur z kilkoma zardzewiałymi umywalkami, a po drugiej jego stronie przez spory prześwit widać kostki (i nie tylko) ludzi kucających z drugiej strony nad odkrytym szambem. 

A propos rewolucji kulturalnej - jej przebieg i związane z nią historie pozwalają doskonale zrozumieć nie tylko komunizm, ale i tzw. demokrację. Po opisanych wcześniej szaleństwach związanych z rządami Mao, kiedy to kilkadziesiąt milionów Chińczyków zmarło z głodu, a co najmniej kilkanaście milionów innych skończyło życie w obozach pracy, część członków partii komunistycznej próbowała delikatnie pozbawić Mao władzy. Ten jednak nie miał zamiaru ustępować, mimo oczywistej odpowiedzialności za tę hekatombę i powolnego wchodzenia w wiek starczy (miał już ponad 70 lat). Partyjni biurokraci drobnymi kroczkami zdążyli odkręcić kilka największych debilizmów, które doprowadziły do tych kataklizmów i powoli zamierzali wysłać Przewodniczącego na emeryturę. Ten, wspomagany bardzo aktywnie przez swoją również żądną władzy - a przede wszystkim luksusów - żonę Jiang Qing nie zamierzał ustąpić. Większość kadry partyjnej miała go już serdecznie dosyć, więc aby odzyskać pełnię władzy Mao postanowił wywołać wojnę domową poprzez podburzenie "studentów i robotników" przeciwko swoim wrogom w aparacie partyjnym. Przygrywką do tej operacji było wydanie przez Lin Biao tzw. "małej, czerwonej książeczki" - zbioru "złotych myśli Mao". Lin Biao, minister obrony i marszałek armii był bliskim przyjacielem Jiang Qing, skrajnym lewakiem i do tego psycholem - w znaczeniu jak najbardziej dosłownym, bo czasami dla celów retorycznych nadużywa się takich określeń. Tym razem nie chodzi o ocenę walorów intelektualnych w mniej, czy bardziej abstrakcyjnym znaczeniu, ale o zdolność funkcjonowania na poziomie podstawowym. Gnębiony rozmaitymi stanami depresyjnymi i psychozami marszałek chińskiej armii był zdolny do zachowań, których prędzej spodziewalibyśmy się w szpitalach dla obłąkanych - panicznie bał się szumu wody i unikał jej do tego stopnia, że nawet nie pił (płyny przyjmował w formie pośredniej - np. owoce), mycie i cały problem higieny przyprawiało go o stany lękowe. Z tych względów bał się korzystać z nowoczesnej toalety i potrzeby fizjologiczne załatwiał siedząc na postawionym na łóżku nocniku, przykryty szczelnie kołdrą. Na podobne zaburzenia - choć w mniejszej skali i nie objawiające się aż tak widowiskowo - cierpiała również żona Mao, stąd zainteresowanie wspomnianego wcześniej dr Li tymi przypadkami. Był przerażony, kiedy usłyszał, kto i w jaki sposób zamierza pomóc Mao wrócić na szczyty władzy. "Czerwona książeczka" została natychmiast rozprowadzona w całej armii i większości zakładów pracy - co przy nakładzie przeznaczonym dla najludniejszego państwa świata uczyniło Mao najbogatszym człowiekiem w Chinach. Co prawda wcześniej i tak nieoficjalnie nim był, mając przecież do dyspozycji cały majątek państwowy (koniak jest to ulubiony napój klasy robotniczej popijany ustami jej przedstawicieli), teraz jednak był nim w sensie jak najbardziej kapitalistycznym - honoraria z tego tytułu trafiły bowiem na jego prywatny rachunek już nie maskowany "własnością społeczną". I tak człowiek posiadający największe w Chinach konto wzywał "studentów" i robotników" do obalenia władzy "partyjnych burżujów" jak określał swoich wrogów.

W 1966 pod przewodnictwem Mao, Lin Biao i tzw. "bandy czworga" (grupy do spraw rewolucji kulturalnej w skład której wchodziła między innymi żona Mao - po śmierci Mao skazana razem z resztą "bandy" na karę śmierci, tylko jej wyrok zamieniono na dożywocie, ale i tak po kilka latach w celi popełniła samobójstwo), na ulicę wyszły miliony demonstrantów - tzw. hunwejbinów (czerwonogwardzistów). Ich celem stali się wszyscy (partyjni i niepartyjni), którzy opamiętawszy się (nawet jeżeli tylko trochę) po tragicznych doświadczeniach sprzed kilku lat starali się przywrócić choćby minimalne zasady zdrowego rozsądku - nie tylko profesorowie wyższych uczelni, ale wszyscy tzw. "gramotni". Na ulicach, a także ogarniętych chaosem uczelniach i fabrykach polała się krew - co jeszcze bardziej groteskowe, wszystkie walczące ze sobą o władzę grupy powoływały się na słowa i hasła Mao. Sytuacja wymknęła się spod kontroli - ciągle podburzani przez Mao hunwejbini nie posiadając żadnej oficjalnej władzy, co dzień urządzali pogromy podejrzewanych o "prawicowe odchylenie" (ginęły w nich dziennie nawet setki ludzi), a policja i wojsko nie reagowały nawet wtedy, gdy obiektem napaści byli niektórzy funkcjonariusze partyjni. Miliony fanatyków o przepranych mózgach, wymachujący nad głowami "czerwonymi książeczkami" i skandujący bezmyślnie "Niech żyje Przewodniczący Mao", gotowych bez żadnej refleksji rozerwać na strzępy każdego wskazanego im nieszczęśnika - jak to określić? Totalitaryzm? Przecież ci ludzie robili to całkiem dobrowolnie, gdyby urządzić im wtedy demokratyczne wybory, to Mao zebrałby ponad 75% głosów - podobnie jak Hitler. W jednej z fabryk tekstylnych doszło do spiętrzenia absurdu całej sytuacji - walczyły tam ze sobą na pięści, kamienie, a także przemycaną broń dwie grupy partyjne - przy czym obie powoływały się na ten sam cytat z "czerwonej książeczki" - nikt nie potrafił (nawet w formie partyjno - komunistycznej nowomowy) wyjaśnić, o co tak naprawdę walczą i co sobie zarzucają. Mao odzyskał co prawda swoją "cesarską" pozycję, ale nie udało mu się wyeliminować (w tym również fizycznie, rękami hunwejbinów) swoich największych oponentów w partii i cały chaos do jakiego doprowadził zaczął mu powoli ciążyć. Powoli przestawał panować nad burzą, którą rozpętał. Wezwał wszystkie strony do złożenia broni i powołania "wspólnych komitetów rewolucyjnych" (cokolwiek by to miało znaczyć) pod jego przewodnictwem. Oto scenka opisującą najlepiej kretynizm całej sytuacji i wszystkich jej uczestników - do tej pogrążonej w chaosie tekstylnej fabryki Mao wysłał krótką notatkę ze słowami - "Towarzysze, jak się macie?". Walki natychmiast ustały - wszyscy wpadli w prawie seksualną ekstazę. Świstek papieru od Mao powiększono stukrotnie i powieszono na honorowym miejscu, gdzie regularnie defilowały przed nim tłumy ogarniętych amokiem demonstrantów, którzy jeszcze kilka godzin temu gotowi byli się pozabijać. Treść notatki była raczej lakoniczna i uboga merytorycznie, i nie dawała jakichkolwiek odpowiedzi na ewentualne nurtujące ich pytania, mimo to, w tak prosty sposób udało się osiągnąć efekt, o jakim wszyscy przywódcy najbardziej podstępnych sekt mogliby tylko pomarzyć. I jeszcze jeden przykład, do tej samej fabryki Mao wysłał w prezencie - jako wyraz poparcia dla robotników - kilka... owoców mango, które otrzymał od ministra spraw zagranicznych Pakistanu. Oddam głos dr Li: "Chcąc uczcić otrzymanie tych owoców, robotnicy tego zakładu zorganizowali wielkie uroczystości, podczas których gęsto cytowano słowa Przewodniczącego. Następnie zalano je woskiem, licząc, że w ten sposób zostaną one zakonserwowane dla potomności. Mango stały się relikwią, obiektem kultu. Pokryte woskiem owoce wystawiono na ołtarzu w fabrycznym audytorium, a robotnicy ustawili się w kolejce, aby przemaszerować koło nich. Przechodząc obok, z wielką powagą się kłaniali. Jednakże nikt nie pomyślał o sterylizacji owoców zanim zalano je woskiem i po kilku dniach jakie upłynęły od ich uroczystego wystawienia, zaczęły zdradzać objawy gnicia. Komitet rewolucyjny fabryki odratował owoce, obrał je, a potem ugotował ich miąższ w ogromnym garnku (...). Odbyła się jeszcze jedna ceremonia, równie uroczysta jak poprzednia (...). Potem wszyscy pracownicy fabryki przeszli w szeregu i każdy wypił po łyżce wody, w której ugotowano uświęcone owoce mango. Potem komitet rewolucyjny polecił wykonać woskową kopię podarowanego przez Mao owocu. Replika została należycie wykonana i umieszczona na ołtarzu, gdzie zastąpiła prawdziwe owoce, a robotnicy nadal przechodzili w szeregu obok, cześć, jaką odczuwali wobec tego obiektu kultu zdawał się w żaden sposób nie słabnąć". Bez komentarza. Dr Li był świadkiem tych wydarzeń, ludzie ci robili to wszystko z rewolucyjnym zapałem, przez nikogo nie zmuszani. Czy to jeszcze totalitaryzm, czy już demokracja? Czy ci, którzy dziś demonstrują o przywrócenie w Chinach pełnej demokracji (w sytuacji kiedy Chiny odeszły już od komunizmu w sensie ekonomicznym o wiele dalej, niż Polska - co za tym idzie ludzie uzyskali jedną z najważniejszych wolności - wolność swobodnego dysponowania swoimi pieniędzmi, w stopniu większym, niż my) wierzą święcie, że miliony tego typu "wyborców", których można doprowadzić do stanu odmóżdżenia absolutnego przy pomocy tak prostych środków, będą w stanie podejmować racjonalne decyzje? A czy inne nacje różnią się pod tym względem od Chińczyków? Koniec tych ponurych rozważań, bo wreszcie podano do stołu...

Obiad nadspodziewanie dobry – ryż z dosyć urozmaiconym bukietem jarzyn i kilkoma sosami – kurczaka dyskretnie omijamy, wygląda bardzo nieapetycznie, chyba ma tyle samo lat, co ta knajpa. 

Znów kilka godzin w autobusie, zapada noc i po siedzeniach zaczynają grasować pluskwy i karaluchy. Są wesołe i niczym się nie przejmują. Pytamy kierowcę, jak daleko jeszcze do Guilinu, a ten w rewanżu pyta nas o Yangshuo – potwierdzamy i jest z siebie bardzo zadowolony. Za oknami potworna ulewa – z plecaka wyciągam przezornie parasol, a przy okazji usuwam z niego kilka gatunków żuków  – hej, wesołe karaluszki...

W końcu, po 22-ej kierowca wysadza nas na jakiejś stacji benzynowej, okazuje się, że to Yangshuo – zboczył chyba kilka kilometrów, by nas tu wyrzucić. Ledwo wypakowaliśmy się w strugach deszczu, nadbiegł jakiś młody Chińczyk z parasolem witając nas z daleka – hello mister Robert...!

 

11.06 SOBOTA

Wyjeżdżamy po 4 dniowym pobycie w Yangshuo – nie chciało mi się pisać i teraz muszę poganiać. Najpierw o „Zygmuncie” – jak go nazwała Kamila – czyli naganiaczu, który przywitał nas po wyjściu z autobusu. Wcale mnie to nie zdziwiło – w Chinach podczas ulewy stacje benzynowe aż roją się od naganiaczy zwracających się po imieniu do wysiadających z autobusu białych – nasze nazwiska widniały na biletach, najwyraźniej uprzejmość kierowcy nie była taka bezinteresowna, musiał przekomórkować do „Zygmunta”, że przywozi mu nowych jeleni, bo tym razem daliśmy ciała wręcz podręcznikowo, aż wstyd (Kamili można wybaczyć, bo ona jeszcze podróżnicza „dziewica”, ale ja powinienem wrócić do Polski na kolanach). A tak w ogóle „Zygmunt” okazał się ... Robertem, co też mnie wcale nie zdziwiło, w końcu to jedno z najpopularniejszych chińskich imion. Już kiedy przy przywitaniu „Zygmunt” przedstawił się jako Robert wiedziałem, że sobie z nami pogrywa i podchodzi nas tandetnym „pijarem” – wazelina, jaką smarował była na granicy odruchu wymiotnego, czekałem tylko, aż powie, że jego matka ma na imię Kamila, a jego rodzina pochodzi z Polski. Od razu chciałem go spławić, ale lało jak diabli, było już późno, poza tym rozegrali to nieźle – stacja była na uboczu miasta, dostatecznie daleko od głównej ulicy, żeby w takich warunkach chciało nam się szukać innego hotelu. Zaproponował dwójkę za 90Y (zaczynał od 120Y) i to płatne za przynajmniej 3 dni, czyli dosyć drogo – aczkolwiek po zetknięciu z innymi chińskimi cenami (zwłaszcza transportu) uznaliśmy to za dosyć realne, zwłaszcza w miejscu tak popularnym. Dopiero po późniejszej wizycie na głównej ulicy zorientowaliśmy się w skali naszej pomyłki – można było bez problemów dostać dwójkę za 70Y –w dodatku nasz hotel „Guylin” leżał na obrzeżach miasteczka. To jeszcze i tak nic – najwięcej przepłaciliśmy za rejs łodzią po rzece – jeszcze tej nocy zaraz jak przyjechaliśmy, „Zygmunt” zaproponował organizację tej imprezy po 200Y od łebka. Na swoje usprawiedliwienie mogę powiedzieć tylko, że Kamila była strasznie napalona na tę wycieczkę, a ja miałem jeszcze poczucie winy za Hongkong. „Zygmunt” poganiał nas, że musi mieć listę chętnych do północy, a jutro będzie na pewno drożej (stary numer) – ostatecznie zgodził się łaskawie na 170Y. Przystałem na to, bo przypomniała mi się historia z murem – gdybyśmy wzięli autokar z hotelu (z wliczoną ceną biletu wstępu) z sumie wyszłoby na to samo, a zaoszczędzilibyśmy nerwów i zamiast dwóch godzin spędzilibyśmy na murze cały dzień.

  

8.06. ŚRODA 

Nazajutrz o 8.00 wsiedliśmy do podstawionej furgonetki i po 15 minutach jazdy byliśmy na przystani. Po drodze poznaliśmy Kanadyjkę, która w Chinach  i w Yangshuo była już kilka razy – powiedziała nam, że na miejscu łódź można wynająć już za 50Y. Tym razem Kamila wyręczyła mnie w odreagowaniu na sztuczkę „Zygmunta”. Przez delikatność nie zacytuję repertuaru określeń jakiego w stosunku do niego użyła – cholera, jak wrócimy do domu, to matka jej nie pozna i znów będzie na mnie. Okolica jest przepiękna, góry wyglądają jak szpilki powpinane w poduszkę – przejażdżka łodzią po rzece Yu Long trwała jakieś trzy godziny – nawet wszechobecna „chińska mgła” miała swój urok.

  

9.06 CZWARTEK

Drugiego dnia Moon Hill – za średnio 10Y można wynająć rower, my znaleźliśmy lokalny autobus za 4Y. Przy drodze prowadzącej na szczyt stała kasa, zajęci rozmową minęliśmy ją i nikt nas nie zatrzymywał. Zauważyliśmy ją dopiero ze schodów. To już trzecia wspinaczka z kolei, było naprawdę gorąco, co w połączeniu z mgłą dawało mieszankę bardzo trudną do oddychania – milion dolarów dla tego, kto po wejściu na szczyt zachowałby choćby jedno suche włókno w ubraniu. Warto jednak tam wejść, aby podziwiać widok jak z bajki – takich gór nie ma chyba nigdzie na świecie. Wracając postawiliśmy sobie ambitne zadanie pokonania tych około 8 kilometrów piechotą, ale spuchliśmy już w połowie i w końcu zatrzymaliśmy autobus.

  

10.06 PIĄTEK

Dzień trzeci, wyprawa do Water Cave – „Zygmunt” był naprawdę bezczelny, z niewinną minką znów stręczył nam swoje usługi w tym zakresie, musiałem trzymać Kamilę z daleka od niego, bo ona naprawdę źle go znosiła, a tu przecież za morderstwo jest kara śmierci. W okolicach Moon Hill jest kilka biur organizujących wycieczki do okolicznych jaskiń za około 60Y, ale tym razem postanowiliśmy spróbować sił samodzielnie, licząc na niższą cenę. Dojechaliśmy tam znów autobusem, z małymi problemami – okazało się, że wysiedliśmy za wcześnie (zaraz za Moon Hill), a trzeba było dopiero w Gaotian Town. Potem 15 minut przez wioskę Pingtan, wdychając tumany kurzu wznoszone przez mijające nas w obie strony furgonetki z turystami – dla niektórych stanowiliśmy chyba większą atrakcję, niż same jaskinie. W rezultacie kompletna klęska – za wejście i przewodnika musieliśmy zapłacić po 65Y (i to po ostrym targowaniu). Sama jaskinia spora, przejście jej zajęło nam ponad godzinę. Wracając przez wioskę pogadałem sobie z okolicznymi chłopami (nie wiem o czym, bo przecież nie znali angielskiego), to ciekawe doświadczenie. Starzy, chudzi, żylaści ludzie pamiętający jeszcze czasy szaleństw Mao, na wymęczonych twarzach mają wypisaną obojętność, nic już ich nie może ani zaskoczyć, ani przestraszyć. Ich ubrania o kroju więziennych mundurków wyglądały jakby szyte były z poprzecieranych worków, łata na łacie. Słomkowe kapelusze tak stare, że aż dziw, iż do tej pory nie uległy autoutylizacji. Największe zainteresowanie wzbudzał mój aparat – ustawiali się do zdjęć, uśmiechając się powykruszanymi zębami i musiałem udawać, że ich fotografuję – chętnie bym to zrobił, niestety nie zabrałem nowej kliszy. Jeden z nich wskazując na wioskę wykonywał gesty naśladujące jedzenie pałeczkami i uśmiechał się zachęcająco, niestety nie mogłem skorzystać z zaproszenia – musiałem czekać aż Kamila wróci ze spaceru po pobliskich polach.  

Yangshuo, to jak na chińskie warunki niewielkie miasteczko, kilka ulic na krzyż – przed dworcem autobusowym spory targ, głównie spożywczy. Można tu niedrogo kupić świeże owoce, pełno na nim także kramów ze stolikami, gdzie można spróbować oryginalnych tutejszych przysmaków w wersji hardcore – pieczone (w całości i założę się, ze nie patroszone) pisklęta, wszelkiej maści mięczaki i skorupiaki, oraz inne mięso tajemnego pochodzenia. W restauracjach przy głównej ulicy obiad bezmięsny można zjeść już od 15Y, z mięsem od 20Y, liczne sklepy z pamiątkami lepiej omijać z daleka – ceny są wręcz bezwstydne, a handlarze próbują wciskać wyroby produkcji masowej udające handcraft po cenach wyższych, niż w Polsce.

Dziś (11.06) o 12.00 wyjechaliśmy z Yangshuo, autobusem do Guilin, skąd będziemy szukać czegoś w kierunku granicy laotańskiej. W autobusie poznaliśmy młodego Angola. Danny uczy tu dzieci angielskiego już ponad rok i pewne jest, że więcej nauczył się od nich, niż oni od niego – poczyna sobie z chińskim naprawdę zuchwale, czego byliśmy świadkami na dworcu kolejowym w Guilin, gdzie Danny dowiadywał się dla nas o pociąg. Okazało się, że musimy pojechać na inny dworzec – Guilin North (w naszym „Pascalu” taki nie figuruje, autorom jeszcze raz gratuluję). Potem obiad w jednej z ulicznych knajpek, Danny stawia i zamawia – po chińsku.  Rewanżujemy mu się kilkoma kolejkami piwa i wsiadamy do wskazanego przez niego autobusu nr 100 (1Y). Standardowa procedura węszenia spisków i sprawdzania sprawdzonego popłaca, okazuje się, że musimy się przesiąść do autobusu nr 1. Rozmiary dworca w normie. Chińskiej. Procedura kupna biletu podobnie. Danny napisał nam po chińsku pytanie o interesujący nas pociąg 2 klasy do Kunmingu, w sposób tak jasny, że bardziej chyba nie można. Pani w kasie nie rozumie, patrzy w kartkę jak sroka w gnat, w końcu wystukuje cenę 300Y. Przez moment myśleliśmy, że Danny przeholował trochę z tą swoją „chińszczyzną”, ale w przydworcowym sklepie młoda dziewczyna zapewnia nas, że pytanie napisane jest jak najbardziej prawidłowo – co prawda dialektem mandaryńskim, ale trudno podejrzewać, by pani w okienku posługiwała się wyłącznie kantońskim. To o co w końcu chodzi? W opisanej po angielsku informacji nikt oczywiście nie mówi w tym języku, ale na naszą kartkę z pytaniem o pociąg 2 klasy, pani pisze nam godzinę odjazdu (19.50) i cenę (138Y). Dlaczego ta w kasie napisała 300Y? Cholera, zaczyna mnie to trochę irytować, już ponad godzinę kupujemy bilet, te sprzedawczynie w okienkach mają jeszcze podejście do pracy rodem z  komedii Barei. Typ grubej pani przy herbacie, bezwarunkowo z siebie zadowolonej i traktującej każdą konieczność wykazania minimalnej inicjatywy umysłowej jako niewybaczalną zniewagę. Próbujemy w innej kasie – łącząc kartkę od Danny’ego z kartką z informacji. Wreszcie kupiliśmy, dowiadujemy się jednak na migi, że mamy bilety bez miejscówek. W poczekalni poznajemy parę Szwajcarów – okazuje się, że nie mamy powodów do kompleksów, oni kupowali bilety ponad 2 godziny. To pocieszające, ciekawe, czy będziemy stać całą noc? 

Mieliśmy szczęście, udało się znaleźć wolne miejsca i to byłoby na tyle z pozytywów – pociąg był już zasyfiony totalnie, widać było, że wsiedliśmy w połowie trasy. I do tego ta agresywna klima, kurwicy można dostać – przed każdym kolejnym wejściem i wyjściem, z i do pociągu trzeba wybebeszać cały plecak, żeby się przebrać. Noc koszmarna – te chińskie pociągi są dobijające, nie dość, że mało miejsca, to jeszcze kiedy człowiek wreszcie zamuli na chwilkę, to zawsze któryś z kręcących się bez przerwy Chińczyków obudzi cię trącając w wąskim przejściu. Kamila zwinęła się w kłębek i jakoś śpi, a ja muszę co kilkanaście minut rozcierać zdrętwiałe nogi – kto wymyślił, że podobno wysokim jest w życiu łatwiej?

 

12.06 NIEDZIELA

Dochodzi 14-ta, za godzinę będziemy w Kunmingu i całe szczęście, bo coraz gorzej znoszę te chińskie pociągi – niby nowoczesne, ale wykańczające. Kamila mówi, że po prostu starzeję się i stąd to wszystko. O cholera.

Po wyjściu z dworca łazimy godzinę szukając Banku of China – urzędnik w okienku jest bardzo uprzejmy, nawet wypełnił za mnie ten formularz (odchodząc spod okienka wciska się jeden z dwóch przycisków oceniających pracę urzędnika – pozytyw lub negatyw), ale po takim bezsensownym łażeniu w poszukiwaniu tego jedynego dostępnego do wymiany miejsca, nawet najmilsza obsługa stanowi słabe pocieszenie. Na szczęście mieliśmy jeszcze trzy godziny do autobusu (dworzec autobusowy sąsiaduje z kolejowym), ale czasem takie łażenie można przypłacić nieplanowanym noclegiem. Bilet sypialny do Mengla kosztował 179Y – im częściej sięgam do portfela płacąc tu za bilety, tym większą odczuwam ulgę, że już wyjeżdżamy z Chin. Chcielibyśmy zobaczyć jeszcze kilka miejsc (X’ian, Kamienny Las, Syczuan), ale to prawdopodobnie oznaczałoby rezygnację z czegoś na dalszej trasie. Na razie postanowiliśmy zrealizować resztę planów licząc, że w drodze powrotnej starczy nam kasy na przynajmniej połowę tego, co teraz omijamy.

Podczas oczekiwania na dworcu wzbudzamy zainteresowanie dwóch młodych Chińczyków – są zachwyceni naszymi mini rozmówkami polsko – chińskimi w „Pascalu”. Podobne wrażenie robi na nich podręczna mapa świata, przeglądają ją z wypiekami na twarzach, co jest o tyle dziwne, że pytani przez nas o jakieś swoje turystyczne plany zgodnie twierdzą, że nie zamierzają nigdy opuszczać Chin. Kiedy tłumaczymy im, że przy wartości ich waluty i różnicach cen mogą dosłownie za grosze spędzać wakacje niemal w każdym z okolicznych krajów, to patrzą nas z niedowierzaniem. Nawet kiedy już przyjmują to do wiadomości, i tak nie wykazują zainteresowania, jaka ogromna różnica mentalności między nimi, a Japończykami.

Autobus zamiast o 19.00 odpala o 20.00. Po poprzedniej nieprzespanej nocy w pociągu wiele sobie obiecywałem po autobusie sypialnym, ale chyba niepotrzebnie. Leżanki mają może z półtora metra, czyli pozostałe prawie 40 cm muszę gdzieś podziać. W dodatku są tak skonstruowane, że nogi trzeba wsunąć w blaszaną wnękę, będącą jednocześnie „poduszką” dla tego leżącego przed nami, co jeszcze bardziej ogranicza ruchy. Nie dający się zamknąć wylot klimatyzacji (oczywiście ustawionej na max.) mam teraz dokładnie kilkanaście centymetrów nad głową i powoli dostaję szału. Oczywiście dla reszty Chińczyków zionące lodem dziury nad głowami stanowią przedmiot niezaspokojonego pożądania – pierwszą rzeczą, jaką robią po zajęciu miejsca, jest kręcenie klapkami wylotu, czy aby na pewno są otwarte najszerzej jak tylko się da. Swetry, kurtki zapięte po samą szyję, ale klima musi być. Po zatkaniu kanałów kilkoma plastikowymi reklamówkami odetchnąłem na kilka minut, niestety niebawem lodowate powietrze nie znajdując ujścia zaczęło się skraplać i miałem do wyboru, albo „powiew kostuchy” albo lodowaty prysznic. Po kilku godzinach autobus był już tak wyziębiony, że zaczęliśmy smarkać i kaszleć. Co za kurewski wynalazek i do tego w rękach szaleńców. 

 

13.06 PONIEDZIAŁEK

Miałem rację, nie pospaliśmy sobie za długo, Kamila całą noc trzęsła się z zimna (mimo swetra i polara), ja musiałem przekręcać się z boku na bok dosłownie co pół godziny, żeby odzyskiwać krążenie w zdrętwiałych rękach i nogach. Chińczycy jeszcze w nocy zdążyli pokryć podłogę kilkunastocentymetrową warstwą śmieci (plus klika dużych kałuż z rozlanych zupek) więc dobrnięcie do wyjścia zapewnia nam potrzebną dawkę porannej gimnastyki. Zatrzymaliśmy się na śniadanie w przydrożnej knajpie. Stoły dość eleganckie, salka wyłożona rzeźbionym drewnem i kafelkami, przez otwarte drzwi  prowadzące do pomieszczeń prywatnych widać garaż z zaparkowanym lśniącym Mitsubishi Pajero. Jedyną dostępną toaletą jest szeroki, wybetonowany z jednej strony rów w ziemi po drugiej stronie szosy. W dodatku skonstruowany jest bardzo sprytnie, osłonięty od ulicy tylko długim drewnianym parawanem (bez żadnych ścianek działowych) zaczynającym się dopiero gdzieś na wysokości kolan, co bez większych problemów pozwala każdemu idącemu ulicą lub nawet siedzącemu przy stole zapoznać się z pracą przewodu pokarmowego kucających po drugiej stronie ludzi. Plamy i „palcowe” napisy na parawanie po jego wewnętrznej stronie wskazują ponadto, że użytkownicy tej toalety raczej nie narzekają na nadmiar papieru toaletowego, w związku z tym korzystanie z niej jest dodatkowo utrudnione – chcąc uniknąć niezbyt przyjemnego kontaktu ze ścianą łatwo stracić równowagę na niewiele ponad półmetrowej przestrzeni i fiknąć prosto w szambo. Jedynym źródłem bieżącej wody do umycia rąk jest oblepiony gliną i innym świństwem, zardzewiały kran z rury biegnącej na tyłach restauracji. Na szczęście nie musimy zapoznawać się bliżej z tą „toaletą”. Cholera, oni zaczynają być denerwujący – właściciel musiał władować w wystrój tej restauracji niezłą kasę, do tego jeździ bryką za kilkanaście tysięcy dolarów, a nie odczuwa potrzeby postawienia przynajmniej jednej ubikacji nie obrażającej potencjalnych gości. Zaczynam nabierać do nich uprzedzenia – co z tego, że są dobrze ubrani, żyją w naprawdę szybko i dynamicznie rozwijającym się kraju – te nowoczesne pociągi i samochody, imponujące gmachy – są poobwieszani najnowszą elektroniką, mimo to między nimi, a naszą cywilizacją (czy Japończykami, lub mieszkańcami Hongkongu) istnieje przepaść, której nie da się zasypać nawet miliardami nowoczesnych komórek i laptopów.  

Znów symptomatyczna scenka z autobusu – starsza Chinka na łóżku pode mną ma chorobę lokomocyjną lub inne kłopoty żołądkowe. Zatrzymanie autobusu nie wchodzi w rachubę, ani nawet użycie wiszących torebek na śmieci (pustych, bo cały syf zalega przecież na podłodze), pani puszcza pawia wprost na podłogę, prosto pod moje buty i jest z siebie niesamowicie zadowolona, co potwierdza jeszcze głośnym beknięciem. Niestety trochę się przeliczyła i podczas tej operacji jej żołądek zdołał wykonać jeszcze jeden skurcz i kolejna porcja jego zawartości poleciała pół metra w górę zanieczyszczając łóżko innego z Chińczyków, czym ten się bynajmniej nie przejął.

W końcu około 15-tej z ulgą wyszliśmy z tego autobusu, ale to była chwilowa ulga, bo Kamilę pokręciło (dosłownie). Całą noc i potem w ciągu dnia, śpiąc opierała się bezwiednie nogą o cholernie zimny „komin” tej pieprzonej klimatyzacji (pionowa rura przecinająca jej leżankę i doprowadzająca klimę na wyższy poziom) i teraz nie może ustać na nodze – chyba jakiś stan zapalny w kolanie. Praca domowa – sprawdzić, co za osioł wynalazł to cholerstwo.  

Podjechaliśmy kilkaset metrów rikszą do dworca (tym razem to określenie na wyrost – niewielki placyk w bramie), skąd o 16.00 złapaliśmy minibus do granicy – 14Y. Na miejscu byliśmy o 17.45, wrażenie imponujące. Widok jak z pocztówki – szpaler niskich kolorowych domów i sklepów ciągnących się wzdłuż głównej ulicy miasteczka prowadzącej pod graniczny szlaban.  Granica chińsko – laotańska wygląda naprawdę wystrzałowo, niestety jak się później zorientowaliśmy, tylko od jednej strony. Po przejściu formalności ruszyliśmy do ostatniego wojskowego posterunku, gdzie opadli nas taksówkarze. Oczywiście żaden nie znał nawet słowa po angielsku, więc darowaliśmy sobie konwersację, co okazało się katastrofą. Widząc rzędy budynków za szlabanem błędnie zakładaliśmy, że to już posterunek laotański i tam też jest jakieś przygraniczne miasteczko, gdzie znajdziemy jakiś transport. Po minięciu tych kilku budynków (które okazały się rezydencjami chińskich pograniczników) wyszliśmy dosłownie w las. Po przejściu około kilometra nie bardzo wiedzieliśmy, czy wracać pod chiński szlaban (tylko po co, jak już nie mieliśmy wizy), czy brnąć w ten las dalej. Dochodził wieczór, pusto, żywego ducha, nie było nawet kogo zapytać, czy jest jakiś posterunek laotański – powinien być, ale z drugiej strony to Azja... 

Po kolejnym kilometrze zza zakrętu wyłoniły się zarysy jakiegoś baraku – strażnica laotańska, a za nią niewiele – kilka baraków zamieszkałych co najwyżej przez robotników układających tu drogę prowadzącą w siną dal. Jak się wydostać teraz z tej dziury? Po minięciu strażnicy zauważyliśmy dwa tuk-tuki (jedyne na tym pustkowiu) i niestety trzeba było zapłacić frycowe – po ciężkich bojach zdarli z nas po 50Y do najbliższej wiochy, gdzie jechaliśmy jakieś pół godziny. Droga koszmarna, właściwie nie droga, tylko piaskowa szosa pełna dziur i wybojów – podskakując oglądaliśmy budowany równolegle, utwardzany skałami zaczątek nowej autostrady (oprócz koparek używają również słoni).

 

 

W Laosie jak w Laosie...