4.06 SOBOTA

Poranek zaczynamy od niespodzianki. Już wcześniej obserwując tempo życia w Pekinie, oraz  niektóre zwyczaje i gusta Chińczyków przecieraliśmy oczy, ale to jak na razie numer jeden. Wczoraj wieczorem, po powrocie do hotelu i kolacji w naszej knajpce (tym razem ryż już był) poszliśmy na zakupy na jutrzejszą podróż – napoje, chińskie zupki, itp. Kawałek za restauracją weszliśmy do sporego sklepu spożywczego, a raczej chcieliśmy wejść, gdyż było po 23-ej i wyglądało na to, że facet szykuje się do zamykania interesu. Naturalnie zapraszał nas do środka, ale nie chcieliśmy być upierdliwi i trzymać tu faceta pół godziny, postanowiliśmy wrócić rano. No i wróciliśmy, ale nie ma już sklepu spożywczego, dokładnie w tym samym miejscu (nie ma mowy o pomyłce) jest teraz sklep żelazno – przemysłowy. Przez góra 8 godzin wymietli kilka ton jednego towaru i wstawili inny. Sprzedawca też inny – niestety nie rozumie ani słowa po angielsku i nie mogę się dowiedzieć jakie cuda działy się tu przez noc, a szkoda.

Nareszcie idziemy do Zakazanego Miasta, mamy szczęście – drugi po murze dzień bez mgły. Przemierzając plac Tienanmen zatrzymuję się pod mauzoleum Mao – już dawno obiecywałem sobie, że muszę to zobaczyć. Kamila nie ma ochoty oglądać zwłok kolejnego zbrodniarza, choć tym razem na szczęście wstęp jest  bezpłatny. Kolejka jest długa – Kamila idzie czekać na mnie pod bramą. Mao – dzięki książce o nim, autorstwa jego osobistego lekarza, dr Li Zhisui, wiem sporo o najnowszej historii Chin i ludziach KomPartii – to jednak zupełnie co innego czytać bezduszne i niekiedy koszmarnie nudne podręczniki, czy ciekawsze już nieco opracowania popularno – naukowe, a co innego dziennik pisany przez człowieka, który towarzyszył Mao przez 20 lat, dzieląc najbardziej intymne sekrety komunistycznego cesarza. 

Dr Li (1919-1995) pochodził ze starej, szanowanej lekarskiej rodziny, w której tradycje medyczne kultywowane były od kilku pokoleń. W przeciwieństwie do swoich przodków przekazujących sobie tradycyjne metody chińskie, studiował medycynę zachodnią na uniwersytecie w Chengdu, prowadzonym przez profesorów amerykańskich. W roku 1948 wyjechał do Australii, nie widząc perspektyw w targanych wojną domową Chinach. Praca chirurga na okrętach Australijskiej Kompanii Wschodniej zapewniała mu solidne zarobki w dolarach, pozbawiając jednak możliwości dalszego kształcenia - ówczesne prawo australijskie nie dawało mu szans na uzyskanie obywatelstwa. Kiedy w 1949r. po zdobyciu Pekinu przez komunistów, otrzymał od rodziny list zachęcający go do powrotu do Chin (jego starszy brat pełnił jakąś ważniejszą funkcję w Partii, na odcinku "medycznym" i zapewniał go, że nowe władze potrzebują wysokokwalifikowanych specjalistów, potrafiąc zapewnić im godne życie i możliwość zawodowego rozwoju) dr Li, mając dosyć ograniczone rozeznanie polityczne, ale będąc wychowanym w duchu patriotycznym, uwierzył w hasła głoszone przez komunistów i wraz z żoną (wykazującą troszkę więcej trzeźwego sceptycyzmu i w związku z tym nie do końca przekonaną) powrócił do Pekinu. Marzenia o pracy naukowej prysły szybko - zaraz oddelegowano go do ambulatorium przy jakimś tajemniczym Uniwersytecie Pracy, o którym wcześniej nigdy nie słyszał. Dodatkowo pognębił go szok, jakiego doznał zapoznając się z warunkami materialnymi panującymi w Chinach. Jego i tak niezbyt wyszukany garnitur i skórzane buty wzbudzały sensację wśród ubranych dosłownie w łachmany mieszkańców Pekinu i szybko musiał się pozbyć swojego ubrania, by zbytnio nie odróżniać się od nowych kompanów. "Uniwersytet" i "ambulatorium" okazały się wiejskimi chatami - krytymi słomą i z glinianą podłogą, a całe medyczne wyposażenie stanowił ciśnieniomierz, stetoskop, termometr i kilka strzykawek. Cały pozostały "personel" składał się z wiejskich młodzieńców nie potrafiących czytać, ani pisać, których związek z medycyną polegał na tym, że podczas wojny dowódcy oddelegowali ich do opatrywania rannych - bo ktoś musiał to robić. Na pytanie o wysokość swoich zarobków usłyszał, że nie musi się o to martwić, gdyż będzie pracował w systemie pełnego zabezpieczenia, tzn. że rząd zapewni mu wszystko - izbę, dwa posiłki dziennie i raz na rok nowe buty. Dr Li wpadł w panikę, ale nie miał już wyjścia, do komunistycznego państwa zawsze łatwiej jest wjechać, niż je opuścić. Miarą jego wysokiej pozycji było to, że mieszkał sam w chacie pozbawionej wody i jakichkolwiek mebli poza siennikiem do spania (inni mieszkali w takich chatach po kilku) i że każdy z dwóch posiłków zawierał przynajmniej śladowe ilości mięsa. Po roku tej męczarni przypadek sprawił, że dr Li został przeniesiony do Zhongnanhai (Zakazanego Miasta) stanowiącego siedzibę władz komunistycznych. Urzędujący tam lekarz został wyrzucony zaraz po tym, jak popełnił błąd w sztuce, wystawiając błędną diagnozę i jeden z wysokich urzędników zmarł tam nagle na wirusowe zapalenie mózgu roznoszone przez komary. Partia obawiała się o zdrowie pomieszkującej tam "awangardy ludu" i samego Mao, stąd sprowadzono na jego miejsce najlepszego jakim dysponowano, czyli dr Li. Po czterech latach leczenia urzędników partyjnych i ich rodzin zaproponowano mu funkcję osobistego lekarza Mao. Dla Li zauroczonego ciągle komunistami i samym Mao (nawet pomimo tej degradacji materialnej - przywiezione z Australii solidne oszczędności szybko się rozeszły) była to kusząca propozycja, ale nie zamierzał jej przyjmować pomny ostrzeżeń swoich przodków - jego pradziadek zdiagnozował syfilis u dosyć rozwiązłego cesarza Tongzhi, co doprowadziło do szału cesarzową Cixi, która nie pozwoliła mu go dalej leczyć i cesarz umarł. Oczywiście to jego obwiniono o śmierć cesarza i wygnano pozbawiając mandaryńskiego tytułu - od tej pory rodzinna przestroga głosiła, by nie leczyć cesarzy. Jednak cesarz Mao nie zwykł słuchać od swoich poddanych słowa "nie" i Li, chcąc - nie chcąc, musiał przyjąć tę propozycję nie do odrzucenia. 

Jego szacunek dla Mao i nowych władz topniał dosłownie z każdym tygodniem. Obserwując jaka różnica dzieli komunistyczne hasła od praktyki szybko zrozumiał, że komunistyczna "elita" składa się ze zdegenerowanych prostaków żądnych luksusów, którzy bez skrupułów sprowadzają z "wrażego" kapitalistycznego Hongkongu kosztujące miliony dolarów smakołyki i zabawki, gdy ponad połowa Chińczyków jada raz dziennie ryż mieszany z piaskiem. Apogeum nastąpiło podczas Wielkiego Skoku (obłąkana polityka błyskawicznej kolektywizacji rolnictwa i gwałtownego "uprzemysłowienia") zarządzonego przez Mao, kiedy z głodu zmarło ponad 40 milionów ludzi - nawet w tym czasie partyjni dostojnicy bez skrupułów urządzali wystawne przyjęcia pełne importowanych dyskretnie (przez całą sieć zaufanych pośredników) luksusów z państw kapitalistycznych (via Hongkong). Kupowano je za pieniądze uzyskiwane z exportu ... ryżu, który nadal prowadzono na wielką skalę, aby utrzymywać pozory potęgi gospodarki komunistycznej.

Sam Mao był idiotą doskonałym i degeneratem absolutnym, choć lubił pozować na "intelektualistę" - każdego, z kim spotykał się po raz pierwszy witał z jakąś książką w ręku, aczkolwiek był wtórnym analfabetą. Dzięki pomysłom, którymi "uszczęśliwiał" poddanych podczas Wielkiego Skoku powinien otrzymać Nobla w kategorii "debilizm wszechczasów" - dla koneserów podam najciekawszy, czyli plan przegonienia Wielkiej Brytanii w wytopie stali. W ówczesnej odmianie socjalizmu, o poziomie rozwoju gospodarczego świadczył przemysł ciężki, stąd Mao rozkazał, aby każdy Chińczyk w miarę swoich możliwości wytapiał stal. I wytapiano. Na rozkaz Partii prawie wszyscy zdrowi mężczyźni budowali z gliny i kamieni prymitywne piece zwane dymarkami, w których przetapiali stal - zarówno w miastach, jak i po wsiach. Po kilku miesiącach tej polityki Mao był bliski ogłoszenia sukcesu, tylko jedna myśl nie dawała mu spokoju - po jaką cholerę zepsute państwa kapitalistyczne inwestują miliony dolarów w nowoczesne piece hutnicze, kiedy biedne Chiny są w stanie przetopić prawie tyle samo stali metodą prawie chałupniczą? Ci kapitaliści muszą być wyjątkowo głupi. Jego "genialny" umysł kilka miesięcy pracował dni i noce na najwyższych obrotach - w czym tkwi zagwozdka? Kilka osób z jego najbliższego kręgu rozwiązało tę technologiczną zagadkę w ciągu godziny, jednak z uwagi na możliwość zostania oskarżonym o "prawicowość" - co wiązało się praktycznie z wyrokiem śmierci - zachowywali tę wiedzę dla siebie. Otóż okazało się, że Chińczycy wcale nie wytapiali stali, ale jedynie ją przetapiali. I tak podczas kiedy państwa kapitalistyczne olbrzymimi kosztami wydobywały z ziemi rudę stali, którą potem w nowoczesnych hutach przerabiano na konkretne przedmioty, zmieniając tym samym proporcję między surowymi złożami w ziemi, a obrobioną stalą w postaci gotowych wyrobów użytkowych, Chińczycy uprawiali jedynie tragiczne w skutkach marnotrawstwo. Do prymitywnych dymarek wrzucano wszystkie rekwirowane masowo metalowe przedmioty - począwszy od klamek, przez garnki, wszelakie narzędzia i wszystko, co tylko można sobie tylko wyobrazić (za ukrywanie metalowych przedmiotów groziły surowe kary) - tylko po to, aby po "wytopie" uzyskać bezkształtny, bezwartościowy złom, ewentualnie sztabki. Konsekwencje tego kretynizmu były dla Chińczyków tragiczne - miliony chłopów zostało oderwanych od pracy na roli, a tym którzy doglądali upraw zabrakło niezbędnych narzędzi do pracy, przez co spora część plonów nie została na czas zebrana. Jeżeli do tego dołożyć skutki przeprowadzanej równolegle kolektywizacji (zakładanie Komun Ludowych) i związanych z tym patologii, to rezultat mógł być tylko jeden - zimą 1959r. zaczęła się katastrofa i w ciągu następnych trzech lat ponad 40 milionów ludzi umarło z głodu. Pozbawieni garnków ludzie nie byli w stanie nawet zagrzać wody i ugotować przydziałowej garści ryżu. Wygłodzeni umierali też z zimna (na północy), gdyż cały opał został zmarnowany w piecach. 

Jako pacjent, Mao również dostarczał dr Li samych zgryzot, był rozkapryszony jak dziecko (czasami wykonanie najprostszego badania zajmowało kilka godzin). Będąc totalnym ignorantem, na każdym kroku kwestionował zalecenia biednego doktora, przyprawiając go o palpitacje serca - w przypadku jakiejkolwiek choroby Mao i nieudanego leczenia mógłby zostać oskarżony o próbę zamordowania wodza rewolucji. Mimo tysięcy godzin rozmów prywatnych i służbowych z dr Li, przez dwadzieścia lat Mao nie był w stanie nauczyć się o medycynie absolutnie niczego i nie rozumiał nawet najprostszych mechanizmów funkcjonowania ludzkiego organizmu. Nigdy nie mył zębów, co prowadziło co jakiś czas do infekcji całego organizmu - odmawiał wtedy wizyty u stomatologa, nakazując leczenie dr Li (interniście). Zupełnie nie przyjmował do wiadomości podziału medycyny na poszczególne specjalizacje i związanego z tym ogromu wiedzy, jakim trzeba w każdej dziedzinie dysponować. Nigdy się nie kąpał - liczny personel co najwyżej wycierał go gorącymi ręcznikami, a sprawy związane z toaletą "przewodniczącego" stanowiły przedmiot troski całego sztabu służących. Życie erotyczne Mao również wprawiało dr Li w zakłopotanie - "przewodniczący" był zdegenerowanym erotomanem nie zawsze potrafiącym kontrolować (nawet publicznie) swoje instynkty. Jego małżeństwo z Jiang Qing było czysto papierowe - ona, rozpieszczona aktoreczka gotowa była umrzeć za każdą ideologię zapewniającą jej nieograniczoną władzę i luksusy, i potrzebowała Mao - bez niego byłaby nikim. Mao doskonale zdawał sobie z tego sprawę wiedząc, że dzięki temu może liczyć na jej psią wierność - intrygi, donosy to był jej najskuteczniejszy wkład w umacnianie władzy męża. Na początku liczne romanse podstarzałego "Casanowy" doprowadzały ją do furii, potem przystała na układ - romanse Mao w zamian za ułamek władzy i iście cesarskie luksusy. Mao nie lubił dojrzałych kobiet i bał się ich (dojrzała kobieta szybciej potrafi ocenić realną wartość mężczyzny, a nad podlotkami miał olbrzymią przewagę), dlatego "hodowano" dla niego całą armię prostych, wiejskich nastolatek, które poddane później odpowiedniej obróbce ideologicznej, przespanie się z "legendą rewolucji" uważały za największy zaszczyt i swój święty obowiązek. Funkcjonariusze partyjni uwijali się więc jak w ukropie zakładając rozmaite dziewczęce okołopartyjne i okołowojskowe organizacje - "pieśni i tańca" lub inne, które uświetniały swoimi występami wszystkie oficjalne uroczystości. Wszystko po to, aby zapewnić Mao nieograniczony rezerwuar "świeżutkiego mięsa". Już podczas pierwszych wizyt w sypialni Mao dr Li zwrócił uwagę na wielkie łóżko o dziwnym kształcie - na początku myślał, że miało to chronić Mao przez przypadkowym upadkiem z materaca, dopiero później zrozumiał, że tylko taka konstrukcja łóżka umożliwiała (człowiekowi tej wagi i postury) seks z drobniutkimi dziewczątkami bez narażania ich na kontuzje. Nie można mu też zarzucić dyskryminowania płci brzydkiej, gdyż przypadki molestowania młodych, przystojnych ochroniarzy też nie należały do rzadkości. Przy tak aktywnym życiu seksualnym (po kilka partnerek miesięcznie) zachorowanie na chorobę weneryczną było tylko kwestią czasu - zwłaszcza jeżeli doda się do tego fakt, że przez całe swoje życie Mao nie zużył nawet dwóch kostek mydła. Po pewnym czasie Li zdiagnozował u niego rzęsistek pochwowy (chorobę wywołującą powikłania głównie u kobiet, u mężczyzn przebiegającą bezobjawowo na zasadzie nosicielstwa) - Mao odmówił leczenia twierdząc, że jeżeli ta choroba mu nie zagraża, to nie ma co robić zamieszania, a zarażone kobiety powinny zatroszczyć się o siebie same - aczkolwiek zabronił też poinformowania ich o chorobie. Problem spędzający sen z oczu wszystkim chińskim cesarzom i tureckim sułtanom dysponującym wielkimi haremami - niekontrolowana liczba potomków rywalizujących o władzę - nie istniał, gdyż Mao był bezpłodny (wcześniej miał dzieci) i ciekawostka dla kolekcjonerów - miał tylko jedno jądro. Jednak jego liczne kochanki w końcu zaczęły rościć sobie pretensje do władzy i Mao zaczął w końcu rozdawać państwowe posady i władzę niewykształconym, wiejskim dziewojom - jedna z takich analfabetek została nawet dyrektorem szpitala przyprawiając czcigodną kadrę profesorską o klika zawałów. Mao nauczony przykładem swojej "wytresowanej" pod tym względem żony, coraz częściej otaczał się młodymi kobietami wyrwanymi z niższych klas, aby dając im luksus i władzę zapewnić sobie ich ślepe posłuszeństwo i zyskać sprzymierzeńców w walce z partyjną opozycją - Deng Xiaoping.

Podróżował głównie pociągami - miał swój prywatny, luksusowy skład. Ponieważ jak każdy obłąkany satrapa obawiał się zamachów, to decyzję o czasie i trasie wyjazdu podejmował często w ostatniej chwili, co niesłychanie komplikowało pracę jego ochronie. Gdy jego pociąg wyruszał w trasę, wstrzymywano ruch innych pociągów w promieniu ponad 200 km, a kiedy jeszcze nawet ochraniająca go UB-ecja nie mogła być 100% pewna trasy, to paraliż obejmował całą sieć kolejową w kraju. Na trasie przejazdu pociągu, co kilkaset metrów wystawiano posterunki wojska (w zimie podczas srogich mrozów na północy kraju żołnierze tygodniami koczowali w ziemiankach przy torach). Korzystając z wzorów sowieckich, wzdłuż torów budowano też "wsie patiomkinowskie" - przebierano w wiejskie stroje agentów bezpieki, aby udając pracujący w polu "lud" życzliwie pozdrawiali swojego "wyzwoliciela". Sam system kontroli pożywienia (tylko dla Mao) składał się z kilkudziesięciu osób dysponujących kilkoma laboratoriami, z wieloszczeblowym, równoległym systemem kontroli. Zwyczaj ten przejęli później także funkcjonariusze partyjni niższego szczebla, co zwiększało jeszcze skalę rozrzutności i marnotrawstwa. Ufff... rozgadałem się trochę - o Rewolucji Kulturalnej, kiedy indziej. Cdn...

 Bilety wstępu dosyć drogie – 60Y, i znów rozczarowanie. Jak zwykle nasz stały poziom „pe-cha” – remont. Połowa budynków pokryta rusztowaniami i płotami, a to co jest dostępne, wyeksponowane jest niezbyt starannie. Do żadnej sali nie da się wejść – w 80% trzeba zaglądać do środka przez brudne szyby, a wnętrza są koszmarnie niedoświetlone. Pałac cesarski nie jest pałacem w naszym rozumieniu tego słowa – jeden duży budynek z dziesiątkami komnat – są to dziesiątki luźnych pawilonów przeznaczonych dla rodziny cesarskiej i najbliższych dostojników. Większe wrażenie zrobił na nas sam park, szczególnie kompozycje roślinne i skały wyglądające jak gigantyczne pumeksy. Przy okazji znów niezrozumiały widok – chiński robotnik obtłukuje na jednym z budynków zabytkowy, bogato ornamentowany i pokryty freskami tynk, a obok niego już czeka wiadro z zaprawą. Rozumiem, że chcą "ulepszyć". Im dłużej tu jestem, tym mniej rozumiem...  

Po wyjściu północną bramą z Zhongnanhai, krótka (na szczęście) wspinaczka na Jingshan Gongyuan (Park Wzgórza Widokowego), skąd rozpościera się panorama Pekinu. W parku okalającym wzgórze stoi drzewo, na którym powiesił się ostatni cesarz z Mingów – popełnił samobójstwo chcąc uniknąć upokorzenia podczas najazdu wojsk mandżurskich.  

Powrót do hotelu zajął nam trochę czasu – najpierw zrobiliśmy ze dwa kilometry poszukując wody. Sprzedawcy w okolicznych sklepikach podawali obłędne ceny – mimo iż języki mieliśmy prawie do kolan odchodziliśmy, aby oduczyć ich podnoszenia cen dla białych. Może amerykańskie, francuskie czy niemieckie turystki mogą płacić po 6Y za małą butelkę wody (dwa razy drożej, niż na ogół w sklepie), my nie zamierzaliśmy. W hotelu szybki prysznic, obiad w knajpie (tym razem innej, ale też dosyć tanio i smacznie – 15Y za ryż z kurczakiem i piwo) i autobusem na dworzec, tym razem jednak nie Beijing Zhan, gdzie przyjechaliśmy, ale Beijing Xi Zhan (dworzec zachodni). Przyjechaliśmy czterdzieści minut przed odjazdem pociągu (18.19) i całe szczęście – pisałem już o chińskiej gigantomanii, ale to już chyba przesada, to chyba największy dworzec świata – kilka pięter na których porozrzucanych jest dziesiątki hal, wejść, wyjść, nigdzie ani słowa po angielsku i wszędzie kłębią się miliony Chińczyków. Pierwszemu napotkanemu mundurowemu podsunęliśmy pod nos nasze bilety i pokazał nam kierunek. Przy wejściu młyn – stożkowa kolejka do wąskich drzwi i prześwietlenie bagaży. Niby jest napis „film safe”, ale kto ich tam wie... 

Znów kłótnia z Kamilą – mieliśmy 25 minut do odjazdu i po 5 minut na zrobienie ostatnich zakupów w otaczających poczekalnię sklepach. Kamila spóźniła się i do pociągu wskoczyliśmy dwie minuty przed odjazdem, a w wagonie okazało się, że nie mamy już gdzie położyć plecaków. Wszystkie górne półki na bagaże były zajęte, mało tego – nasze siedzenia obłożone były taką ilością innych tobołków, że ledwo sami mogliśmy się tam wcisnąć z kolanami pod szyją. Jak na 24 godzinną podróż, to całkiem nieźle. Ścisk wynikał z bezdennie głupiego rozłożenia bagaży na półkach – mnóstwo miejsca zajmowały malutkie torby lub zwykłe teczki, które można było poukładać jedne na drugich, ale Chińczycy nie wykazywali ochoty do ich poprzestawiania. Znów poczułem, że poziom adrenaliny niebezpiecznie mi się podnosi, na szczęście przechodzący kolejarz dostrzegł nasze kłopoty i poukładał to po ludzku.  

Jazda chińskim pociągiem „hard seat” dostarcza niezapomnianych wrażeń. Są to nowe składy, eleganckie i niestety z klimatyzacją. Już po godzinie jazdy zaczęliśmy wyciągać z plecaków co tylko się dało, żeby nie szczękać zębami. Najgorsze, że tego cholerstwa nie da się wyłączyć, ani zatkać. Kiedy wsiadaliśmy, pociąg był idealnie czysty, teraz – zaledwie po 3 godzinach na podłodze zalegają sterty śmieci – tekturowe miski po zupkach, wszystkie możliwe opakowania po żywności, a także to, co w wyniku kołysania pociągu upadnie na podłogę. Pod kipiatokiem chlew niesamowity – kałuża pełna rozdeptanych klusek i opakowań – pociąg nieco trzęsie i średnio raz na godzinę ktoś oparzywszy się wypuszcza zupkę z rąk powiększając ten śmietnik. Chińczycy tylko w kawałach są identyczni – teraz przyglądając się im widzimy, jak bardzo różnią się między sobą, zarówno rysami twarzy, jak i „klasowo”. Większość pasażerów to wieśniacy, nawet jeżeli mieszkają w miastach – widać to po twarzach, dłoniach i ubraniach. Wskutek niezliczonych kataklizmów jakich ten naród doświadczył, nastąpiło olbrzymie przemieszanie ludności, elity wytrzebiono, a chłopi pouciekali do miast poszukując pracy. Niby mieszkają w mieście, ale widać, że żadnych pozytywnych wzorców zachowania w miejscach publicznych jeszcze nie nabyli i nawyki mają prosto spod strzechy – bez żenady dłubią w nosie oglądając pod światło efekty swojego fedrowania, a po chwili pstrykają palcami pozwalając siłom odśrodkowym oczyścić palce, nie licząc się zupełnie, gdzie i na kim towar wyląduje. Podobnie z pluciem i kichaniem – można odnieść wrażenie, że urządzają sobie zawody, kto dalej. Jakiż niesamowity kontrast przedstawia ten nowoczesny pociąg w porównaniu z jego pasażerami. Tak jakbyśmy wsiadali w Japonii, a po godzinie ocknęli się w Indiach lub Pakistanie. Wokół nas siedzi kilku młodzieńców – paru z nich to rdzenne mieszczuchy, widać to po ich ubiorze i swobodnym zachowaniu – czują się jakby siedzieli w pubie. Są strasznie głośni i chyba bawią się w kareoke – raz po raz, jeden za drugim fałszują chińskie przeboje lecące w kółko przez głośnik nad oknem. Tym, co łączy ich ponad podziałami „klasowymi” jest zamiłowanie do komórek – rozmawiają bardzo często i długo. Nawet ci o chłopskich twarzach, w połatanych marynarkach dzierżą w brudnych dłoniach najnowsze modele z kolorowymi wyświetlaczami wielkości pudełka zapałek. Jest kilka rodzin z małymi dziećmi, niektóre z nich są potwornie brudne i choć znośnie ubrane, przypominają mi te z pociągów indyjskich. Ubikacja już po tych trzech godzinach nie nadaje się do użytku bez gumowego skafandra – wygląda na to, że wszyscy korzystający z niej do tej pory załatwiali się wszędzie, tylko nie w miejscu do tego przeznaczonym. Najgorsze jest to, że odnosimy wrażenie, iż ten cały otaczający ich syf wcale im nie przeszkadza. Kilka siedzeń od nas siedzi trójka murzynów i to oni skupiają na sobie uwagę Chińczyków. Jeden z kawałów o Chińczykach głosi, że nie są oni rasistami, bo u nich nie ma murzynów. Trójce z naszego wagonu zjednanie sobie sympatii tubylców przychodzi bez trudu, szczególnie ich „szefowi” – jest niemal wzorcowym przykładem „wesołego murzyna” (drugą kategorią są „smutni” – obydwie wersje występują jedynie w swoich skrajnych formach). Śmieje się bez przerwy błyskając olbrzymimi zębami, gra z nimi w karty w grę, której zasad nie rozumie. Oni nabijają się z niego po chińsku, on z nich po angielsku i wszyscy bawią się znakomicie.

Dochodzi północ, robi się coraz zimniej, boli mnie głowa i zaczynam mieć obsesję na punkcie tej klimatyzacji. Kamila próbuje spać opierając się raz o mnie, raz o ścianę – jej to dobrze, z moim wzrostem to niewykonalne. Czeka mnie nieprzespana noc na siedząco. Cholera, przecież Chińczycy nie są wcale tacy mali, niektórzy mają ponad 1.8m i ważą też około setki, a siedzenia są jak dla przedszkolaków.

 

5.06 NIEDZIELA

Noc była koszmarna, przemuliłem może ze dwie godziny. Jest już po 14-tej, na szczęście kilku pasażerów wysiadło i można wyciągnąć nogi, dobre i to na te 3 godziny, które jeszcze zostały do Kantonu.

Wreszcie w dojechaliśmy, jeden z murzynów  (Ghańczyk) odprowadził nas do autobusu 471, skąd po kilkunastu minutach jazdy przesadził nas do innego (551), którym dotarliśmy na dworzec Kanton East. Powoli przestaje się dziwić rozmiarom chińskich dworców. Bezpośredni pociąg do Hongkongu kosztuje potwornie drogo – 190Y. W ogóle ceny chińskich pociągów mocno nas przeraziły – ponad 30$ za najtańszą klasę z Pekinu do Kantonu, a teraz prawie 25$ za bezpośredni pociąg do Hongkongu, choć to „rzut beretem”. Na szczęście jest również tańsza opcja – pociąg do Shenzen – 19.54 – 21.21 (65Y), skąd po przejściu granicy przesiądziemy się do innego. Półtorej godziny w pociągu zeszło błyskawicznie. Pociąg był dokładnie taki sam, jak ten do Kantonu, a raczej prawie taki sam. Różnica polegała na tym, że był sterylnie czysty. Kiedy zalewaliśmy nasze gorące kubki wrzątkiem z kipiatoka, konduktorka obserwowała nas bacznie dokąd nie upewniła się, że nic nie rozlaliśmy, a saszetka wylądowała w koszu na śmieci. Jadąc autobusami przez Kanton zauważyliśmy, że architektonicznie niewiele różni się on od centrum Pekinu, dopiero po ludziach widać, że to już jakby inny świat. Większość pasażerów w naszym pociągu to młodzi ludzie, doskonale ubrani i nie są to jedynie zewnętrzne cechy „miastowości”. Oczywisty wpływy sąsiedztwa Hongkongu – szacunek dla porządku i czystości, znajomość angielskiego. Za oknami już noc, co potęguje przepych Shenzen. Obojętnie, czy szklane wieżowce, czy niskie budynki, wszystko mieni się tysiącami świateł i neonów – Las Vegas w miniaturze. Nawet z pociągu widać tysiące ludzi szastających kasą w ciągnących się kilometrami przeszklonych, luksusowych sklepach i restauracjach. Shenzen to forpoczta chińskiego kapitalizmu, to tu wprowadzono na wielką skalę pierwsze wolnorynkowe reformy kopiując niemal w 100% warunki prawne i podatkowe panujące w Hongkongu. Po tym udanym eksperymencie rozciągnięto go na resztę kraju, co tłumaczy najszybsze tempo wzrostu gospodarczego na świecie. W przeciwieństwie do nas, gdzie prowadzącą do ochlokracji wolność polityczną postawiono wyżej nad ekonomiczną, chińscy decydenci postąpili odwrotnie – bardzo surowe prawo i brak demokracji w zamian za coraz więcej wolności ekonomicznej, czyli prawa do bogacenia się,  realizując to, co prawie 40 lat temu Stefan Kisielewski nazwał „likwidacją systemu komunistycznego bez zmiany nazwy” Jedno jest pewne, jeżeli chodzi o system ekonomiczny, mniej tu pozostałości po epoce komunizmu, niż  u nas.

Po wyjściu z pociągu na dworzec – terminal, korytarzami (pionowymi i poziomymi) docieramy do punktu odpraw. Pierwszy kontakt z tutejszym „ordungiem”– szukając naszego stanowiska i przygotowując paszporty zostawiamy na chwilę „Pascala” na jakimś parapecie. Po kilku sekundach sięgam po niego ręką .... i nie ma. Amba wcięła. Nie możemy uwierzyć, że w terminalu celnym w Hongkongu (co prawda jeszcze po stronie chińskiej) bezczelnie, prawie na naszych oczach nas okradli. Bez sensu, po co komuś tutaj przewodnik po polsku, „LP” to jeszcze, ale polski „Pascal”? Może kradnąc nie wiedzieli, że dla nich bezużyteczny, w takim razie jest szansa, że znajdziemy go w jakimś koszu na śmieci nieopodal. Rozglądając się nerwowo dokoła wzbudzamy zainteresowanie – podchodzi do nas jakiś mundurowy i pyta, o co chodzi. Kiedy mu wyjaśniliśmy zrobił dziwną minę i gdzieś pobiegł. Pogodziliśmy się ze stratą i zeszliśmy piętro niżej, do naszego punktu odpraw. Po kilku minutach, czekając w kolejce zauważyliśmy tego mundurowego zbiegającego po schodach, z naszym „Pascalem” w ręku. Wręczając go nam wyjaśnił, że sprzątaczka zabrała go przez pomyłkę myśląc, że ktoś go po prostu wyrzucił. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że odłożyłem go naprawdę na kilka sekund (ile potrzeba do zdjęcia plecaka i wyjęcia z kieszeni paszportu), poza tym staliśmy zaledwie metr dalej i nawet nie zauważyliśmy żadnej sprzątaczki. Muszą tu ostro śmigać.

Ledwo nam się humory poprawiły, a tu znów porcja nerwów – chiński celnik ostrzega, że wjeżdżając do Hongkongu tracimy jedną wizę chińską. A raczej wyjeżdżając z niego z powrotem do Chin. W Warszawie zrobiliśmy podwójną i teraz jeżeli zdecydujemy się na Hongkong, to zabraknie nam jej na późniejszy powrót z Wietnamu. Robimy awanturę i odsyłają nas do komendanta. Pytam go prowokacyjnie, czy Hongkong aby na pewno jest częścią Chin. Jeżeli tak, to dlaczego tracimy wizę przemieszczając się z jednej części Chin do innej, bo przecież nie robią tego po to, żeby wyrywać od ludzi extra kasę za nową wizę? Facet częstuje nas typowym, pokrętnym, urzędniczym bełkotem o specyfice prawa podzielonego na „dwa systemy” – zupełnie jakbym słuchał naszych polityków. Wiemy już, że nic nie wskóramy, ale dla zabawy sprawdzam ich, grając na ich nacjonalistycznej, mocarstwowej strunie – pytam, czy mają coś przeciwko temu, abym publicznie głosił, że Hongkong jest niezależnym od Chin krajem. Lekko zbaraniał, ale po jego minie poznałem, że bardziej zależy im na tych dwudziestu kilku dolcach, niż na jakichkolwiek mocarstwowych opiniach. Jak widać, tu też łatwiej przeżyć śmierć ojca, niż utratę spadku. Na miejscu prezydenta Tajwanu nie szarpał bym się z nimi o tę niepodległość aż tak poważnie – po co to straszenie się wojnami, jak ich wszystkich można spokojnie i niedrogo kupić.

Po odprawie wychodzimy na dworcu Lo Wu, skąd podziemną kolejką MTR za 40$HK  (1$HK = 1.05Y, czyli również ok. 8$HK za 1$) pół godziny jedziemy do końcowej stacji Tsimshatsui. Jakieś 100 metrów od wyjścia ze stacji bez szukania trafiamy w Chungking Mansions – olbrzymi gmach podzielony na setki najtańszych w Hongkongu hoteli. Już w drzwiach zaczepia nas kilku naganiaczy oferujących pokoje – jeden z nich przebija konkurentów proponując dwójkę za 80$HK. Pokój jest hardcorowy – szeroki na dwa metry, łóżko to decha osadzona bezpośrednio między ścianami, przykryta niezbyt estetycznie pachnącym materacem. Dzięki temu, że drzwi otwierają się do środka, mamy akurat tyle miejsca, żeby postawić plecaki. Dochodzi północ, padamy na pyski i zwalamy się na nasze legowisko.

  

6.06. PONIEDZIAŁEK

Dopiero po 9.00 wychodzimy z hotelu – to jednak straszna nora. W naszym mikropokoiku jest malutkie okienko wychodzące na ... kanał wentylacyjno – techniczny. Kilkumetrowej szerokości studnia wypełniona plątaniną zapyziałych rur – dociera do nas jednak jakieś światło, czyli kilka pięter nad nami jest chyba otwarte niebo. Idąc w kierunku nabrzeża widzimy wyraźnie, że Kowloon, to jeszcze taki Hongkong dla ubogich. Przypomina Indie – cienka powłoka blichtru, a pod nią prawie śmietnik. Miła starsza pani pokazuje nam drogę na Star Ferry i po 10 minutach spaceru wychodzimy na nadmorski pasaż gwiazd – dziesiątki tablic, ale poza Brucem Lee i Jackiem Chanem nie kojarzymy nikogo.

Prom do przystani Central kosztuje 3$HK. Kamila nie lubi wielkich miast i nie była specjalnie zadowolona z wizyty tutaj (zwłaszcza po utracie jednej wizy), teraz jednak wpatrując się w panoramę wyspiarskiej metropolii popiskuje z radości mimo, że widoczność nie jest najlepsza. Cholerna „chińska mgła”, wszystko jest szare i smutne, chociaż i tak Hongkong robi wrażenie.

Lenistwo mieszkańców Hongkongu przekracza wszelkie granice, w każdym razie jeżeli chodzi o ich stosunek do chodzenia – zaraz po zejściu z promu pytamy pierwszego lepszego przechodnia o Wiktoria Peak i pokazuje nam autobus (2.5$HK) wzdychając – „woow ... it’s so far...”. Wsiadamy i jedziemy zaledwie jeden przystanek – może ze 400 metrów. Bilet na wzgórze w obie strony kosztuje 40$HK, a przejażdżka dostarcza niezapomnianych wrażeń – wzgórze Wiktorii wznosi się na ponad 550 metrów, a podjazd jest naprawdę stromy. Sam tramwaj jest nowoczesny, ale tory na rusztowaniach wyglądają, jak nie reformowane od 100 lat. Widok ze wzgórza na zatokę i całe miasto jest niesamowity, a raczej byłby taki. Chińska mgła. Na wzgórzu mieści się restauracja i muzeum figur woskowych, a kawałek dalej centrum handlowe. Nie dane jest nam jednak nacieszyć się zbyt długo podziwianiem panoramy zatoki – zaczyna padać deszcz i zrywa się zimny wiatr. Nie ma to jak właściwy poziom „pe-cha”.

Po zjechaniu na dół, obowiązkowa przejażdżka tutejszym piętrowym tramwajem wzdłuż Connaught Road Central i miły incydent. W tramwaju okazało się, że nie mamy drobnych, aby zapłacić za bilet. Niestety, nikt nie miał rozmienić i przystanek przejechaliśmy na gapę. W końcu jakaś miła starsza pani z uśmiechem zapłaciła za nas po 2$HK. Chcieliśmy z nią wysiąść, rozmienić kasę na ulicy i oddać jej za bilety, ale tylko się roześmiała. Na pożegnanie dała mi jeszcze monetę 1$HK – „for luck”. O cholera, po zaledwie 2 tygodniach już wyglądamy na kloszardów?

Obiad zjedliśmy w małej knajpce, z dala od głównej ulicy. Już nawet nie chodziło o ceny, po prostu wszystko tam było albo na słodko, albo fast-foodowo. A tak, spora miska zupy z kluskami i warzywami – 18$HK i taka sama micha ryżu z jarzynami i surówką – 22$HK. Żeby skorzystać później z McDonaldsowej toalety musimy wykazać się paragonem – lody z automatu są tu trzy razy tańsze, niż w Polsce – 1$HK.

Pod wieczór zdecydowaliśmy się na powrót na Wiktoria Peak – im ciemniej się robiło, tym widoczność była lepsza, mgła na szczęście dała sobie lekko na wstrzymanie. Tym razem pożałowaliśmy na tramwaj, poza tym odczuwaliśmy nieodpartą potrzebę pokonania wzgórza na piechotę. Ścieżka prowadząca na szczyt oplata wzgórze, co razem daje ponad 2 kilometry pod górę. Na początku było to w miarę łatwe wyzwanie, ale tylko na początku. Pod górkę, jak pod górkę, raz schody, raz stromy chodnik, najgorzej, że jeszcze zanim przeszliśmy połowę   drogi, ta się skończyła i zabrnęliśmy w ślepą uliczkę. Do tej pory cały czas widzieliśmy tory kolejki, teraz zabrnęliśmy w jakieś chaszcze, potem kraty i koniec. Musieliśmy wyjść na pobliską ulicę, ale każdy, kogo pytaliśmy o dalszą drogę miał własną koncepcję. Z pół godziny kręciliśmy się dookoła, w końcu trafiliśmy na gościa, który wiedział na pewno, bo też tam szedł. Szybko jednak zostawił nas w tyle, podejście było naprawdę strome – na pocieszenie powiedział nam, że on tu wchodzi  codziennie od ponad 10 lat. Kiedy w końcu po półtorej godzinie (od początku wspinaczki) dotarliśmy na szczyt mieliśmy zakwasy tylko trochę lżejsze, niż po murze. Tym razem widok był już dużo lepszy, tylko ta perspektywa schodzenia...

  Było kilka minut przed 23.00 kiedy  jednym z ostatnich promów wróciliśmy na Star Ferry w Tsimshatsui. Nie mieliśmy szans zdążyć na ostatni pociąg do Lo Wu, z drugiej strony nie bardzo chciało nam się płacić za kolejną noc w hotelu, tym bardziej, że planowaliśmy wyjechać pierwszym porannym. Po odebraniu plecaków z hotelu wróciliśmy na nabrzeże i rozbiliśmy obozowisko na ławce w avenue of stars. Od dawna marzyłem o spędzeniu romantycznej nocy pod chmurką, z widokiem na Hongkong by night. Bawiłem się nawet nieźle, ale trochę po drugiej obudził mnie kaszel Kamili. Wiał dosyć silny wiatr od morza i założyliśmy na siebie, co tylko się dało, ale dla Kamili to było za mało – kaszląc okropnie, sina trzęsła się z zimna i już nawet nie mogła mówić. Niestety, z plecakami nie bardzo było gdzie iść i kiedy dotrzymaliśmy jakoś do piątej, Kamila nie wyglądała najlepiej. Cholera, to moja wina.

 

Przez Yangshuo do Laosu