30.05 PONIEDZIAŁEK

Ostatnie pół dnia w pociągu – nareszcie, bo z powrotem zrobiło się gorąco i przydałby się prysznic – trochę już mi się znudziło mycie „na trupa” (wycieranie ręcznikiem zmoczonym wrzątkiem z kipiatoka). Zegarki już od Zamin Uud przestawiliśmy na czas pekiński – o 14.30 mamy dobić do Pekinu. Wszyscy pasażerowie z niecierpliwością przyklejają nosy do szyb. Na zewnątrz panuje mgła – dziwne, bo słońce świeci ostro, ale w powietrzu unosi się mleko ograniczając widoczność do kilkuset metrów. Pola ryżowe i nie tylko, skromne, ale schludne domki rolników – wszystko elegancko wykończone murkami z kamieni. Przelatując przez kolejne stacje widzimy ten sam rytuał – zawiadowca uderza w alarmowy dzwonek (ręczny) i wszyscy schludnie ubrani kolejarze w mundurach stają w szeregu na baczność. No, no...  

Godzinę przed Pekinem mijamy mur chiński, niestety mgła nie pozwala przyjrzeć się dokładniej, ani zrobić zdjęć, ale nareszcie czujemy, że jesteśmy w Chinach. 

Punktualnie o 14.30 wysiadamy z pociągu i welcome to total chaos. Pierwsza rzecz, jaką staramy się zrobić, to zorientować się w rozkładzie jazdy przed zaplanowaniem następnego etapu, ale nasze chęci zostają szybko ostudzone – rozkład jazdy tylko po chińsku, wszystko zresztą tylko po chińsku. Pracownicy dworca wyglądają bardzo profesjonalnie i są bardzo mili, ale po angielsku nie rozumieją ani słowa. Wychodzimy przed dworzec – Pekin wygląda imponująco. Olbrzymie, nowoczesne gmachy i szerokie ulice zapchane luksusowymi samochodami. Na razie nie mamy ani yuana i od nikogo nie możemy się dowiedzieć, gdzie wymienić pieniądze. Przypomina mi się zdanie z naszego przewodnika „Pascal” 2005 – „będziesz zdumiony, jak wielu Chińczyków mówi po angielsku”. Rzeczywiście, jestem zdumiony, nawet bardzo. Kręcimy się ulicami naprzeciwko dworca i trafiamy na biuro informacji turystycznej. Wreszcie. Miły Chińczyk około 40-ki wyjaśnia nam, że jedynym dostępnym miejscem wymiany walut jest Bank of China. Wypisuje nam kilka numerów pociągów w interesujących nas kierunkach i kilka „gotowców” – pytań po chińsku na różne tematy – podstawa do załatwienia tu czegokolwiek. Bank of  China jest niedaleko, pierwsze starcie z tutejszą biurokracją – aby wymienić pieniądze musimy wypełnić formularz formatu A-4 – kilkanaście pytań począwszy od nazwiska, po adres w Polsce. Wymieniamy po 100$ - kurs 8.2Y (yuana). „Pascal” podaje, że w okolicy jest kilka tanich hoteli, ale jakoś nie możemy ich znaleźć i patrząc na olbrzymie gmachy luksusowych pięciogwiazdkowców wątpimy, czy w ścisłym centrum może być dla nich miejsce. Wracamy pod dworzec – pierwsze zetknięcie z chińskim rozmachem. Wszystkie budynki (wliczając dworzec) są olbrzymie, przez co traci się właściwą perspektywę, gdyż linia horyzontu wydłuża się podstępnie. Gmachy są ogromne i widać je z bardzo daleka – wydaje się, że wszystko jest bardzo blisko. To oczywiście tylko złudzenie i mamy już nieźle w nogach kilka kilometrów. Przy dworcu kręcą się naganiacze proponujący hotele, ale co z tego, kiedy nie rozumieją ani słowa – podtykają tylko pod nos tablice ze zdjęciami pokoi hotelowych i kilkoma sloganami – czysto i tanio. Na migi pytamy o cenę – bezskutecznie, dopiero dzięki słowniczkowi na końcu przewodnika dowiadujemy się, że proponują dwóję za 100Y, dowóz za darmo. Wyciągamy plan i ze słowniczkiem pytamy, gdzie jest hotel. Facet pokazuje na mapie – dosyć blisko. Wsiadamy do furgonetki, po kilku minutach jazdy widzę, że wiozą nas w zupełnie innym kierunku, niż pokazany na mapie, poza tym jak na pokazaną nam odległość jedziemy zbyt długo – minęliśmy 2 gigantyczne bezkolizyjne „ślimaki” i kilka razy zmienialiśmy kierunek, przez co zupełnie straciłem orientację. Po 15 min zjeżdżamy z głównej ulicy i kluczymy bocznymi zaułkami. W końcu podjeżdżamy pod hotel, wygląda nieźle, ale ta okolica. Plątanina małych uliczek, łatwo się tu zgubić, każda jazda do centrum i z powrotem, to będzie koszmar. Czy oni muszą być tacy bezczelni? Na mapie pokazywał miejsce przy głównej ulicy, rzut beretem od dworca. Może i bym tu został, ale nie lubię takich zagrywek, Kamila też ma obiekcje co do tego miejsca. Facet nie zawiezie nas z powrotem pod dworzec, to pewne. Jest niepocieszony, że rezygnujemy i tłumaczy coś gwałtownie po chińsku. Nie mam zamiaru udawać, że rozumiem i odchodzimy. Swoją drogą to niepojęte, ten naród uchodzi za tak zdolny i pracowity, a nie potrafią nauczyć się dosłownie kilku słów w obcym języku, i to nawet ci, którzy zamierzają zarabiać na turystyce.  

Dotarliśmy do głównej ulicy, na przystanku autobusowym korzystając z opisanego po chińsku planu miasta (kupiony w pociągu od konduktora – 1$) pytamy, gdzie jesteśmy i jak daleko stąd do dworca. To naprawdę niesamowite, oni nie potrafią odczytać mapy własnego miasta, opisanej w ojczystym języku – robi się zgromadzenie – wyrywają sobie plan jakby pierwszy raz coś takiego widzieli i kręcą bezradnie głowami. Cholera, ciężko tu będzie. Wreszcie znalazł się jeden, który umiał czytać mapy i wsadził nas do odpowiedniego autobusu. Na szczęście szofer miał elektroniczny terminal do wydawania biletów i na wyświetlaczu wyskoczyła cena – 2Y. Wysiedliśmy kawałek przed dworcem, postanowiliśmy poszukać hotelu w okolicach Placu Tienanmen. Niestety po wyjściu z autobusu znów z pół godziny kręciliśmy się bezradnie w kółko – nie widząc żadnego znajomego budynku nie potrafiliśmy określić na mapie naszego położenia – próby pytania Chińczyków były bezowocne, żadna z chyba 15 zapytanych osób nie potrafiła nam pokazać na mapie, gdzie jesteśmy. Jakimś cudem napatoczyła się grupka białych (Słowacy) i poinstruowali nas, jak trafić na Tienanmen. Tylko jedna stacja metrem, ale zdecydowanie odradzają spacer. Znów ta chińska gigantomania – ten jeden przystanek metra musielibyśmy drałować chyba ze dwie godziny.

W końcu  jesteśmy na przy placu Tienanmen – (bilet na metro – 3Y) – pierwszy wyraźny sukces,  w okienku kasowym udało mi się poprawnie wyartykułować nazwę stacji „Qianmen”, starając się jak najdokładniej skopiować wymowę i akcent poprzedzającego nas Chińczyka, pani zrozumiała bez problemu i obyło się bez sięgania po plan – no, no, mała rzecz, a cieszy... Słowacy podsunęli nam Leo  Hostel, przy Qianmen Daije, naprzeciwko stacji metra. Na szczęście układ  ulic jest tam bardzo charakterystyczny – przed placem Tienanmen, przy wyjściu z metra stoją dwie średniowieczne bramy do  Zakazanego Miasta, a otaczająca je ulica tworzy półkole, z  którego środka odchodzi nasza ulica. Hotel jest jakieś 200 metrów dalej w bramie po lewej stronie. Okolica jest urocza, nie możemy się  doczekać, kiedy wreszcie zrzucimy plecaki i już „na luzie” ruszymy na spacer po okolicy. W Leo Hostel rozczarowanie, nie ma wolnych miejsc, ale miły Angol z recepcji odsyła nas do swojej filii – Jinghua International Youth Hostel, jakieś 20 min autobusem, za to tylko 30Y za łóżko w dormitorium. Przy okazji wpadamy na pierwszych rodaków, Angol przedstawia nas miłej starszej parze z Polski, która właśnie szykuje się już do powrotu. Są zachwyceni Chinami, ale trudno liczyć na jakieś pomocne dla nas informacje, to nie nasza liga – latali tylko samolotami, nawet po samych Chinach.  

Musimy wrócić pod stację metra, skąd odjeżdżają autobusy – 66 i 102 – 1Y. Plecaków już nawet nie czujemy, dochodzi 18.30, cztery godziny latania z plecakami po Pekinie, nawet nieźle, chociaż w porównaniu z Moskwą, to i tak małe piwo. Jeden w pracowników hotelu szedł przy okazji w tamtą stronę i podał kierowcy adres, gdzie nas wysadzić. Hostel Jinghua jest niedaleko (jakieś 250 metrów) od przystanku, po drodze mijamy McDonaldsa, ale ceny nie są zachęcające, w dodatku wszystko opisane tylko po chińsku. Hostel prezentuje się nieźle – nad recepcją standardowo kilka zegarów pokazujących czas na świecie (nie ma to jak dowiedzieć się, która jest akurat godzina w N.Y lub Tokio) i olbrzymi kilim przedstawiający chińskie góry spowite mgłą. Dostajemy trzyosobowy pokój (30Y za łóżko i kaucja 100Y), na razie jesteśmy sami – czysto, ale wilgoć potworna. Nasze pokoje są już „undergrand”, przez niewielkie piwniczne okienko prowadzące na wewnętrzny dziedziniec nie wpada za dużo świeżego powietrza. Deszczu nie było, a po tych pięciu godzinach od kiedy wyszliśmy z pociągu, wszystko w plecaku jest prawie mokre. 

Wychodzimy na obiadokolację. Jakieś 50 metrów na prawo od wyjścia z hotelu trafiamy na sympatyczną knajpkę – stoliki wystawione na zewnątrz, po kilkuminutowym poszukiwaniu młoda dziewczyna z „chińskim uśmiechem” odnajduje angielskie menu. Wybieramy ryż z jarzynami z patelni (11Y) – polecam, do tego piwo 0.6l za 2Y. Nie wiem, czy jacyś biali jadali tu przed nami, bo natychmiast otacza nas przynajmniej dziesięciu starszych Chińczyków (w większości przechodniów) i ze wstrzymanymi oddechami obserwują jak mocujemy się z pałeczkami. Mają miny rodziców oglądających na video noc poślubną swojej córki, niektórzy bez ceregieli zaczynają wymieniać między sobą gesty pokazujące, jak prawidłowo trzymać pałeczki. Najzabawniejsze jest to, że oni wcale nie wyśmiewają się z nas, tylko autentycznie przeżywają każdy nasz ruch – kiedy tylko wypuścimy coś spomiędzy pałeczek na talerz, z kilkudziesięciu gardeł wydobywa się głębokie westchnienie grozy, niczym na pokazie linoskoczka nad przepaścią. Kamila generalnie nie znosi tłumu, a już szczególnie skupiającego uwagę właśnie na niej, więc sytuacja się nakręca – powinniśmy sprzedawać bilety...

Pierwsze zetknięcie z chińskimi toaletami –  kabiny nie mają drzwi i każdy wchodzący do toalety może na bieżąco oceniać czas oczekiwania na swoją kolej. No i słusznie, przecież nie mamy nic do ukrycia i pomyśleć, że u nas podobno „Big Brother” jest szczytem ekshibicjonizmu. Dziwne, kabiny prysznicowe mają już matowe foliowe zasłonki, chociaż to nawet logiczne – fizjologia wydalnicza nie jest sprawą tak intymną, jak kąpiel...

 

31.05 WTOREK

Dzień lekko pochmurny, wstaliśmy dosyć późno, choć rano mieliśmy wpaść do ambasady laotańskiej, ale wczorajszy dzień dał nam lekko w kość. Nie wiemy, ile trzeba czekać na wizę, ale gdyby się okazało, że kilka dni, to w tym czasie mielibyśmy czas na mur i resztę Pekinu, dziś już prawie południe, nic nie załatwimy. Kamila molestuje mnie o pekińskie ZOO, żeby zobaczyć tutejsze pandy – cóż, czego się nie robi dla kobiety...  

Jedziemy metrem do stacji Xizhimen, tam znów przy pomocy słowniczka w przewodniku pytamy o kierunek, ten słownik to jak woda na pustyni – bez niego zginiesz tu marnie. Czekając na kogoś znającego choć słowo po angielsku musielibyśmy chyba przedłużyć nasze wizy – „będziesz zaskoczony, jak wielu Chińczyków mówi po angielsku”...

Do ZOO docieramy po półgodzinnym spacerze, przerywanym przymusowymi postojami pod każdym napotkanym daszkiem – zaczął padać deszcz. Bilety są dosyć drogie, tak nam się wydaje, gdyż cennik jest tylko po chińsku – podanych jest kilka cen, od najniższej (25Y), aż po 100Y, tylko dla kogo i za co? Kamila bierze ulotkę reklamową i pokazuje zdjęcie pandy – mamy szczęście, ogród jest podzielony i nie trzeba płacić najdroższego biletu. Na miejscu koszmar – misie w betonowym bunkrze, za brudną szybą. Nędzny betonowy wybieg wewnątrz budynku, nikt nawet nie zadał sobie trudu, żeby choćby minimalnie zamaskować te prymitywne warunki. Cały wybieg zawalony krzakami i tylko dwa misie, potwornie brudne i chyba w kiepskiej kondycji. Kamila twierdzi, że oba są poważnie chore, co mnie specjalnie nie zaskakuje, w takich warunkach żadne stworzenie poza pluskwą nie zachowałoby zdrowia dłużej, niż kilka dni – (kilka tygodni później, chyba w Tajlandii, Kamila dostała od mamy maila – w „Teleexpresie” podali, iż jedna z tych pand zdechła). Dziwne to wszystko, podobno to gatunek na wymarciu, za kłusowanie na pandach można dostać kulkę w łeb, a tutaj taka wykańczalnia. Oglądamy jeszcze kilka innych wybiegów i litościwie wychodzimy – wszędzie taki sam betonowy syf i niedbalstwo. Mają od cholery miejsca, środki i nie potrafią zrobić w miarę estetycznego dla widza wybiegu, dającego jednocześnie jakiś komfort zwierzętom. Z ulgą wracamy do hotelu.

Popołudnie na placu Tienanmen, deszcz już dawno przeszedł, ale powietrze jest koszmarnie wilgotne, paszport i wszystkie papierki po kieszeniach mam popakowane w foliowe torebki, inaczej wszystko można by od razu wyrzucić na śmietnik. Jest grubo po 16-tej, Zakazane Miasto już zamknięte. Plac rzeczywiście ogromny. Na południowym krańcu mauzoleum Mao, po stronie wschodniej Muzeum Sztuki, po zachodniej gmach Ogólnochińskiego Zgromadzenia Przedstawicieli Ludowych. Swoją drogą ciekawy materiał na  aluzje, że słońce zachodzi nad Komunistyczną Partią Chin. Plac został powiększony do obecnych rozmiarów w 1959r, z rozkazu Mao, na 10-tą rocznicę proklamowania Chińskiej Republiki Ludowej, z tego okresu pochodzą też bliźniacze gmachy po obu stronach. Ale najciekawsze i tak są dwie średniowieczne bramy od strony południowej – warto zostać do zachodu słońca, aby podziwiać je wspaniale podświetlone.

Po powrocie do hotelu dowiadujemy się, że mamy nowego lokatora – Malezyjczyk około 40-ki. Zaczyna znajomość śmiało, prosząc Kamilę o pożyczenie klapek pod prysznic. Trochę dziwny gość (nauczyciel), opowiada, że podróżuje już miesiąc, a ma ze sobą tylko małą torbę wielkości podręcznego plecaka. Właśnie zrobił pranie i jest niepocieszony (ja też) – w tych warunkach nic nie wyschnie, a w naszym pokoju to już na pewno. Zna doskonale chiński i dogaduje się ze strażnikami – wprowadzają nas na zaplecze i pozwalają rozwiesić pranie na zewnątrz. Wracając, mówię Chince w recepcji, że ktoś ukradł drzwi w toalecie. W pierwszej chwili nie zrozumiała żartu i wyleciała zza swojej lady, dopiero na schodach zawróciła grożąc mi palcem. Jeden zero dla mnie.

Kolacja w naszej knajpce i pierwszy raz oczy naprawdę wychodzą nam z orbit. Zamawiamy to co zwykle (warzywa z patelni na ryżu) i dowiadujemy się, że ryżu nie ma – zabrakło. Miła, młoda kelnerka wyjaśnia nam to z dużym zakłopotaniem, a jako rekompensatę odlicza nam 2Y za piwo i prawie połowę rachunku za tę potrawę.  W Chinach zabrakło ryżu, no, no...

  

1.06 ŚRODA

Rankiem Malezyjczyk radzi zabrać rzeczy, jakaś pracowniczka hotelu się czepiała – jest dopiero po 8-mej, ale słońce grzeje już całkiem mocno, mimo tego wszystko mokre prawie tak samo, jak w momencie wieszania. Cholera, jak oni tu suszą cokolwiek?

O 9-tej jedziemy do ambasady laotańskiej. Metrem do stacji Dongzhimen i potem ponad półgodzinny spacerek do dzielnicy ambasad Sanlitun. Niestety nikt nie potrafi nam jej wskazać, a w naszym przewodnikowym słowniczku nie ma chińskiego ideogramu „Laos”. Próbujemy ratować sytuację pokazując na ogólnej mapie Chin fragment granicy laotańskiej, ale bezskutecznie. Swoją drogą, ta ich ignorancja jeżeli chodzi o czytanie mapy własnego kraju, jest odrobinę irytująca. Wreszcie trafiamy na biuro informacji turystycznej i pokazują nam kierunek w przybliżeniu, bo sami też nie są pewni. Po godzinnym kręceniu się po okolicy lokalizujemy na maszcie flagę Laosu, dochodzi 12-ta. Urzędnik via domofon każe nam przyjść o 13-tej. Buszujemy po okolicznych supermarketach, w jest ich tu sporo, to rejon zamieszkany przez rodziny dyplomatów, czasami na ulicach jest więcej białych, niż Chińczyków, dominują Francuzi. Bajecznie tania woda i cola – dużo taniej, niż w centrum i okolicach Tienanmen. Do tego chleb – nie tylko ten słodki tostowy, ale i zakwasowy razowiec – przyjemna odmiana po „chińszczyźnie”, choć to dopiero dwa dni.

Kilka minut po 13-tej jesteśmy z powrotem w konsulacie i tym razem każą nam przyjść o 14-tej. Jak miło. Facet w domofonie ma głos, jakby od rana testował tutejszy przemył spirytusowy, ale może to tylko złudzenie. Pozazdrościłem mu i tę godzinę przeczekaliśmy popijając piwo na kwietnikowym murku. Przechodnie przypatrywali się nam z lekkim zdziwieniem (mam nadzieję, że tu nie ma jakiejś prohibicji), ale w okolicznych ogródkach mała (0.33L) butelka kosztuje minimum 20Y, a 0.6l w pobliskim sklepie 2.5Y – i jak tu nie być „menelem”? Wizę (25$) odbierzemy w piątek o 14-tej, zatem jutro na mur.

Wieczór znów spędziliśmy na placu Tienanmen, polubiliśmy to miejsce, szczególnie obie bramy. Na placu kilku młodych ludzi próbuje puszczać latawce. Natychmiast pojawia się policja, legitymuje ich i każe je zwinąć. Nie rozumiem (nie tylko tego), na latawcach nie ma żadnych napisów sugerujących podłoże polityczne, kilka fajnych smoków i lampionów, więc o co chodzi?

Tym razem to już naprawdę szok. Kolacja w knajpie j/w, i ta sama scena – ta sama dziewczyna znów zmieszana tłumaczy, że ryżu zabrakło. Pytam ją, czy czytała dzisiejsze gazety, może jest jakaś wzmianka o zmartwychwstaniu Mao – angielski znała tylko na poziomie kilku podstawowych słów, ale jakimś cudem zrozumiała, gdyż śmiała się długo i krzyknęła coś na zaplecze, z którego wyszedł zaaferowany kucharz z gazetą w ręku. Tym razem nie udało nam się jednak uzyskać rabatu – dziewczyna zrobiła użytek ze swojej komórki i 15 minut później podjechała furgonetka z ryżem...

 

2.06 CZWARTEK 

Wczesna pobudka, ciągle nie wiemy, w które miejsce pojechać. Najpopularniejszy jest Badaling, ale Kamila twierdzi, że to zbyt oklepane i zatłoczone miejsce. Na tablicy przy recepcji jest kilka ogłoszeń – hotel organizuje transport w obie strony do kilku różnych miejsc, ale ceny nie wyglądają zachęcająco – od 130Y. Według naszego „Pascala” do wszystkich tych miejsc można dojechać lokalną komunikacją za połowę ceny, ale moje zaufanie do tego wydawnictwa spada z dnia na dzień. Z podanych opisów dosyć ciekawie prezentuje się historia muru w Huanghua, z okresu dynastii Ming – za budowę odpowiedzialny był lokalny władca Cai, który jak wieść niesie pedantem był okrutnym, nie dość, że przekroczył budżet, to prace przebiegały bardzo powoli, ze względu na wymaganą przez niego dokładność. Kiedy cesarz się o tym dowiedział, kazał go ściąć i Cai zrehabilitowany został dopiero po wielu latach, kiedy zalety wysokiej jakości prac uwidoczniły się w praktyce.  Kamili też się ta historia podoba, poza tym liczy, że będzie tam luźniej, niż w Mutianyu lub Simatai.

Najpierw metrem do stacji Dongzhimen, skąd autobusem 916 (8Y) do miasteczka Huairou. Po wyjeździe z Pekinu jestem lekko oszołomiony – zarówno jakością dróg, jak i estetyką otoczenia. Wzdłuż autostrady kilometrami ciągną się starannie przycięte i wypielęgnowane trawniki, kompozycje ze starannie poprzycinanych krzewów i kwiatów, ozdobne kamienne murki i ogrodzenia. Przecieramy oczy ze zdumienia – dosłownie w pustym polu zadano sobie tyle trudu, by utrzymać taki „wyczes”. Te miłe wrażenia psuje tylko klimatyzacja, autobus jest na tyle nowoczesny, żeby ją posiadać, ale jednocześnie już na tyle „zajechany”, żeby klapki zamykające były połamane i popsute. Po zaledwie pół godzinie jazdy szczękamy już zębami i nie ma przed tym cholerstwem ucieczki, gdziekolwiek byś nie usiadł, to zionie lodem prosto w twarz. W końcu zatykamy dziury plastikowymi reklamówkami, a Chińczycy patrzą na nas zgorszeni, jakbyśmy popełnili nie wiem jaką profanację.

Po 11-tej jesteśmy w Huairou i rozglądamy się za jakąś okazją do Huanghua – według przewodnika powinny być tanie minibusy (4Y) i droższe furgonetki (60Y – w obie strony).  Kiedy pytamy o autobus do Huanghua, wszyscy ciągną nas do taksówek oczekujących już na świeżych jeleni. W końcu decydujemy się na furgonetkę, próba dogadania się z jakimkolwiek przechodniem to strata czasu. Na połączone ideogramy „Huanghua” i „autobus” odpowiadają zdziwionymi minami i pokazują taksówki (od 100Y – w obie strony), nie wiemy już, czy wszyscy są tu udziałowcami taxi-biznesu, czy ten nasz „Pascal” po raz kolejny potwierdza swoją wątpliwą wartość. Kierowca furgonetki żąda 30Y w obie strony, ale jego wygląd nie wzbudza w nas zaufania – poza tym może spod muru uda się złapać jakiś autobus – więc kilka minut tłumaczymy, że interesuje nas tylko przejazd w jedną stronę za 15Y. W końcu zrozumiał i nie jest zachwycony. Udaje, że rezygnuje, ale w końcu przywołuje nas z daleka.

Koszmarna pomyłka, byłem tak wściekły na siebie i wszystko dookoła (specjalne „życzenia” dla „Pascala” i jego „mądrości”), że musiałem wypić całą butelkę wody, żeby się uspokoić. Kierowca po prawie godzinie (po drodze był wypadek i musieliśmy czekać na odblokowanie szosy) dowiózł nas do jakiejś restauracyjki prowadzonej przez swoją rodzinę, wręczyli nam nieczytelną, odbitą na xero mapkę i pokazali ścieżkę prowadzącą w górę zbocza. Po 20 minutowym marszu zobaczyliśmy ten „mur” – kompletna rudera. Już kiedy jechaliśmy, okolica nie wydawała mi się najciekawsza. Zamiast majestatycznych gór jakieś poszarpane i upstrzone budowlanymi barakami pagórki wyglądające jak hałdy na Śląsku, jakiś zbiornik wodny z tamą, krajobraz jak po „nowej hucie” – zupełnie nie tak to sobie wyobrażałem. Pojawiła się jakaś stara kobieta, żądając po 2$ opłaty za przejście. Po zainkasowaniu pokazała nam ścieżkę na górę. Ścieżka to zbyt eufemistyczne określenie, raczej dosyć strome podejście pokryte głazami i osuwającą się ziemią, z której wyrastały gęste i ostre krzaki. Już patrząc na ten „mur” z daleka zastanawiałem się, czy warto bawić się w tę wspinaczkę – zupełnie nie byliśmy przygotowani na coś takiego. Kamila miała na gołych nogach tylko lekkie buty zupełnie nie nadające się na takie eskapady. Podejście było naprawdę nieprzyjemne – ziemia znienacka osuwała się spod nóg, co powodowało od razu przesuwanie głazów pod nogami i o niebezpieczny upadek nie było trudno. Sytuację pogarszały ostre krzaki, przez które trzeba było się przedzierać uważając na oczy, a próby łapania się ich groziły jeszcze szybszym fikołkiem – nie wytrzymywały ciężaru ciała. Kiedy po kilkudziesięciu metrach dobrnęliśmy do kilkumetrowej „polanki” w połowie tej ścieżki okazało się, że w najwęższym przesmyku stoi koń (jak on tu wlazł???!!!!) i to w dodatku ustawiony ładnie, jak trzeba, czyli tyłem. Minąć go można było tylko przechodząc mu pół metra za ogonem, a po jego wzroku widziałem, że nie jest specjalnie zadowolony z naszej obecności. Jedno wierzgnięcie i skręcilibyśmy sobie karki turlając się po tych kamykach. Jakoś go wreszcie wyminęliśmy i wdrapaliśmy się na tę ruinę muru. Nie było po co. Nie dało się chodzić, dziura na dziurze, nie można było zrobić dwóch kroków bez patrzenia pod nogi, inna sprawa, że nie było też czego żałować, bo widok na okolicę nie był rewelacyjny. Jakieś obskurne baraki na zboczach i poniewierające się gdzieniegdzie sterty cegieł. Mur został w dużej części rozebrany i widocznie powoli będą go dopiero sztukować. Dało się przejść zaledwie kilkanaście metrów i przed nami rozpostarła się kilkunastometrowa przepaść odgradzająca od schodów pnących się do góry w kierunku ruin wieżyczki. W drugą stronę też niewiele zdziałaliśmy – taka sama przepaść. Dysponując linami i minimum alpinistycznego doświadczenia prawdopodobnie dałoby się przeskoczyć te dziury, ale w naszej sytuacji mogliśmy sobie tylko „pogdybać”. Zastanawialiśmy się, czy jest to jedyne dostępne miejsce w tej okolicy, czy też może są jakieś ciekawsze, a tylko kierowca podwiózł nas do swoich pociotków, żeby wyrwali od nas po kilka dolców za „pokazanie drogi na mur”. Obeszłoby się, sami byśmy trafili do tej „ścieżki”, poza tym według mnie, to nie było warte nawet 10 centów, a nie 2$.

Zejście z „muru” było dużo gorsze – prawie 45 stopniowe kręte zbocze pokryte niestabilnymi kamieniami i osypującą się ziemią plus grawitacja, to nienajlepsza kombinacja. Koń tym razem pasł się trochę dalej, ale za to zjeżdżając wpadłem w te cholerne krzaczory i o mało nie wydłubałem sobie oka. Ułożyłem sobie w myślach podziękowanie dla kierowcy, które przetestowałem na tej starej Chince inkasującej za „bilety”. Wiem, że to była starsza kobieta i zachowałem się nieładnie, ale czując jeszcze ostry ból w oku nie byłem zbyt przychylnie nastawiony do tutejszych „łowców jeleni”. Wrzasnąłem na nią tak, że nawet nie znając ani słowa po angielsku zrozumiała, o co chodzi. Nie była chętna pozbywać się naszych 4 dolców, ale zrozumiała, że odbiorę je nawet, jeżeli miałbym ją podnieść do góry za kostki i je wytrząsnąć. Awantura sprowadziła kilku okolicznych młodzieńców, ale zadowolili się obserwowaniem całego zajścia z dystansu.

Rozmowa z kierowcą była podobnie pasjonująca, pytaliśmy go o inne miejsca, ale albo nie rozumiał, albo udawał. Cholera, to chyba jedno z najciekawszych zagadnień filozoficzno – psychologicznych; problem udawania idioty wtedy, kiedy potrzeba i ewentualne kryteria poznawcze. Jeszcze raz rozejrzałem się dookoła, ta okolica naprawdę nie wygląda zachęcająco, więc nawet jeżeli są tu jeszcze jakieś inne miejsca, to niewiele różnią się od tego, czyli są tylko w wersji „na dziko”. To jeszcze byłbym w stanie znieść, gdyby na murze czekała jakaś satysfakcja za trudy wejścia, ale po tym co już zobaczyłem wątpiłem, czy było tam jakieś miejsce warte wysiłku. Kierowca proponował nam odwiezienie do Huairou (teraz już rozumiał wszystko), ale mieliśmy go już solidnie dosyć. Poszliśmy z powrotem na piechotę, po jakimś kilometrze zatrzymaliśmy mijający nas minibus (4Y) i po pół godzinie byliśmy z powrotem w miasteczku. Cholera, straciliśmy przez to po kilka dolców i cenny czas. Kolejny dzień na Zakazane Miasto, odebranie wiz, a zdecydowaliśmy, że w sobotę jedziemy dalej.

Było trochę po 14-tej i zastanawialiśmy się, czy wracać do Pekinu, czy spróbować jeszcze dziś szczęścia w innym miejscu. Można stąd również w niecałą godzinę dojechać do Mutianyu, ale mieliśmy tak zepsute humory, że chwilowo nam się odechciało muru. Z drugiej strony, jeżeli mieliśmy go zobaczyć, to nie wyrobimy się do soboty, dziś jest pierwszy dzień bez mgły, a w drodze powrotnej możemy już nie mieć na to kasy. W końcu znaleźliśmy minibus do Mutianyu – kierowca zapewniał, że przed 15-tą będziemy na miejscu. Wytargowaliśmy po 10Y i po wyjściu z samochodu samopoczucie od razu nam się poprawiło. Co prawda mnóstwo kramów i tandetnych sklepików u podnóża gór, ale to jest przynajmniej mur. Chcieliśmy uniknąć sztampy i „komercji” udając się do „dzikiego” miejsca, jednak porównując Huanghua do Mutianyu, wolę już tę komercję. Hauanghua można sobie zostawić jako dodatkową ciekawostkę, odradzam jednak to miejsce, jako jedyny kontakt z murem. Prawdziwie dzikiego muru można zresztą szukać co najwyżej w okolicach Mongolii Zewnętrznej, gdzie pozostał on w swojej pierwotnej formie, czyli piaskowo – drewniano – glinianej, tak jak był wznoszony w II w.p.n.e, za rządów jednego z najokrutniejszych cesarzy z dynastii Czin.

Wjazd na mur kolejką linową kosztował 25Y, ale postanowiliśmy zdobyć go po schodach. Pokonanie tych kilkuset metrów pod górę zajęło nam około 20 minut i kiedy zlani potem stanęliśmy w końcu na murze, ledwo mogliśmy utrzymać się na nogach. Nie było tu tak strasznego tłoku jak się obawialiśmy, żadnych większych zorganizowanych grup, najwyżej co kilkaset metrów jakieś luźne pary. Cholera, nie mogę sobie darować, że straciliśmy tyle czasu w Huanghua i teraz mamy zaledwie trochę ponad godzinę (zbrodnia) – kierowca naszej furgonetki ostrzegł, że ostatni autobus z Huairou do Pekinu odjeżdża ok. 17.30.

To była cudowna godzina, wdrapaliśmy się na wieżyczkę na szczycie najwyższej w zasięgu wzroku góry. Widoki ze szczytu niesamowite – między zielonymi góramisinusoidalnie pokręcony mur ciągnie się kilometrami aż po horyzont. Warto byłoby spędzić tu cały dzień, od wschodu do zachodu słońca – niestety, po tych błędach, przy naszej dosyć długiej trasie nie możemy sobie już na to pozwolić.

Z powrotem zjechaliśmy już kolejką linową (29Y, podczas gdy wjazd 25Y – dziwne...), po dodatkowej wspinaczce na murze mieliśmy już miękkie kolana, a schodzenie to coś zupełnie innego, niż wchodzenie pod górę. Przy wchodzeniu czuje się co najwyżej ból, zaś podczas schodzenia zakwaszone mięśnie po prostu wiotczeją i przy swoim wzroście mam poważne problemy z utrzymaniem pionu.

W drodze powrotnej lekka sprzeczka z Kamilą – nie byliśmy pewni, czy wsiedliśmy we właściwy autobus, tzn. właściwy był na pewno, bo nr 916, ale nie wiedzieliśmy, czy we właściwym kierunku – po godzinie jazdy (tyle jechaliśmy do Huairou) nie wyglądało na to, żebyśmy dojeżdżali do Pekinu i zaczęliśmy pytać pasażerów, ale odpowiadali nam w kratkę, raz „tak”, raz „nie”. Kierowca również zachowywał się tak, jakby nie rozumiał pytania i wydawało się, że odpowiadał nam to, co wydawało mu się chcemy usłyszeć. W końcu okazało się, że jedziemy w dobrym kierunku. Cholera, coraz częściej niepotrzebnie tracę nerwy, najpierw ta stara, teraz o mało nie nakrzyczałem na Kamilę.

 

3.06 PIĄTEK

Rano, o 8-mej Kamila pojechała na dworzec po bilety do Kantonu – 255Y hard seat (nieoceniony Malezyjczyk uzbroił ją w kilkanaście chińskich gotowców na różne sytuacje), trochę za długo już siedzimy w Pekinie, chociaż polubiliśmy to miasto, ale przed nami jeszcze ładny kawałek drogi. Chciałoby się obejrzeć Chiny dokładniej, z drugiej strony boimy się, że nie starczy nam kasy na resztę planowanej trasy. Postanowiliśmy na razie ograniczyć Chiny do kilku miejsc, na których nam najbardziej zależy, resztę może uda się zrobić w drodze powrotnej, chociaż jak pokazuje praktyka, z takich nadziei niewiele potem wynika.  

Dwie godziny później pojechaliśmy do Świątyni Nieba, ale 15Y za wstęp zniechęciło mnie do bliższego kontaktu i jak się okazało miałem rację. Kamila wyszła po godzinie rozczarowana – remont, wszystko w rusztowaniach. Była zdumiona, że starsi ludzie płacą te 15Y tylko za to, żeby posiedzieć w tutejszym parku grając w madżonga i ...na skrzypcach. Już od kilka dni zastanawiamy się, dlaczego niektórzy Chińczycy chodzą po ulicy w pidżamach, najpierw myśleliśmy, że to takie garnitury w paski, po obejrzeniu z bliska nie mamy wątpliwości – ewidentnie pidżama... Z reguły starsi ludzie, ale nie wyglądają na nędzarzy, których nie stać na normalne ubranie, bo skąd by ich było stać na czystą pidżamę? Dziwne.  

Po południu odebraliśmy wizy laotańskie, a wieczór spędziliśmy jak zwykle w okolicy Tienanmen. Kiedy rozdzieliśmy się „na zakupy”, Kamilę zaczepił jakiś student sztuk wszelakich i zabrał ją na wystawę swoich (i nie tylko) prac. Dostała od niego wypisany artystyczną chińszczyzną ideogram swojego nazwiska. Spotkanie miało chyba w założeniu również wątek biznesowy (kupno którejś z pokazywanych prac), ale tym razem pokonała Chińczyków ich własną bronią, czyli udając, że nie rozumie, co mówią, aczkolwiek z lekkim żalem, gdyż oglądając fachowym okiem ich akwarele od razu poczuła bolesne ukłucie zazdrości. Chińczycy nie potrafią malować olejami, ale przed akwarelami klękajcie narody... Cóż, artystka – ja, człowiek prosty, muszę wierzyć na słowo.

 

Z Zakazanego Miasta prosto do Hongkongu