Jest południe, podobno jeden autobus do Nauszek właśnie odjechał, kiedy następny nie wiadomo, bo na rozkładzie taki punkt docelowy nie figuruje i nawet miejscowi nie mają zielonego pojęcia, choć jakieś dwie kobiety też czekają. Swoją drogą, czekanie na autobus, którego nie tylko godziny odjazdu, ale nawet istnienia nie można być pewnym, to nie jest najmądrzejsze zajęcie. Taksiarze chcą po 150 rubli od łebka i byliśmy nawet w końcu skłonni z nimi pojechać, ale w końcu trafiła się jakaś starsza pani, która stwierdziła kategorycznie, że autobus (25 rubli) odjeżdża o 15.00, jedzie pół godziny, a pociąg z Nauszek do Irkucka odjeżdża jakiś kwadrans po 16-tej (prawdopodobnie nasz uciekinier). Starsza Rosjanka wie to stąd, że jej córka studiuje w Irkucku i jeździ tą trasą kilka razy w miesiącu, ale żeby się jeszcze upewnić poszła do automatu zadzwonić do domu. Na takie uprzejmości nie liczyliśmy, jednak co biali ludzie, to biali ludzie... Przy okazji, już dawno nie rozmawiałem tak intensywnie po rosyjsku i jestem z siebie bardzo dumny.

Autobus przyjechał o 14-tej i godzina czekania. Przy okazji rozmowa z kierowcą – sympatycznym i rubasznym „mieszańcem” mongolsko – rosyjskim. Pyta skąd jesteśmy i skąd jedziemy. Opisujemy mu trasę i gwiżdże z podziwem pytając, czy było fajnie. Odpowiadamy, że bardzo i na dowód pokazuję mu swoje zdjęcie z paszportu (gęba „wypasiona” i ze 20 kilo więcej, niż obecnie), gość zatacza się ze śmiechu. 

W końcu ruszamy, kierowca przed odjazdem zbiera po 25 rubli za bilety, mijając nas puszcza oko i idzie dalej. Coraz bardziej mi się ta Kjachta podoba... 

Na dworcu punktualnie 15.30, nasz kierowca z szacunkiem pomaga wyjąć Kamili plecak z bagażnika i ściska nas jak własną rodzinę. Na dworcu już troszkę mniej miło, pani w kasie po raz kolejny ogłasza, że biletów (490 rubli) już nie ma. 490 rubli, to ponad 100 rubli więcej, niż w drugą stronę, kiedy poprzednio podczas postoju w Nauczkach pytałem o cenę, widocznie była podwyżka. Co z tego, kiedy biletów nie ma, a teraz musimy gonić wizę rosyjską, która wygasa 20.08. Pytam, ile kosztuje bilet Irkuck – Moskwa, pani odpowiada, że „kupiejny” 6.000 rubli, „plackartny” jakąś połowę mniej. Poprzednio za bezpośredni, międzynarodowy „kupiejny” do Pekinu zapłaciliśmy 5.400, a teraz 6.000 Moskwa – Irkuck? Albo pani spędzała zbyt dużo czasu na słońcu, albo musiała być przez ten czas spora podwyżka, cholera może nam zabraknąć kasy...

Pociąg odjeżdża 16.20 i mamy jeszcze ostatnie 20 minut na wymyślenie czegoś. Zaczepiam „prowadnicę” na peronie i pytam o wolne miejsca – w kasie nie sprzedają biletów, że niby komplet. Prowadnica każe czekać i wskakuje do pociągu, a po chwili oznajmia, że 5 minut przed odjazdem się okaże. Dziesięć minut później pakuje nas do środka. To niesamowite, ale mijamy kilka wolnych leżanek, jak oni sprzedają te bilety? 

Na szczęście nie wpakowali na w „kupiejny”, bo musielibyśmy chyba oddać organy do przeszczepów (zostało nam już po 130$, czyli po jakieś 3.300 rubli) – za „plackartny” zapłaciliśmy po 580 rubli – pewnie z jakimś dodatkowym karnym narzutem, ale i tak jesteśmy wniebowzięci. Mamy sąsiada Rosjanina około 50-ki. Wołodia jest bardzo sympatyczny, częstuje nas obiadem („nu rebiata, kuszajtie”) – kurczak z kilogramami ogórków i pomidorów – i oczywiście znów kilka godzin opowiadania, skąd jedziemy. Prowadnik, facet około 40-ki pyta, czy życzymy sobie pościel na noc – 120 rubli (ponad 4$) – odmawiamy. Jest uprzejmy i doskonale zorganizowany, dosłownie jak automat. Kiedy pytam o kipiatok, przeprasza za niedopatrzenie i obiecuje, że za 10 minut będzie gotowy. Normalnie, każde tego typu pytanie do pań z obsługi pociągu byłoby traktowane jak niewyobrażalna zniewaga (choćbyś nie wiem jak pokorną minę przybrał) i groziłoby „zmarginalizowaniem” przez całą podróż, oraz, np. wychowawczym odizolowaniem od toalety – pretekstów mogą być tysiące, ale nasz prowadnik jest niczym steward na luksusowym jachcie. Widać, że lubi swoją robotę (żadna praca nie hańbi, o ile wykonuje się ją dobrze – z wyjątkiem pracy społecznej) i nie brał jej po to, by wyżywać się na pasażerach. Wołodia dużo jeździ i przyznaje, że to wyjątkowe podejście do pracy. Cholera, jednak ten mój rosyjski to tragedia, dosłownie co drugie zdanie na migi, ręce mi już omdlewają od tej konwersacji... 

Wieczorem prowadnik z uśmiechem wręcza nam po komplecie pościeli, a na nasze zdziwione miny odpowiada skinieniem głowy w kierunku Wołodii. Głupia sytuacja, Wołodia wiedząc, że jedziemy już na końcówce kasy zapłacił 8$ za naszą pościel (Wołodia jest z ... Kjachty – co za miasto, no, no...) i głupio teraz nie przyjąć tego prezentu. Materace i tak są dosyć czyste, bo prowadnik wzorowo dba o swój skład, więc nie byłoby problemu, a my nie mamy za bardzo czym mu się zrewanżować.  

Krajobraz już dawno przestał być mongolski i teraz mijamy rzędy typowo rosyjskich drewnianych wiosek. Wołodia zapewnia, że możemy spokojnie iść spać, bo Bajkał będziemy mijali w nocy, a ta będzie na 100% bezksiężycowa i nic nie zobaczymy. Szkoda.  

  

15.08 PONIEDZIAŁEK 

Pobudka o 7.00 – oddajemy prowadnikowi pościel i koce staranie złożone w kostkę, za co dziękuje nam uśmiechem, raz po raz spoglądając teatralnie ku niebiosom, kiedy któryś z pasażerów rzuca mu niedbale pod nogi bezkształtny, pomięty tłumok. Mruczy bezgłośnie pod nosem „Wot, Rassija” i coś jeszcze, czego już nie łapię – nie znam na tyle rosyjskiego, ale rozumiemy się bez słów, pewne rzeczy są uniwersalne. Widząc jak trzęsiemy się z zimna oddaje nam koce i wyjaśnia, że na dworze jest 5 stopni, skład jest stary i bez ogrzewania, a szpar w oknach sporo. Pytam, dlaczego nie uszczelnią silikonem i znów odpowiada ze śmiechem – Wot, Rassija...  

Godzinę później jesteśmy w Irkucku – pierwsze kroki do kasy i pierwsze od kilku dni zwycięstwo, bilety do Moskwy są i kosztują 2.000 rubli „plackartny”. Może kasjerka w Nauszkach ma spore wydatki? 

Musimy wypuścić się w miasto, aby znaleźć kantor i wymienić resztę dolarów na ruble, pół godziny później mamy w garści bilety na wieczorny pociąg do Moskwy. Mamy zatem kilka godzin (trzeba uważać, bo w Irkucku obowiązują dwa czasy – lokalny i moskiewski i trzeba uważnie czytać bilety) na obejrzenie miasta. Piechotą przemierzamy most na rzeką Angarą, dziwne to miasto. Z mostu wygląda na duże, rozległe o całkiem sporych budynkach, ale kiedy wejdzie się w uliczki, to jakby szło się większą wioską – aczkolwiek wszędzie dość czysto, ludzie zadbani, żadnych zapitych meneli w bramach, wszędzie ruch i krzątanina. Za to niewiele restauracji, na obiad musimy wejść do sklepu spożywczego – chleb 8 rubli, masło (margaryna) 16, ser żółty wędzony 90/kilo. Wszędzie można kupić dosyć tanio każdy rodzaj alkoholu, ale gastronomia dno. Jakieś nieapetyczne zestawy na aluminiowych tackach, do odgrzania w mikrofali, niektóre wyglądają tak, jakby sprzedawca zupełnie świadomie chciał odstraszyć klientów. Widać, że jedzenie to tutaj jeszcze przykry obowiązek i dodatek do picia (w każdym sklepie alkohole zajmują najwięcej miejsca, na ogół na głównym regale, a każdy szyld zaczyna się od „wodka, piwo...), aczkolwiek żadnych oznak spożywania ponad miarę jeszcze nie widzieliśmy.     

 W pociągu mamy lekkiego pecha – miejsca nie są numerowane (dziwne i dopiero teraz to zauważyliśmy) i prowadnica – młoda dziewczyna podobna do blondynki z „13 posterunku” przydziela nam oddzielne leżanki – jedną regularną i drugą (krótszą) wzdłuż korytarza. Wszystkie miejsca są zajęte i to już od paru dni, stąd większość pasażerów (na ogół seniorskie rodziny) zdążyła się już zainstalować i poczuć jak w domu, okupując wszystkie półki i stoliki. Zresztą starsze panie nie odczuwają potrzeby złożenia na dzień dolnych łóżek służących normalnie jako siedzenia i wszystko razem sprawia wrażenie zaniedbanego szpitala, a będziemy jechać cztery pełne dni i noce. 

  

16.08 WTOREK 

Rano na jakiejś stacji zwalnia się kilka miejsc i pasażerowie będący w podobnej sytuacji jak nasza szybko korzystają z okazji przenosząc się, więc też idziemy za ich przykładem. Za pięć minut przychodzi prowadnica i od razu wyjeżdża do nas z wrzaskiem, dlaczego zmieniliśmy miejsca. To samo zrobiło kilku innych pasażerów, ale tylko my jedziemy na „innostrańskich” paszportach – przyjechały „polskie pany” i myślą, że wszystko im wolno. Wiemy już, że mamy u pani przechlapane, a zostały jeszcze 3 dni. Po tym poprzednim doświadczeniu z pociągiem do Irkucka, to niezbyt miły kontrast – bilans musi wyjść na zero, chociaż raczej na minus, bo w tym będziemy dłużej. Może się czepiam, ale wydaje mi się, że prowadnica spędza więcej czasu przy lusterku, niż swoich obowiązkach. Kipiatok już od kilku godzin zimny, syf na podłodze koszmarny, bo mimo swoich groźnych min pani nie ma autorytetu skłaniającego pasażerów do powstrzymania się od śmiecenia, a sprzątać się jej ewidentnie nie chce. Dziś już od rana paraduje z pięknie nakręconymi lokami (wczoraj miała zwykłe, proste włosy) – Kamila twierdzi, że zrobienie takiej fryzury w polowych warunkach musiało jej zająć kilka godzin. Nikt nie każe jej wyglądać jak kocmołuch, ale chyba za coś jej tu płacą. Średnio co trzy godziny zatrzymujemy się na kilka minut na jakiejś stacji i potem ponad godzinę trzeba czekać, aż pani zechce z powrotem otworzyć toalety. Już nawet nie chodzi o nas, bo jesteśmy na „wojennej ścieżce”, ale kiedy jakaś starsza Rosjanka zapytała ją o jakieś szczegóły rozkładu, to też o mało jej nie zwymyślała. Idąc korytarzem roztrąca wszystkich bezceremonialnie nie siląc się na „przepraszam” i jeszcze spogląda wymownie spode łba, co to za idiota nie zdążył się uchylić. Ewidentnie robi łaskę, że żyje – z jej oczu można odczytać, że strasznie się męczy w swojej pracy, w myślach zasiadając już na fotelu prezesa Łukoilu, albo innego Gazpromu. Może rzeczywiście już „zgredzieję”, ale coraz bardziej mam już „potąd” nastolatek na „ważnych” stanowiskach, wykorzystujących swoją władzę jedynie do wyżywania się. Dresiara na „kierowniczym” stanowisku  - i pomyśleć, że ma dopiero ze 20 lat, to co będzie jak przekroczy 40-kę? Strach się bać. Dlaczego tamten facet potrafił swoją „czarną robotę” wykonywać z klasą, w sposób perfekcyjnie zorganizowany, zyskując szacunek i sympatię pasażerów – to tylko różnica osobnicza, a może kwestia wieku, albo płci? 

No, popsioczyłem sobie na panią – to doskonale robi na apetyt, a zupka chińska czeka już od godziny na zaparzenie, tylko kiedy kipiatok będzie wreszcie gorący? Poprosiłbym ją o napalenie, ale jeżeli akurat robi sobie jakiś peeling, albo inny „manikiur”, to znów będzie na mnie, że się czepiam... 

Jeden z naszych sąsiadów - Siergiej, ma 42 lata i tatuaże od czoła, po palce u nóg. Z rozmów toczonych przez niego półgłosem z innymi pasażerami usłyszałam, że ostanie 15 spędził w „tiurmu”, przez delikatność nie pytamy za co, bo mamy z nim dość dobre układy – jak każdy Rosjanin, ma przy sobie tony pomidorów i ogórków, którymi nas częstuje. Chyba tylko przed nim prowadnica czuje jakiś respekt, bo jak do tej pory chyba tylko jego nie odważyła się potraktować łokciem w przejściu. Przy okazji praca domowa, dlaczego Rosjanie nie obierają ogórków, jedząc je razem ze skórą?  Może to niewiarygodne, ale poza trzema typkami na początku wagonu, brak jakichkolwiek oznak spożywania alkoholu (w znaczeniu rosyjskim) – owszem, jest piwo i wino, ale wszystko w normie i pełna kultura. 

Te anomalie czasowe są dosyć męczące – pociąg mija chyba razem ze 6 stref czasowych, teraz mam 22.00 czasu irkuckiego i słońce dopiero powoli zachodzi. Spać, czy już wstawać? 

  

17.08. ŚRODA 

O 4-tej nad ranem obudził mnie kobiecy wrzask zza ściany. W pierwszej chwili myślałem, że ktoś miał zły sen, albo złapał złodzieja. Wychyliłem się ze swojego wyrka i zobaczyłem jak młoda dziewczyna z leżanki oddzielonej ode mnie ścianką szamocze się z jakimś facetem wciskającym jej rękę między uda. Wszystko działo się zaledwie metr dalej, wychyliłem się bardziej i kantem dłoni walnąłem go pod kolano. W tej samej chwili facet dosłownie oderwał się od ziemi i wylądował na podłodze. Zanim zdążyłem pogratulować sobie tej interwencji, zobaczyłem wycofującą się zza ściany pięść dosyć pokaźnych rozmiarów. Za chwilę pokazał się jej właściciel i rozpoznałem towarzysza dziewczyny, gościa wyglądającego na zapaśnika wagi ciężkiej, pochodzenia kaukaskiego sądząc po rysach i kolorze skóry. Po chwili jedną ręką podniósł niespełnionego erotomana i trzymając go nad ziemią w wyciągniętej ręce zaniósł pod pokój prowadnicy, skąd po chwili ochrona wyprowadziła go w kajdankach.  To był jeden z tych trzech, którzy całą noc pili gorzałę i teraz po pijaku przyszedł „poderwać” jedną z trzech rzucających się w oczy wagonowych lasek. Tylko dlaczego wybrał akurat tę, pod opieką takiego Terminatora?  Eto psych, skwitował Siergiej... 

Pani prowadnica zaczyna udzielać pasażerom lekcji dobrych manier – trzaskając drzwiami w korytarzu koło nas. Robi to w specyficzny i przemyślny sposób – na tyle głośno by poderwać z grobu nieboszczyka, ale i nie wystarczająco mocno, by je domknąć, a wieje zimny wiatr. Co tylko zdążymy zamknąć, to „pierwsza dama” roztrącając wszystkich przemierza całą długość wagonu (po co?), chwilę później ŁUBUDU!!!! i znów przeciąg. Może by tak wynająć Siergieja, żeby ją... 

  

18.08 CZWARTEK   

Nic się nie dzieje, nawet pani prowadnica nie daje się we znaki, nie widzieliśmy jej już kilka godzin, może ktoś ją w końcu „sprzątnął”. Koszmarnie zimno i cały czas śpimy owinięci kocami. 

  

19.08 PIĄTEK    

Pobudka o 2.30 czasu moskiewskiego, za dwie godziny będziemy na miejscu. Zimno jak diabli, do tego część pasażerów podchwyciła nauki prowadnicy - łażą ciągnąc za sobą ogony (nie domykają drzwi) i przeciąg jest okropny, bo jakiś palący idiota otworzył na korytarzu koło ubikacji okno, a potem nie miał już dość siły, by je zamknąć (zacięło się). Jesteśmy jednymi z nielicznych, którzy pozostawili po sobie zrolowane materace i koce złożone w kostkę (pościeli oczywiście nie zamawialiśmy, co jeszcze bardziej pogrążyło nas w oczach „pierwszej damy”), jednak nawet to nie pomogło i prowadnica rzuciła nam ostatnie pogardliwe spojrzenie na pożegnanie... 

Do 5.40 czekaliśmy w poczekalni dworca Jarosławskiego na otwarcie metra i za 13 rubli pojechaliśmy na Białoruski. Na pociągi do Brześcia o 15.00 i 19.00 mają już tylko miejsca w „kupiejnym”, na który nas nie stać i dosłownie do ostatniego rubla spłukujemy się na „plackartny” o 22.57. Przechowalnia bagażu – 60 rubli. Zostało nam po kilkadziesiąt rubli, w sam raz na jakiś obiad...

Knajpy w Moskwie, podobnie jak hotele, zaczynają się dopiero od kilkudziesięciu dolarów i szybko daliśmy sobie spokój – znów chleb i ser żółty w jednym ze sklepów niedaleko dworca. Jest potwornie zimno – góra 10 stopni – choć słońce świeci. Patrząc na mieszkańców Moskwy przecieramy oczy. Mamy na sobie po kilka podkoszulek, polary i szczękamy zębami, a tu wszyscy tylko koszulkach z krótkimi rękawami, niektórzy w krótkich spodenkach i samych sandałach. Kobiety w lekkich sukienkach i wszyscy zachowują się, jakby było ponad 20 stopni. Niezniszczalny naród...

W napotkanym po drodze na Plac Czerwony McDonaldsie zostawiamy resztę rubli (potwornie drogo – frytki i mały hamburger 120 rubli, czyli ponad 4$) i resztę dnia spędzamy włócząc się między Placem Czerwonym, a cerkwią Chrystusa Zbawiciela, gdzie w końcu udaje mi się wejść – naprawdę warto i spędzamy tam ponad pół godziny. W tym czasie temperatura podniosła się o jakieś dwa stopnie, co skłoniło Rosjan do jeszcze odważniejszego pozbywania się zbędnej garderoby – a podobno te kawały o polarnych niedźwiedziach chodzących ulicami Moskwy są mało wyszukane.  

Wieczorem spod Kremla ponad godzinę drałujemy na piechotę pod dworzec Białoruski (nie mamy już na metro) i kilka minut po 23-ej Moskwa znika w mrokach nocy.

 

20.08 SOBOTA 

Noc w pociągu znów koszmarnie zimna, dopiero około południa wyjeżdżamy ze strefy zimna, na Białorusi słońce i upały. Próbowaliśmy wypatrzyć granicę rosyjsko – białoruską, ale bezskutecznie.  

Na terminalu w Brześciu jesteśmy o 13.05, czyli po przekroczeniu granicy zyskamy godzinę cofając zegarki, dobre i to.  

Niestety, znów pech – musimy czekać ponad 3 godziny na pociąg celny do Terespola. Pod punktem kontroli białoruskiej poznajemy Polkę pracującą jako „mrówka” – kiedyś była urzędniczką, po utracie pracy całkowicie zmieniła światopogląd i klnie swoich byłych kolegów po fachu – banda pasożytów pogardzających takimi ciężko pracującymi na siebie ludźmi jak ona. No proszę, większa w niebie radość z jednego nawróconego... 

Białoruscy celnicy wyrywają od nas jeszcze po 3$ wyjazdowej opłaty „ekologicznej”, a mnie zatrzymują na kilka minut podczas kontroli paszportowej. Zleciało się ich ze czterech z pobliskich stanowisk i przenosząc wzrok ze zdjęcia w paszporcie na moją szlachetną facjatę porośniętą trzytygodniową brodą mają poważne wątpliwości, co do tożsamości stojącego przed nimi indywiduum. Przez moment mnie to bawiło, ale po chwili pomyślałem, że jeżeli naprawdę nabiorą podejrzeń, to jeszcze spędzimy tu noc zanim potwierdzą moje dane. Proponuję im porównanie podpisu i w końcu dają za wygraną. Kolejna godzina oczekiwania na pociąg celny. Ci funkcjonariusze (tym razem nasi) patrzący pogardliwie z góry na ludzi (którzy ich w dodatku ze swoich podatków utrzymują) starających się uczciwie zarabiać na swoje utrzymanie na handlu transgranicznym, to naprawdę żałosny widok. Chyba umyślnie uczą ich takiego chamstwa, a może oni zdążyli już nabrać przekonania, że należą do jakiejś wyższej rasy albo kasty (pasożytniczej) co pozwala im traktować tych drobnych, samodzielnych kupców jak śmiecie - skąd takie nawyki u "demokratów"? Z jednej strony radość z powrotu do kraju, ale i przypomnienie wszystkich rodzimych kretynizmów „demokratycznego państwa prawa urzeczywistniającego surowe zasady sprawiedliwości społecznej” i „kapitalizmu socjalnego” z którymi przyjdzie się teraz zmagać... Jak to pisał Andrzej Bobkowski w swoich nieocenionych „Szkicach piórkiem” –  Czas zepsuł się jak stary budzik, ale w końcu trzeba będzie oddać go do zegarmistrza, nastawić na godzinę TERAZ-tą i wtedy zacznie dzwonić przeraźliwie... 

 

Tekst i zdjęcia

Robert Wasilewski