10.08 ŚRODA 

Rano wyprowadzka, bardziej życzeniowo – profilaktyczna, niż uzasadniona. Ciągle nie mamy pojęcia jak będzie z biletami na pociąg do Moskwy, a czas nagli, bo wiza mongolska kończy się 13-go, czyli najdalej pojutrze powinniśmy już siedzieć w pociągu, albo będzie kicha. Śniadanie w hotelowej restauracji – zestaw: 2 jajka (sposób podania do wyboru), 2 tosty, centymetrowy plaster podejrzanej wędliny i kawa/herbata – 12Y. Oczywiście kelnerka nie potrafi podać śniadania prawidłowo, tzn. wszystkiego razem. Najpierw przynosi herbatę, a kiedy ta już prawie ostygnie podaje same jajka, potem wędlinę, na końcu donosi chleb. 

Jedziemy do centrum szukać biletów, najpierw do kas międzynarodowych w Beijing International Hotel (pełen 5-gwiazdkowy wyczes, nawet karaluchy chodzą tam w smokingach) – jak „pe-ha” to „pe-ha”, pociąg bezpośredni do Moskwy (1390Y) odjechał dziś rano. Tylko jeden w tygodniu i jeden (w poniedziałek?) do Ułan Bator.  Akurat tyle kasy nam zostało – po 175$.

Idziemy na dworzec główny pytać o bilety do Errenchot, pod granicą mongolską. Pod jedną z kas spotykamy młodą Chinkę, która zna angielski i sama oferuje nam pomoc. Dowiaduje się w kasie, że najbliższy pociąg do Errenchot odjeżdża 15.08, czyli dwa dni po wygaśnięciu naszych wiz. Robi się ciekawie. Chinka chciał się dowiedzieć czegoś więcej, ale pani w kasie nie była zbyt miła nawet dla swojej rodaczki i trzasnęła jej okienkiem przed nosem – od razu widać, że w tym oceanie młodego i dynamicznego kapitalizmu koleje są jeszcze państwowe. 

W końcu docieramy do kasy dla VIP-ów i cudzoziemców, jest ona sprytnie ukryta w głębi dworca i trudno jest ją znaleźć nawet, jeżeli ma się pojęcie o jej istnieniu, bo większość napisów informacyjnych jest po chińsku. Poza tym dworzec jak już poprzednio pisałem jest spory i podzielony na kilka sektorów, a łączące je szklane drzwi są pozamykane, ewentualnie strzeżone przez strażników, wpuszczających tylko posiadaczy biletów. No i do tego wszystkiego tłumy Chińczyków. Dopiero po kilkunastu minutach, kiedy w ogóle udało nam się wejść na halę, odnaleźliśmy angielski drogowskaz. 

W kasie potwierdzają datę tego bezużytecznego dla nas pociągu, ale mieści się tu też biuro organizujące łączone przejazdy do Ułan Bator (razem jakieś 390Y, zaliczka 250Y). Codziennie o 16-tej autokar. Jest 14.35, a nasze plecaki w hotelu – nawet taksówką się nie wyrobimy. Pani w biurze stwierdza, że na dzisiejszy autokar na pewno nie zdążymy i każe wrócić jutro. Cholera. Autobus jedzie znacznie wolniej, niż pociąg, do tego przesiadki i cała podróż potrwa ze dwa dni (na miejscu 13.08 rano), a Ułan Bator to dopiero środek Mongolii i będziemy już mieli czas tylko do północy. Na styk, albo i nie, bo kto wie, czy złapiemy pociąg do Rosji?

W okolicznych supermarketach zakupy na jutrzejszą podróż, zupki chińskie (bardzo duża XXL – 3Y) i napoje (cola 2 litry – 6Y). Przy okazji próbujemy tutejszych słodyczy – choć w tym przypadku jest to określenie stanowczo na wyrost. Niby normalne cukierki w papierkach, pytamy czy czekoladowe i młoda sprzedawczyni potwierdza (wydawało się, że rozumie pytanie). Kamila będąc rasowym łasuchem wie doskonale, że Chińczycy nie produkują czekolady i nie jest ona tu zbyt popularna, podobnie jak produkty mleczne, więc ciekawość zwycięża i kupujemy po kilka deko. Oczywiście w środku zamiast czekolady jakaś preparowana na różne sposoby masa owocowa – raz mdła, raz kwaśna, to znów coś jak pieczona śliwka. Ohyzda. Dopiero po 2 puszkach coli (1.5Y) odzyskałem smak. 

Ostatni wieczór na Placu Tienanmen, trudno się nam pogodzić z tym, że to już ostatnia noc w Pekinie.  

  

11.08 CZWARTEK 

Ponownie check out, teraz już na 100%, śniadanie i zakupy, ostatni obiad i kilka minut po 15-tej jesteśmy w biurze na dworcu i szok – pani mówi, że jesteśmy spóźnieni, bo autobus nie odjeżdża z dworca kolejowego, tylko autobusowego w innej części miasta i powinniśmy tam być już o 14.00. Mamy już dosyć ich niekompetencji, cholera jasna, oni powinni jednak nadal pasać kozy i wyplatać koszyki. Przecież byliśmy tu wczoraj już po 14.30 i gotowi byli nas przyjąć do 16.00, poza tym ani słowem nie wspomnieli o miejscu i godzinie zbiórki. Może jednak myliliśmy się co do Chińczyków, zupełnie jakbyśmy byli z powrotem w wietnamskim biurze podróży. Tym razem już nie wytrzymałem, jeżeli nie wyjedziemy stąd dziś, to po ptakach. Awantura. A jednak różnią się od Wietnamczyków, bo pani była szczerze zmartwiona i obiecała coś poradzić, jak tylko szef wróci. Szef wrócił, zadzwonił i powiedział, że musimy dojechać do dworca taksówką na własny koszt. Mogło być gorzej. Kazał nam poczekać w poczekalni, taksówkę sprowadzi sam. To jednak naprawdę niesamowite, bo czekaliśmy w poczekalni prawie godzinę i dopiero po 16.30 byliśmy na tym dworcu. A podobno tak im się spieszyło. Azjatyckie podejście do czasu... 

Przy okazji scenka, która zachwiała nasze dotychczasowe opinie o Chińczykach – chyba jednak myliliśmy się co do poziomu intelektualnego odróżniającego ich od reszty azjatów – prędzej pomyślałbym, że to mogło się wydarzyć w Kambodży lub Wietnamie. Szef biura wyprowadził nas przed dworzec, negocjując z szoferami najkorzystniejszą cenę w/g taksometru i pokazując na plecaki. Wszyscy kręcili głowami i odmawiali. Taksówki to duże limuzyny z pojemnymi bagażnikami, więc w czym problem? Wtedy jakiś taxi-idiota zaczął robić do mnie słodkie minki, poklepując mnie po policzkach i innych miejscach, cukierkowym głosikiem i z minką na granicy zaczepki piszczał – hallo sir... Nie miałem czasu, by zastanawiać się, czy to jakiś „kochający inaczej”, czy po prostu półmózg szukający guza. Tego mi jeszcze było trzeba, facet był tak męczący i bezczelny, że nie sposób było go zignorować. Wydarłem na niego pysk i podkulił na chwilę ogon, a w tym czasie jeden z kierowców zgodził się nas zabrać. Wkładając plecaki do bagażnika poczułem, że znów mnie zaczepia z tym swoim uśmieszkiem i kiedy już miałem zabrać się za niego na serio, nasz szofer machnął mi ręka w geście „nie warto” i wepchnął mnie do środka. 

Na miejscu okazało się, że ci w autokarze siedzą tam już ponad 3 godziny i nie jest im z tego powodu zbyt wesoło. Większość pasażerów to Mongołowie z setkami tobołków, które kierowcy bezskutecznie próbują upchnąć w schowkach. Starają się jeszcze zmieścić nasze plecaki i klapa odstaje otwarta pod kątem 45 stopni. Kierowca jest mimo tego bardzo z siebie zadowolony i wygląda na to, że uważa sprawę za załatwioną i autobus gotowy do jazdy, dopiero kiedy zacząłem pukać się w czoło troszkę się zreflektował i wyciągnął jeden z mongolskich tobołków polecając właścicielce zabrać go do środka. Jak dzieci, dosłownie jak dzieci... 

Ostatnia symptomatyczna scenka burząca nasz poprzedni obraz Chińczyków. Kilkanaście metrów od autokaru mieściło się biuro rezerwacji biletów lotniczych, obserwując postępy w pakowaniu bagaży pomyślałem, że mam jeszcze kilkanaście minut i postanowiłem tam zajrzeć. Biuro oprócz połączeń lokalnych, według sporej, podświetlanej mapy świata z zaznaczonymi połączeniami powinno obsługiwać również loty do Europy i chciałem sprawdzić ceny. Za biurkiem siedziały dwie młode panienki ubrane w sposób mało reprezentacyjny jak dla tej profesji i wpatrzone w zawieszony na ścianie telewizor zajadały zupki instant. Na mój widok skamieniały i nawet przestały połykać, chwila ciszy i pytam, czy mówią po angielsku. Odpowiada mi zbiorowy rechot, a wykrztuszone kawałki klusek strzelają w powietrze. Dowiedziałem się wszystkiego, czego chciałem. Jeszcze raz rzuciłem okiem na profesjonalną, podświetlana mapę świata pełną modeli samolotów i linii łączących dziesiątki miast na wszystkich kontynentach, oraz loga kilku największych linii lotniczych, biurko z komputerem i rechoczące nad zupkami panienki. Biuro rezerwacji biletów lotniczych. Międzynarodowych. Szkoda, że tam wszedłem, chciałem zachować zupełnie inny obraz Chińczyków, nawet zdając sobie sprawę, że nie była to próbka reprezentatywna. 

Odjazd dopiero o 19-tej, gdybym siedział w tym autokarze od 14-tej, to chyba musieliby mnie zapakować w kaftan. Autobus sypialny oznacza klimatyzację niecałe pół metra od twarzy, ale w podręcznym plecaku mam kilka przygotowanych na tę okazje foliowych torebek. Nasz sąsiad Zeew (Amerykanin) skombinował taśmę klejącą i udało się poskromić potwora, przynajmniej na jakiś czas. 

  

12.08 PIĄTEK 

Kilka minut przed 9-tą jesteśmy w Errenchot i teraz już trzeba na własną rękę kombinować transport do granicy i dalej. Miasteczko wygląda na typowo „przelotowe”, jakby nikt tu nie mieszkał – same sklepy. Trafiamy jakiegoś kierowcę busa i targujemy 50Y od łebka za przewiezienie przez granicę. Młody mongolski kierowca gra na naszych nerwach jeżdząc w kółko i bez celu po miasteczku, raz po raz urządzając kilkunastominutowe postoje – widocznie szuka jeszcze innych chętnych. Wreszcie po 10-tej tłumaczę mu dosyć dosadnie, że jeżeli nie odjedziemy w ciągu pięciu minut, to wyskoczy z naszej zaliczki i facet z niepocieszoną miną odpala silnik. Okazało się, że do granicy nie jest tak daleko (jakiś kwadrans jazdy) i tuż przed posterunkami nasz kierowca odsprzedaje nas swojemu koleżce z innej furgonetki – nie opłaca mu się przekraczać granicy tylko z dwoma pasażerami. Teraz jedziemy w 10 i siedzimy sobie piętrami na kolanach, na szczęście tylko kilkaset metrów. 

Strona chińska w miarę szybko – nasz kierowca zebrał paszporty i karty wyjazdowe, po kilkunastu minutach wrócił w towarzystwie celnika, który policzył nas po łebkach i było po wszystkim. Po stronie mongolskiej trwało to ponad półtorej godziny – najgorsze były deklaracje celne (moje ulubione) w języku mongolskim i jego „cyrylicznej” transkrypcji – pozostali pasażerowie wypełnili je za nas. Wreszcie nasz kierowca załatwił wszystkie formalności i po kilkunastu minutach zatrzymaliśmy się pod dworcem kolejowym w Zamin Ude, gdzie znów popychamy zegarki o godzinę do przodu, z 13.00 na 14.00. Stary i najbardziej rzucający się w oczy budynek dworca jest już opuszczony, teraz kasy mieszczą się w nowym szklanym sześcianie nieopodal. Pociąg do Ułan Bator odjeżdża 0 17.40 i kosztuje 5.500 MNT (mongolski tugrik). Migiem wymieniam dolary w banku na dole – 1$=11.800 MNT i wracam do kasy, gdzie dzieją się mongolskie sceny. Kamila została pilnować kolejki, gdzie raz po raz ktoś próbował wpychać się „na krzywy ryj”, co kończyło się rękoczynami, a Mongołowie są dosyć pokaźnej postury. W końcu udało nam się dotrzeć do okienka bez uszczerbku na ciele – niestety były już tylko najgorsze miejsca. W okolicznych sklepach ceny żywności podobne jak w Polsce, zresztą sporo naszych towarów – słodycze, przetwory. 

O 17-tej próbujemy wepchnąć się do pociągu – beznadzieja. Wszystkie wejścia otoczone setkami Mongołów z tysiącami bambetli – królowie bazarów i  hurtownicy. Średni rozmiar bagażu to metr sześcienny, a każdy z nich ma przynajmniej z 15 takich tobołów. Razem tworzą kilkumetrowe piramidy – wyższe, niż pociąg. Ci, którzy utknęli z tym majdanem w wąskich drzwiach lub korytarzu nie wycofają się nawet o milimetr, zdając sobie sprawę, że nie mają żadnych szans na ponowne  dopchanie się do wejścia. Z kolei z peronu napiera kilkumetrowa ciżba desperatów tratujących wszystko na swojej drodze. Na oko widać, że pociąg nie jest w stanie pomieścić nawet połowy tych bagaży, co jeszcze bardziej determinuje chętnych. Mongołowie raczej nie zaliczają się do ułomków, „najmniejszy cham” wygląda na takiego, co może rzucić koniem kilka metrów w górę – średni wzrost 195 i masa ponad 100 kilo, bicepsy grubości mojego uda, rzucają tymi kilkudziesięciokilogramowymi pakunkami jak puchowymi poduszkami. Zupełnie jakbym obserwował stado galopujących słoni – biada temu, kto stanie im na drodze, jak wejdziemy do środka? 

Wreszcie udało nam się wypatrzyć jakąś dziurę. Wskutek jakiegoś zamieszania pod drzwiami powstał kilkumetrowy wąwóz i wykorzystując okazję dopchaliśmy się do drzwi. Przejście kilku metrów korytarza zajęło parę minut, ale nasze miejsca o dziwo jeszcze puste. Wpakowaliśmy plecaki do schowków pod siedzeniami (zajmując w nich po połowie miejsca) i w napięciu czekaliśmy na inwazję. Hordy barbarzyńców wdarły się w końcu do naszej wnęki (to taki „plackartny”) i depcząc po nas (dosłownie) w ułamku sekundy zagospodarowali wszystkie górne półki. To po prostu niesamowity widok – coś jak napad szału wariata z siekierą – klapki na oczach i cały świat przestaje istnieć, nie są zdolni odbierać żadnych bodźców z otoczenia, jedyny cel to upchnąć gdzieś swoje bambetle. W tym amoku nie są już w stanie racjonalnie myśleć i oceniać wymiarów, kształtów i masy. Kilka waliz wepchniętych „życzeniowo” w zbyt małe luki spada nam na łeb na szyję, a każda waży kilkadziesiąt kilo. Niezrażeni tym spychają nas z siedzeń i ponawiają próby. Wreszcie odkryli schowki pod siedzeniami, jeden z nich złapał mój plecak i bezceremonialnie wyrzucił ze schowka, aby ulokować tam pozostałe kilka swoich pakunków. Nie zdążyłem pomyśleć, że konfrontacja nawet z jednym takim osiłkiem może skończyć się ciężkim kalectwem – a co dopiero z całym stadem? – i wydarłem się na niego tak, że na sekundę zapanowała cisza. Wyrzuciłem ze schowka jego pakunek i z powrotem położyłem plecak. Facet był tak zdziwiony moją gwałtowną reakcją, że na moment zbaraniał tak, jak może zbaranieć lew zaatakowany przez podwórkowego kota. Wymamrotał coś niezrozumiale i spróbował zmieścić swoje pakunki obok mojego plecaka – skutek wiadomy, siedzenie pozostało otwarte do połowy, a facet próbował nauczyć je pokory przy pomocy masy swojego ciała sprzężonej z ruchem jednostajnie przyspieszonym potężnego kolana. Zaraz pod klapą zostawiłem statyw, a cała góra plecaka wypchana jest kartonowymi miseczkami z chińskimi zupkami – nasze jedyne żarcie na kilka dni. Jeszcze raz naderwałem struny głosowe (inna próba zwrócenia ich uwagi mogłaby odnieść najwyżej taki skutek, jak kopanie słonia w kostkę) i osiłek rad – nierad zabrał część swoich tobołków. Kamila miała więcej szczęścia – po dołożeniu do jej schowka kolejnego pakunku klapa zamknęła się bez przeszkód i obyło się bez większych kłótni. Dopiero teraz, ochłonąwszy zdałem sobie sprawę ze swojej „odwagi” lub raczej lekkomyślności – przy mojej obecnej wadze każdy z nich byłby w stanie zawiązać mnie na supeł jedną ręką. Oni również, ostudzeni już z kwaterunkowego amoku zaczęli nam się uważnie przyglądać zaciekawieni, cóż to za dziwnie stworzenia stanęły im na drodze. A okazji jest sporo, bo udało im się poupychać zaledwie połowę swojego dobytku i porozkładali go gdzie się tylko dało, co i tak ograniczyło niewielką przestrzeń między siedzeniami. Siedzimy skuleni jak sardynki i powyginani jak chińskie ideogramy, raz po raz odpychając od siebie napierające pakunki, co nie wprawia Mongołów w zachwyt. Dochodzi 20-ta, a przed nami jeszcze calutka noc, na siedząco w tym pierdolniku, jeszcze tylko kozy tu brakuje... Spokój, tylko spokój może nas uratować... 

  

13.08 SOBOTA 

Nie będę opisywał wrażeń z nocy, bo nadawałyby się najwyżej do wykropkowania i jeszcze mógłbym zostać uznany za jakiegoś nacjonal-szowinistę. W Ułan Bator byliśmy o 10.25 i dosłownie w ostatniej chwili wskoczyliśmy do pociągu do Suche Bator (granica rosyjska), wskazanego przez jednego z konduktorów. Bilet kupiliśmy u „kanara” 10.000 MNT, czyli jakieś 9$, („kupiejny”), do tego pociąg prawie pusty. Po tej nocy należy nam się odrobina luksusu. Przy okazji podróż do Ułan Bator kosztowała mniej, niż te 390Y, o których informowano w dworcowym biurze w Pekinie. Zaliczka obejmowała tylko pierwszy etap, a resztę kosztów kalkulowali licząc najwyższą klasę pociągu. Na miejscu mamy być ok. 20-tej, czyli o ile nie będziemy mieli spóźnienia, to zdążymy na styk. 

Na miejscu o 20.15 i przykra niespodzianka – granica już zamknięta i dziś nie ma już żadnego pociągu na stronę rosyjską, a piechotą nie odprawiają. Spotykamy parę rodaków i radzą nam wziąć taksówkę i jechać do przejścia drogowego w Kjachcie. Taksówką spod dworca jakieś 20 minut (4.000MNT) do terminalu drogowego i klęska, też już zamknięty. Poznane w przygranicznym hotelu Rosjanki radzą nam powrót do Suche Bator i czekanie na jutrzejszy poranny pociąg, co decydujemy się zrobić. I znów 20 minut przez pustą drogę „in the middle of nowhere”. Przy okazji chwila grozy, dookoła pustkowie, a jadący za nami samochód zaczyna nas wyprzedzać, kierowcy dają sobie jakieś znaki i po chwili oba auta się zatrzymują. Zaczynam szukać noża w kieszeni, ale na szczęście fałszywy alarm, w drugim samochodzie cała rodzinka z małymi dziećmi – przypadkowe spotkanie znajomych... 

Pod dworcem kolejowym pytamy znajomą naszego taksówkarza o najbliższy posterunek milicji, aby potwierdzili naszą obecność na granicy i dali alibi na wypadek jutrzejszych kłopotów za przekroczony termin wizy. Jest już po 22-ej i pani twierdzi, że o tej porze na komisariacie nie ma już żywego ducha, ale prowadzi nas do dworcowego biura. Wszystko już pozamykane i pani rozmawia chwilę z jakąś wychodzącą właśnie kasjerką i ta wskazuje właściwe drzwi. W biurze siedzi jakiś kompletnie zalany cywil (powinien być celnik, jak wskazywał napis na drzwiach), bierze od nas paszporty z dolarową wkładką i stawia pieczątkę z datą 13.08. Resztką sił informuje nas, że pociąg odjeżdża jutro o 10.45.  

Chcieliśmy spędzić noc w dworcowej poczekalni, ale wszystkie okienka były już zamknięte, a z dobiegających nieopodal odgłosów wywnioskowaliśmy, że miejsce to w nocy zmienia się prawdopodobnie w melinę tutejszego dresiarstwa. W jednym ze sklepów informują nas o pobliskim hotelu – właścicielka żąda 300 rubli za pokój – nie mamy tyle przy sobie, a miejsce wygląda na niezłą mordownię i lepiej nie chwalić się dwucyfrowymi dolarami. Płacimy 130 rubli zaliczki i ostatnie 1.000 MNT – reszta jutro rano. Pani (Rosjanka) patrzy na nas podejrzliwie, ale się zgadza. Budynek wygląda jak poradzieckie koszary, odrapane ściany, obie łazienki z poobtłukiwanymi kafelkami kompletnie zarzygane – w restauracji na dole głośna dyskoteka, w korytarzu mijają nas dwie panienki na godziny. Pani wprowadza nas do pokoju – spore, głębokie rosyjskie łóżka i na szczęście w miarę czysto. Około czterdziestoletni synalek właścicielki ma do nas jakiś interes. Jest zalany w trupa i najwyraźniej ma ochotę napić się jeszcze, ale nie bardzo ma za co, bo jego molestowanie rodzicielki o kilka otrzymanych od nas rubli pozostało bez odpowiedzi. W jego oczach widać krańcową desperację, bierz nas pod ręce i z niewyobrażalnym wysiłkiem usiłuje wymówić choćby jedno słowo prośby o dolara, które bylibyśmy w stanie zrozumieć. Zaczyna kilka sylab po rosyjsku, przerywa i próbuje po angielsku (money, dolar), ale znów się zacina i tylko oczy zdradzają jego ukryte pragnienia. Mamuśka stara się go poskromić i wyprowadzić z naszego pokoju, ale gość jest naprawdę zdeterminowany, próbuje spoufalić się z Kamilą i muszę interweniować. Ledwo wcisnąłem się między niego a Kamilę, do pokoju wpadł jakiś potężny facet wezwany przez właścicielkę i życząc nam dobrej nocy wyprowadził natręta. Zostawiam klucz w zamku.

 

4.08. NIEDZIELA 

Od rana znów niemiłe niespodzianki, o 8-mej jesteśmy na dworcu, kasy nadal zamknięte (powinny być otwarte), a pociąg już stoi na peronie, zresztą to ten sam, którym wczoraj przyjechaliśmy. Rozmieniamy kasę u konduktora i wracamy do hotelu po plecaki. Na dworcu z powrotem 8.30, kasa już otwarta, ale pani toczy prywatną rozmową telefoniczną i nie ma zamiaru sobie przeszkadzać. Czekamy z 10 minut aż skończy, tylko po to by dowiedzieć się, że biletów już nie ma. Cholera, zaczynam mieć już dość tej dziury, utknęliśmy tu jak w smole i w dodatku ciągle nie wiadomo, jak będzie z ta naszą wizą, co mamy odpowiedzieć, jak zapytają, kto podstemplował nam paszporty?   

 Znów taksówką do przejścia drogowego w Kjachcie – tym razem po 25 rubli. Pokazujemy nasze paszporty przechodzącym celnikom i ci patrzą zdziwieni na stemple. Tłumaczymy, że byliśmy na granicy już wczoraj przed końcem wizy, ale było zamknięte i dworcowy urzędnik podstemplował nam paszporty, byśmy nie mieli kłopotów. Pani w mundurze kiwa głową, że rozumie, ale czy na pewno? Z nimi zawsze ten sam problem. Za chwilę przychodzi komendant i ta sama śpiewka. W końcu oznajmia, że jest OK, ale musimy znaleźć kogoś, aby nas przewiózł przez granicę, bo odprawiają tylko zmotoryzowanych i poleca przygotować na ten cel 100 rubli od łebka. Podchodzi do najbliższego samochodu, rozmawia chwilę z kierowcą i chwilę potem siedzimy w aucie – jakieś małżeństwo z synem (Mongołowie). Po chwili żądają od nas po 150 rubli od łebka i trzeba ich postraszyć konkurencją, żeby w końcu zgodzili się na te 100 zaproponowane przez celnika.  

Po stronie mongolskiej poszło dosyć szybko (jeżeli nie liczyć oczekiwania) i tuż po 10-tej byliśmy na posterunku rosyjskim. Tu zeszło dłużej, chyba ze trzy razy sprawdzali nasze paszporty i na koniec zrobili nam prowizoryczną rewizję, co miało też swoje dobre strony, bo dało okazję wyjąć z plecaka polar i koszulę – było koszmarnie zimno, góra z 10 stopni. 

W końcu Mongołowie wyrzucają nas jakiś kilometr za szlabanem na przystanku autobusowym w Kjachcie (a więc to nazwa strony rosyjskiej), pięć minut potem przyjeżdża zdezelowany autobus (6 rubli) i kwadrans później jesteśmy na dworcu autobusowym, skąd jeżdżą autobusy do Nauszek. Zastanawiamy się, czy uda nam się dogonić ten pociąg, na razie 2:0 dla niego.

 

Ostatnie dni w największym państwie świata