5.08 PIĄTEK 

Na miejscu byliśmy o 6.30. Pociąg zdumiewająco czysty i nawet przy moim wzroście w miarę komfortowy. Dostaliśmy oddzielne miejscówki i zrobiło się małe zamieszanie, obok nas siedziały dwie młode Japonki i zamieniły się miejscami, potem okazało się, że jeszcze jeden tubylec musi się przesiąść. Jeszcze zanim wyjaśniliśmy mu sytuację zrozumiał, o co chodzi i z uśmiechem usadowił się na moim siedzeniu. Zwykli ludzie są tu naprawdę mili, dlaczego więc do branży turystycznej trafiają prawie same buraki? Może ktoś kiedyś dostanie Nobla za wyjaśnienie tego.

Spod dworca taksówką dzieloną z Japonkami (po 0.5$) do granicy, gdzie okazuje się, ze Kamila zgubiła „departure card”, co niesłychanie rozgniewało wietnamską celniczkę. Ja już przeszedłem odprawę, a Kamilę odstawili na bok i przestali się nią interesować. Po kilku minutach pomyślałem, że gotowi są ją naprawdę zatrzymać – to dopiero byłby cyrk. Na szczęście pół godziny później celniczka uznała, że wystarczy już tych popisów i mrucząc coś pod nosem wystemplowała Kamili wyjazd z Wietnamu. Po stronie chińskiej jakaś jej odpowiedniczka terroryzuje dwie spore oczekujące do odprawy kolejki. Lata po całym terminalu i rozstawia wszystkich po kątach, przynajmniej ze trzy razy sprawdzała mi wszystkie deklaracje i paszport, przestawiając z jednej kolejki do drugiej. Robi tyle bezsensownego zamieszania, że zupełnie poważnie zastanawiam się, czy ma obluzowane jakieś klepki, czy po prostu tak lubi swój mundur i posiadaną dzięki niemu władzę, że nie może się powstrzymać od najbardziej dziecinnych odruchów. 

Wreszcie w Chinach. Poprzednio cieszyłem się, że już z nich wyjeżdżamy, teraz odczuwam ulgę, że tu wracamy. Może to zabrzmi trochę „rasistowsko”, ale  teraz, mając jaki-taki przegląd pozostałych tutejszych nacji, wydaje mi się, że Chińczycy są jednak bardziej „stylowi”. Mimo kłopotów z porozumiewaniem się i pewnymi trudnymi do zaakceptowania różnicami kulturowymi, w jednym przewyższają Laotańczyków, Tajów, Kambodżan i Wietnamczyków – trudno zarzucić im świadome chamstwo i bezinteresowną złośliwość. Mimo spustoszeń jakich dokonał komunizm pozostała duma, że należą do wielkiej, starej cywilizacji – „noblesse oblige”. 

Spod granicy do Kunmingu kursują tylko autokary – 10.50 i warto od razu popchnąć zegarek do przodu o godzinę. Bilet dosyć drogi (185Y), to jedna z najbardziej irytujących tu rzeczy – ceny transportu są w Chinach horrendalne i trudno tłumaczyć to ceną benzyny, bo ta mieści się w granicach 60 centów z litr. A może to tylko moje subiektywne złudzenie? Przecież to ogromny kraj i olbrzymie dystanse, a szacowanie odległości na podstawie mapy może być mylące, zwłaszcza w górach. 

Niecałe dwie godziny do odjazdu wykorzystujemy na śniadanie. W jednym ze sklepów poznaliśmy parę Kanadyjczyków, z których jeden miał żonę Chinkę i zaprosili nas do wybranej przez nią restauracji. Spory półmisek pierożków z mięsem (lepiej nie wiedzieć jakim) – 3.5Y, prawie darmo. Około 50-letnia Chinka opowiada o zmianach zachodzących w kraju – jeszcze kilkanaście lat temu nie do pomyślenia byłby ślub z cudzoziemcem z zachodu – ona poznała swojego męża w Kanadzie, gdzie była tłumaczką i tam wzięli ślub, Kiedyś bałaby się wrócić w takiej sytuacji do Chin, teraz nie musi tego ukrywać. Młodszy z Kanadyjczyków – Kyle, wsiada z nami do autokaru i ruszamy w 12-godzinną drogę do Kunmingu.  

Na miejscu jesteśmy kilka minut po 22-ej, po drodze, około 18-tej minęliśmy dziką wersję Kamiennego Lasu – ciekawe, czy ten prawdziwy będzie równie piękny. Z okien autokaru mogliśmy podziwiać wspaniałe formacje skalne – niekiedy kilkumetrowe kamienne gwoździe, albo dla odmiany większe formy prawie przypominające ruiny zamków. I to wszystko ciągnące się kilometrami na odludziu. Niestety zapadał zmrok i kierowca nie chciał zrobić nawet pięciominutowego postoju. 

Spod dworca, razem z Kylem i Hitoshim (Japończyk poznany w autokarze) bierzemy taksówkę do hotelu Hump – po 2Y. Ośmioosobowe dormitorium – 25Y (3$) od osoby. Pokoje duże i takież zamykane na klucz szafki dla każdego lokatora, a przy recepcji spora sala mieszcząca bar, parkiet i taras ze stołem bilardowym. Szkoda tylko, że dosyć głośno, w sąsiednim budynku całonocna dyskoteka, wygląda na to, że miasto wcale nie śpi. Ten hałas w nocy będzie troszkę uciążliwy nawet jeżeli trzeba będzie słuchać... Budki Suflera!!!! Przez moment myślałem, że śnię, dopiero po kilku minutach zaczęło mi się kojarzyć, że skądś znam linię melodyczną dobiegającej za okien piosenki. No tak – „bo do tanga trzeba dwojga” śpiewane po chińsku – przez moment nie możemy uwierzyć, ale to na pewno piosenka Budki Suflera.  

Kyle ma dopiero 17 lat, ale wygląda dosyć, hmm... dojrzale. Dopiero zaglądając mu w paszport zmuszony jestem uwierzyć, że nie jesteśmy rówieśnikami. Jak tysiące Anglosasów z całego świata przyjechał do Chin uczyć języka angielskiego. Każdy native speaker bez problemu znajdzie tu pracę, nawet jeżeli nie ma trzech klas podstawówki. Stąd to istna Mekka dla nudzących się u siebie w kraju Anglików, Amerykanów, Kanadyjczyków lub Australijczyków. Większość z nich i tak nie miałaby problemów ze znalezieniem pracy w ojczyźnie, ale tu nie muszą posiadać jakichkolwiek kwalifikacji, sam język jest przepustką do płaconych im tu kilkuset dolarów miesięcznie, plus pełne utrzymanie. Jeżeli jeszcze któryś ma jakikolwiek dyplom, to może już wykładać angielszczyznę nawet na uniwersytecie. Chińczycy wychodzą z założenia, że każdy biały, niezależnie od narodowości zna angielski lepiej, niż tutejszy lingwista z kilkoma fakultetami, co może być po części prawdą. Duża podaż Anglosasów sprawia jednak, że od innych narodowości, dla których angielski jest drugim językiem, coraz częściej wymagają certyfikatów i bez tego, w większych miastach nie ma już raczej czego szukać. Gdzie te czasy, kiedy każdy biały przybysz z zachodu wchodząc do restauracji mógł zarobić worek dolarów tylko za to, by jako żywa reklama kilka godzin posiedział przy stole obżerając się za darmo. Trzeba było tu przyjechać kilka lat wcześniej... Teraz tego typu opowieści można już traktować z dużym przymrużeniem oka, aczkolwiek tablice informacyjne w hotelach pełne są ogłoszeń o castingach dla białych cudzoziemców, a to reklamy, a to do „tokszołow” i innych produkcji telewizyjnych. 

  

6.08 SOBOTA

Od rana deszcz, nici z wyprawy do Kamiennego Lasu. Łazimy godzinę po okolicy, ale w końcu przemoczeni odpuszczamy sobie to zwiedzanie. Spod hotelu autobusem nr.3 jedziemy na dworzec kolejowy (15 min) kupić bilety do Pekinu, na jutrzejszą noc 22.03 – 320Y, hard seat. Kuszetki 550Y, niestety brak już miejsc, czyli czekają nas dwie noce w pociągi na siedząco – już się cieszę. Tym razem transakcji dokonaliśmy bez problemu, jakaś młoda dziewczyna z kolejki przepisała nam po chińsku kluczowe słowa ze słowniczka. Kamila wymiękła – swoją drogą to niesamowite, przecież ona jako artysta – plastyk nie powinna mieć problemów z kopiowaniem tych chińskich hieroglifów, ale już po kilku znaczkach miała dość. Mi szło trochę lepiej, toć jam przecież absolwent technikum i choć nie przepadałem za rysunkiem technicznym, to pomimo kilkuletniego „humanizowania” na studiach, coś jeszcze w łepetynie i rękach zostało.

Wieczorem, siedząc w hotelu przy komputerze, jakieś dwa metry dalej słyszę nagle soczystą polszczyznę. Para w moim wieku, aczkolwiek nie wyglądają na trampów – ona ubrana jak z butiku i facet w garniturze, choć na szczęście bez krawata. Nie pasują za bardzo do tego miejsca, okupowanego w większości przez obdartych plecakowiczów. Załatwiają jakieś porachunki sercowe – chyba wzajemne zarzuty o niewierność i brak miłości – banał, tylko forma niesamowita. Co chwila ostre bluzgi, ale wykrzykiwane z natchnionymi minami bohaterów południowoamerykańskiej telenowel. Gdyby wyłączyć im fonię, to wyszłaby z tego niezła pantomima, która równie dobrze mogłaby sprawiać wrażenie namiętnego romansu, ale ostry motyw werbalny rozwiewa to złudzenie. Drą się tak głośno, że ich głosy przebijają się nawet przez ogłuszającą muzykę spod baru i pobliskiej dyskoteki, i zaczynają zwracać na siebie uwagę pozostałych gości. Siedzę nieruchomo, nie dając po sobie poznać żeśmy rodacy, zdradza mnie tylko polskojęzyczny portal na ekranie. Na szczęście są tak zajęci sobą, że nie zwracają uwagi na monitor nieopodal i w końcu wychodzą nadal sobie wymyślając, bo ich głosy mimo hałasu dobiegają jeszcze z oddalonego o kilka metrów korytarza... Ufff... 

  

7.08 NIEDZIELA

Ranek pochmurny, choć padać chyba nie powinno. Kyle odsypia całonocną balangę, budzimy Japończyka i jedziemy „trójką” pod dworzec kolejowy, skąd wracamy się kawałek do autobusowego. Znalezienie transportu do Shi Lin (Kamiennego Lasu) to wyższa szkoła jazdy – najpierw nikt oczywiście nie rozumie o co chodzi, mimo iż podajemy chińską nazwę (niestety zapomnieliśmy przewodnika ze słownikiem) i odsyłają nas od jednego okienka do drugiego. W końcu stojące pod dworcem naganiaczki zrozumiały i zaczęły wydzierać nas sobie na siłę, ciągnąc w kierunku oddalonych o kilkaset metrów furgonetek. Po porównaniu cen wybieramy jedną z nich i ta znów prowadzi nas na drugą stronę dworca, po czym zostawia samych i znika. Kilka minut później pojawia się znowu, ale zupełnie się nami nie interesuje. Zadała sobie tyle trudu tocząc o nas wojnę z pozostałymi naganiaczmi, tylko po to, by teraz nas olać? Niesamowite, kto odgadnie tajniki ich psychiki? 

Wracamy do grupy naganiaczy i wybieramy innego (20Y w jedną stronę), wsadza nas do busa i teraz trzeba tylko czekać, aż furgon zapełni się do ostatniego siedzenia. W pewnym momencie słyszymy język ojczysty, na szczęście to nie ta para z hotelu. Też przyjechali Transsyberią, ale więcej czasu poświęcili Mongolii, co bardzo sobie chwalą. 

Wyruszamy o 9.00 (ostatni odchodzi o 10.30) i po godzinie jazdy dobijamy do sklepu z pamiątkami, na to nigdy nie jest za mało czasu (najlepsza recepta na mendy – polubić). Kolejny przystanek pod klasztorem buddyjskim na zboczu góry – to już miało więcej sensu, choć oczywiście postój trwał połowę czasu spędzonego w sklepie. 

Wreszcie kilka minut po 12-tej dojeżdżamy – kierowca nie dowozi nas jednak pod samą bramę, tylko wysadza jakieś 2-3 kilometry przy przydrożnej restauracji, tłumacząc, że jak ktoś nie ma ochoty na obiad i nie chce czekać pół godziny, to w pięć minut dojdzie do wejścia. Chińskie 5 minut, to znaczy ponad kwadrans, a wstęp kosztuje 80Y – dla studentów chińskich 55Y. Hitoshi wyciąga jakąś „transazjatycką” legitymację zniżkową, ale nic nie pomaga.

Pierwsze wrażenie nie jest zbyt pozytywne, skały są imponujące, ale to wygląda na jakiś „wygłaskany” park z ogrodzonymi trasami do zwiedzania, do tego setki turystów, nie da się zrobić kroku bez wpadania na kogoś. Potworny tłok i hałas nie do zniesienia – daleko temu miejscu do skał, które widzieliśmy wtedy z okien autobusu – cholera, i pomyśleć, że tam mogliśmy sobie oglądać za darmo, nawet jeżeli trzeba byłoby troszkę dalej pojechać. 

Na szczęście ze szczytu jednaj ze skał, mimo „chińskiej mgły” dostrzegliśmy olbrzymie skupisko skał oddalone od głównego zatłoczonego parku. Po kilkunastu minutach marszu zagłębiamy się w skalny labirynt i oddychamy z ulgą – wkoło kamienna cisza i żywego ducha, obszar jest tak ogromny, że nawet dziesiątki turystów mogą tu spacerować nie wchodząc sobie w drogę. 

Po 15-tej wychodzimy i zajęci rozmową (Hitoshi zna tylko kilka słów po angielsku – dziwne, Japończycy na ogół są dwujęzyczni) dosyć bezmyślnie kierujemy się pod restauracje, gdzie wcześniej wysadził nas kierowca. Nie ustalaliśmy miejsca ponownej zbiórki (tylko godzinę) i wydawało nam się, że będzie czekał właśnie tam, oczywiście fatalna pomyłka. Mijające nas w drodze powrotnej busy są pełne i nie chcą się zatrzymać. Znów maszerujemy 20 minut do miasteczka. Bez problemów łapiemy inny bus (też 20Y) i po 17-tej po zapełnieniu ostatniego fotela startujemy do Kunmingu – ostatni odchodzi o 17.30. 

Z powrotem było szybciej, już po dwóch godzinach, czyli kilka minut po 19-tej byliśmy po dworcem kolejowym. Ciągniemy Japończyka na kolację do muzułmańskiej  knajpy, gdzie wczoraj jedliśmy pierogi, ale nie bardzo mu smakują. Krążymy pół godziny po innych, ale Hitoshi za każdym razem rzucając okiem na menu rezygnuje. Kiedy trafiamy wreszcie na taką, gdzie asortyment przypada mu do gustu, to po chwili stwierdza, że już nie jest głodny – z nimi naprawdę trudno dojść do ładu, czy mówi prawdę, czy to menu też mu nie jednak pasuje i po prostu jest po „japońsku” grzeczny, by nie robić nam przykrości. 

Po 20-tej w hotelu, szybki prysznic i prawie półgodzinne wyjaśnianie pomyłki w recepcji – pani pomyliła się w zapisywaniu naszych nazwisk przy depozycie kluczy do skrytek – i z powrotem na dworzec. Hitoshi był nam bardzo wdzięczny za wycieczkę do Kamiennego Lasu i teraz czekał pół godziny na wyjaśnienie tej pomyłki w recepcji, żeby odprowadzić nas do autobusu. Czy Japończycy to jeszcze Azjaci? Uprzedzająco grzeczni, liczący się z potrzebami współtowarzyszy, nie paplający bezmyślnie i zdolni do kontemplacji. Na tle reszty azjatów, oni i Singapurczycy (choć to przecież tygiel ras i kultur), to jakby inne cywilizacje. Japończycy mieli co prawda okres szaleństwa podczas II wojny, ale wniosków jakie wyciągnęli z te tragedii (pracowitość i kultura) mogłoby pozazdrościć im wiele państw europejskich. 

W pociągu jesteśmy 20 minut przed odjazdem, ale i tak mamy problemy ze złożeniem plecaków – Chińczycy ładują się chyba ze dwie godziny wcześniej, aby móc zająć wszystkie półki. Przed nami dwie noce w tym pociągu, ciasno jak cholera, kolana zgięte pod kątem prostym i ani stopnia więcej, do tego ten śmietnik. Oni w ciągu dosłownie godziny potrafią zrobić pierdolnik idealny – nowoczesny pociąg zmienia się w karykaturę symbolu III świata. Jeżeli odczuwasz potrzebę skorzystania z toalety, zrób to w ciągu pierwszej godziny, bo później będziesz potrzebował skafandra OP1 (ci, którzy byli w wojsku wiedzą, o co chodzi). Dwa dni... 

  

8.08 PONIEDZIAŁEK 

Straszna noc. Byliśmy i tak dosyć mocno zajechani po całodniowym maratonie w Kamiennym Lesie i ledwo przeżyliśmy ten nocleg na siedząco. Oczywiście ostra klima i ciasnota nie pozwalająca poruszyć ręką, ani nogą. Przypominały mi się mumie zmarłych Indian chowanych w pozycji skulonej na siedząco – tak musieliśmy wyglądać nad ranem, a stopień zesztywnienia również był porównywalny. Nawet kiedy udało się zamulić na kilka minut, to kręcący się bez przerwy Chińczycy budzili nas bezceremonialnymi kuksańcami. Na nieszczęście mamy miejsca koło kipiatoka i toalet – wiadro ze śmieciami już dawno przestało być widoczne spod lawiny papierowych kubków, miseczek, butelek i wszelkiego rodzaju odpadków organicznych. Lawina śmieci bezlitośnie posuwa się w kierunku naszych foteli. Nie wiem jak to możliwe, ale wydaje mi się, że pasażerów jest dużo więcej, niż wczoraj, kiedy startowaliśmy mimo, iż pociąg był już wtedy wypchany do ostatniego siedzenia. Teraz, oprócz pasażerów w fotelach, w korytarzach na tekturach i tobołkach koczują dziesiątki wieśniaków (sądząc po garderobie) i trudno zrobić kilka kroków między fotelami. Jest dopiero 7-ma rano, jeszcze cały dzień i kolejna noc, a już zaczyna mi się wydawać, że jestem Napoleonem i mam ochotę wyjść na spacer ze szczoteczką do zębów na smyczy.  

Wieczór, nareszcie coś się dzieje, czas szybciej leci – najpierw dosyć drobiazgowa kontrola dokumentów przez policję (nasze paszporty pokazywali sobie chyba z 10 minut), potem po raz pierwszy podczas podróży Kamila zaczęła rysować. Od dwóch miesięcy bezskutecznie próbowałem ją zapędzić do ołówka, aż tu po patrzę, skrobie na kawałku gazety portret jednego z Chińczyków. Od razu robi się sensacja, całe procesje ciągną do naszych foteli – pociąg trzęsie, gapie się pchają, a Chińczyk wiedząc, że jest portretowany śmieje się do kumpli i robi głupie miny – ciekawe, co z tego wyjdzie. Po minie Kamili widzę, że jest zadowolona z efektów pracy i nie bez powodu – jak na takie warunki portret jest niezły. Rozlegają się „ochy i achy” podziwu, a uradowany właściciel zawija pieczołowicie wydartą z gazety stronę – nabrali dla nas szacunku na tyle, żeby nie wpychać się z nogami na nasze siedzenia, dobre i to. 

Kilka minut później przychodzi maszynista (siedzimy w pierwszym wagonie) i zaprasza mnie do swojej kabiny na lekcję angielskiego – oni mają jednak straszny akcent, od razu widać różnicę w budowie krtani, to chyba nie do przeskoczenia bez pomocy logopedy – ale chwała mu za dobre chęci. Niby prosty maszynista, a łapie każdą okazję, żeby się dokształcić, w przeciwieństwie do „inteligencji okienkowej” wszelkiego autoramentu, z którą w ogóle nie ma szans się porozumieć nawet w najprostszych sprawach. Rozglądam się z zazdrością po maszynowni – pełno miejsca i czysto, gdyby tak rozłożyć gazety na podłodze, to byłby królewski nocleg. Niestety maszynista z żalem odmawia, i tak nie powinien mnie tu wpuszczać, a wojskowe patrole co kilka godzin kręcą się po pociągu. 

  

9.08 WTOREK 

Druga koszmarna noc, teraz jest już tak ciasno, że kilkunastu Chińczyków śpi już na stojąco między fotelami – i do tego ten burdel, po prostu nie do opisania. Kibel ciągle zajęty, nawet kiedy już się do niego dopchasz (ten koło nas już na szczęście zamknięty), to jesteś ...nasty w kolejce. Wieśniaczki z małymi dziećmi ułatwiają sobie życie wysadzając je (w obu wersjach) bezpośrednio do umywalek przed toaletą - odechciało mi się mycia zębów, a ręce umyłem resztką wody w butelce.  

Tuż przed Pekinem robi się luźniej, można już nawet wyciągnąć nogi na siedzenie naprzeciwko, ale słaba to pociecha – stopy ledwo mieszczą mi się w buty. 

O 13.00 jesteśmy w Pekinie – z jednej strony ulga, ale i żal, że podróż już się kończy, teraz tylko prosto do domu. Spod dworca autobusem 703 (3Y)  pod stację metra Quianmen, skąd 102 jedziemy do naszego znajomego hotelu Jinghua (bezpośredni autobus 741) – pada deszcz i nie chce nam się szukać innego, poza tym tu się zaczęło i tu niech się skończy. Młoda dziewczyna z recepcji poznaje nas od razu i cieszy się jak dziecko, my też – polubiliśmy Pekin i nawet ten zagrzybiały z wilgoci hotel bez drzwi w toaletach. Co ciekawe, pokoje powyżej parteru są już suche (jak na chińskie warunki), ale dolne kondygnacje tego sporego budynku to już prawie rudera. 

Powinniśmy od razu wrócić do centrum i rozejrzeć się za biletami do Moskwy, ale po tych dwóch nocach w pociągu padliśmy na pyski zaraz po wejściu do pokoju – wcześniej zmuszając się tylko do piętnastominutowego polowania na spore stado moskitów ukrytych w zasłonach. Pod wieczór po przebudzeniu stwierdzamy, że pokój jest tym razem wyjątkowo obleśny – wszystko dosłownie w nim gnije pokryte grubą warstwą grzyba. Kolacja w znajomej restauracji (doskonale przyrządzony ryż z warzywami) – już nie mogliśmy się doczekać smaku chińskiego piwa za 2.5Y – butla 0.6l.

 

Pekin - kłopoty z biletami i byle do przodu