30.07 SOBOTA 

Postój o 1-ej w nocy pod jakimś hotelem, część pasażerów wysiada, a wsiadają nowi. Okolica przepiękna, widać to nawet po ciemku. Droga prowadzi wzdłuż plaży porośniętej palmami, widać, słychać i czuć morze. Cholera, że musimy jechać ten odcinek akurat nocą. Według naszej rozpiski na bilecie, o 6.00 mamy przyjechać do jakiegoś innego biura i 10 godzin czekania kolejny autobus – w sam raz, aby poszwędać się po Nhatrang. Potem znów cała noc jazdy i parę godzin czekania na przesiadkę. Czyli będziemy jechać głównie nocami, niewiele zobaczymy a szkoda, bo krajobrazy są przepiękne – droga prawie cały czas wiedzie wzdłuż morza.  

Azjatycka organizacja, kiedy przyjechaliśmy pod biuro kilka minut po 7-mej, okazało się, że następny autobus (do Hoi An) odchodzi nie o 18.30 jak na naszym grafiku, ale już za kwadrans. Pani przy pomocy korektora dokonała poprawki na naszym bilecie i po sprawie. Pytałem, co będzie dalej, na którą tam dojedziemy i  kiedy następny autobus, bo z rozkładu wynika, że są tylko dwa dziennie – 7.30 i 12.30, a prawdopodobnie dotrzemy tam w nocy. Tego pytania pani już nie zrozumiała, albo co bardziej prawdopodobne udała, że nie rozumie. To dla nich charakterystyczne, kiedy namawiają klienta do skorzystania ze swoich usług, to aż promieniują profesjonalizmem. Dopiero kiedy coś schrzanią lub zakombinują zmieniając jednostronnie warunki umowy, to natychmiast przestają cokolwiek rozumieć. Ale może skoro tutaj pani jednym ruchem długopisu przesunęła autokar o 10 godzin, to tam też mogą dysponować podobną mocą... 

Niestety nie, za dużo byłoby tych cudów. Po 19-tej podjechaliśmy pod jakiś hotel w Hoi An i kierowca poinformował, że przesiadka dopiero jutro rano. Najtańszy pokój na strychu 6$. Co za zbieg okoliczności, gdyby nie czarodziejski długopis pani w biurze, to obyłoby się bez tego noclegu. To na pewno zbieg okoliczności. Pytam kierowcę, czy jutro rano autobus przyjedzie po nas do hotelu – nie, trzeba się pofatygować do biura (T.M Brother’s Cafe – podaję nazwę ku przestrodze), a chwilę potem zagaduję recepcjonistę w hotelu, czy może zadzwonić do biura, aby się upewnić o której i skąd odjeżdża autokar. Odpowiedział, że nie zna numeru do biura. Jak miło – nie zna numeru do biura, z którego kierowca przywozi mu pełen autokar gości. Dokładnego adresu też nie zna – pokazuje ręką „gdzieś tam”. „Gdzieś tam” żaden z przechodniów nawet nie słyszał o „T.M Brother’s”. Było kilka innych biur, ale wszędzie gdzie pytałem o nasze kręcili tylko głowami. W którymś z kolei jedna pani lepiej zorientowana wyjaśniła, że interesy „T.M Borother’s” prowadzi tu biuro „Camel”. Na miejscu pani potwierdziła, że autobus jest dopiero jutro rano o 7.30 i ewentualnie 12.30, spod biura. 

  

31.07 NIEDZIELA 

Znów od rana sensacje. Wstaliśmy wcześnie, by pojechać tym o 7.30. Następny, z Hue do Hanoi odjeżdża o 18.00 i znając realia tutejszej komunikacji nie chcieliśmy ryzykować spóźnienia. Na miejscu niemiła niespodzianka – pani (góra 16-latka, inna niż wczoraj) mówi, że nie ma nas na liście pasażerów. Pokazując mi bilet tłumaczy, że potwierdzenia trzeba dokonać 24 godziny przed odjazdem autobusu. Pytam ją, w jaki sposób, skoro przyjechaliśmy tu wczoraj wieczorem, a już kupując bilet w Sajgonie dokładnie wyjaśniliśmy, że się spieszymy i chcemy wskakiwać z jednego autokaru do drugiego – w takim razie po jaką cholerę im te komputery na biurkach? Poza tym byłem tu wczoraj i  bynajmniej nie po to, by pytać o cenę trzciny cukrowej, ale o godzinę i miejsce odjazdu porannego autobusu. Pani odpowiada, że nie ma już nawet miejsc na ten 12.30, co oznaczałoby kolejny nocleg. Już nawet nie chodzi o te drugie 6$, tylko nasze wizy powoli się kończą. Tym razem solidna awantura, aż szef pofatygował się sprawdzić, o co chodzi. Dosyć młody jak na szefa, góra 25 lat. Nie mam nic przeciwko umożliwianiu młodym ludziom robienia kariery na kierowniczych stanowiskach, pod warunkiem, że pełnią swe obowiązki dobrze, tymczasem całe to biuro to potworna amatorszczyzna. Wszystkie pracownice to dosłownie „gówniary” góra 16 lat – na tym tle 25 letni kierownik nie dziwi – żadna nie rozumie po angielsku więcej, niż 10 słów (nawet z poprawką na to wygodne „palenie głupa”). Można odnieść wrażenie, że oni po prostu się tak bawią. Nie pracują, ale właśnie bawią. Bawią się w biuro podróży. Jak coś im nie wyjdzie, to trudno, zresztą „trudno” oznaczałoby, że przynajmniej się tym choć trochę zmartwią, ale nic z tych rzeczy. Poważna firma popełniwszy błąd postarałaby się go jak najszybciej naprawić i dbając o reputację pójść klientowi na rękę. Tu wręcz przeciwnie, obrażona do sześcianu pani (jaka tam pani, smarkula) zaczęła się na nas wydzierać, a szef tylko mruczał pod nosem, że jak znajdą się wolne miejsca, to pojedziemy. W końcu Kamila nie wytrzymała tych wrzasków i zaproponowała pani zmianę pracy na jakąś bardziej odpowiednią, i nie wymagającą choćby podstawowych kwalifikacji umysłowych. Poprosiłem o ewentualne potwierdzenie kolejnego, końcowego już etapu (ach, jak oni ze wszystkim robią łaskę), niestety okazało się to niemożliwe. Komputer i telefony na biurku pełnią jak widać wyłącznie funkcje reprezentacyjne. Amerykanie popełnili duży błąd wycofując się stąd i to jeszcze w takim stylu, to stąd u nich ta bezczelność – „pokonaliśmy” Amerykę, to i wy możecie nam naskoczyć...  

Autobus zatoczył kółko po okolicznych hotelach (to odbierają w końcu tych pasażerów spod hoteli?) i okazało się, że akurat dwa miejsca są wolne. Na szczęście Kamila nie oddaliła się za daleko, bo to dopiero byłby pasztet. Po oczach pani z biura widzieliśmy, że sprawiło jej to fizyczny ból, tak chciała nas tu jeszcze przeczołgać ze dwa dni pod swoim Biurkiem, abyśmy się nauczyli, kto tu rządzi. Socjalizm, czy tam komunizm (czym się różni socjalizm od komunizmu – komuniści od razu strzelają w łeb, a socjaliści gnębią człowieka całe życie) jest wszędzie taki sam, czy się stoi, czy się leży...

Godzinę później postój niedaleko jakiejś jaskini. Trudno powiedzieć, czy naturalnej, czy wydrążonej ludzkimi rękami, bo wkoło kilkanaście dużych warsztatów rzeźbiarskich i sklepów z dosyć tanimi i ciekawymi „handcraftami”. To jednak bardzo zdolny naród, najpierw to malarstwo i teraz rzeźby. Szkoda tylko, że pracownicy szeroko rozumianego handlu (turystycznego też) rekrutują się ze zdemoralizowanego lumpenproletariatu i na każdym kroku trzeba się z nimi użerać. Jaskinia byłaby warta dłuższej eksploracji, niestety kierowca powiedział, że postój potrwa tylko 20 minut, a z doświadczenia wiemy już, że jeżeli oni mówią 20, to równie dobrze może to oznaczać 5. W głębi jaskini na pewno nie usłyszelibyśmy przywołującego klaksonu – po tych przejściach w biurze trudno podejrzewać, żeby kierowca poszukiwał nas zbyt energicznie – a autobus wygląda mi na skonstruowany w taki sposób, że może za nim biec dowolna ilość spóźnionych pasażerów...

Do Hue nie jest daleko – jakieś 100 km z hakiem. Widoki tak przepiękne – połączenie gór i wybrzeża, że nawet przeszła nam trochę złość na te niekompetentne biurowe panienki. Szkoda, że mijamy Wietnam w takim pośpiechu, dużo tu malowniczo położonych nad morzem małych miasteczek z jaskiniami i cudownymi plażami, a sama trasa należy do najpiękniejszych, jakie kiedykolwiek dotąd przemierzałem. Na te kilkadziesiąt godzin jazdy, góry cały czas przeplatają się z morzem. Gdyby tylko wziąć poprawkę na niekompetencję pracowników tutejszego sektora turystycznego, to podróż przez ten kraj byłaby bajkowa. Właśnie minęliśmy chyba ponad pięciokilometrowy tunel pod górami, niestety nikt wkoło nie zna słowa po angielsku, więc nie można się dowiedzieć niczego więcej.  

W Hue jesteśmy równo o 13.00 i znów porcja nerwów. Zamiast najpierw podjechać pod biuro, kierowca robi rundkę po zaprzyjaźnionych hotelach, gdzie ma pewnie prowizję od przywiezionych łebków. Dla pasażerów szukających noclegu jest to pewnie dosyć wygodne, bo nie muszą pałętać się po mieście na własny koszt, ale dla przejeżdżających tranzytem to udręka. Tym bardziej, że trwa to strasznie długo, bo najpierw kilkuminutowe oględziny pokojów, potem negocjacje cenowe, a jak się komuś nie spodoba, to z powrotem do autokaru i do następnego hotelu. I weź tu potwierdź następny etap jazdy, zanim podjedziemy w końcu pod to biuro, to wolnych miejsc na pewno już nie będzie. Nie mogli najpierw zawieźć pod biuro tych, którym się spieszy na przesiadkę i dopiero potem zająć się kwaterunkiem? I jak tu na nich nie wrzeszczeć? Właściwie to chyba jedyny sposób na załatwienie tu czegokolwiek. Tylko tak da się na nich wymusić dotrzymania jakiejkolwiek umowy. 

Po dojechaniu do biura ta sama śpiewka – nie ma już wolnych miejsc, dlaczego nie zarezerwowaliśmy wcześniej? Ta amatorszczyzna naprawdę już nas dobija. Czułem, że jeżeli jeszcze raz będę musiał zadać pani (jak zwykle góra 18-letniej) retoryczne pytanie, że niby jak mieliśmy to zrobić, skoro ich komputery i telefony  w poszczególnych filiach służą im co najwyżej zabawy, a kierowca opóźnia dojazd do biura o prawie godzinę, to w końcu nie wytrzymam i będę zmuszony do bliższego zapoznania się z tutejszym kodeksem karnym. Pani siedząca za biurkiem ma minę dziecka bawiącego się lalką i adekwatne podejście do pracy. Jak oni je werbują? To musi być chyba wpływ tej typowo azjatyckiej, plemiennej mentalności opartej na bezwzględnej lojalności wobec członków rodziny. Nie ważne, czy się nadaje, ważne że NASZ. Żadna z nich nie przeszłaby normalnej selekcji opartej na sprawdzeniu kwalifikacji, poza tym jak widać, właścicielowi firmy nie zależy na lepszym personelu, wystarczy że są po kądzieli... Widać to również po organizacji firmy na wyższym szczeblu – jeżeli szefostwo nie odczuwa potrzeby zapewnienia szybkiej wymiany danych między poszczególnymi filiami, to jak można mieć pretensje do tych dzieci bawiących się w biuro? Jeżeli mimo tego nadal nie zbankrutowali, może to oznaczać tylko tyle, że reszta firm działa na tych samych zasadach. Pocieszające... 

Straszę panią, że mamy bilet lotniczy na jutro rano i świadków gotowych potwierdzić dokonanie rezerwacji w Hoi An – jeżeli spóźnimy się na samolot, to pozwiemy ich o odszkodowanie za niewykorzystany bilet. Dzieci na ogół boją się dorosłych ubranych w togi, więc nastolatka myśli chwilę i proponuje nam byśmy zapłacili kierowcom po dolarze, w zamian za co odstąpią nam swoje miejsca i będą spać na podłodze. Dobre i to, zapłaciliśmy i dopilnowałem, aby wpisała nas na listę na autobus o 18.00. 

Kilka godzin włóczenia się po miasteczku (całkiem niezły obiad 20.000 dongów) i o 18.00 startujemy do Hanoi. Okazało się, ze w autokarze było jeszcze kilka wolnych miejsc i kierowcy wcale nie musieli tarzać się między fotelami. Na zwrot tych 2$, bez rękoczynów nie ma co liczyć. Czyżby w tym szaleństwie była metoda? 

  

1.08 PONIEDZIAŁEK 

Kilka minut po 6-tej rano jesteśmy w na miejscu. Na szczęście klimatyzacja zapewniała tylko cyrkulację powietrza o naturalnej temperaturze, więc dało się spać bez owijania szmatami. Hanoi sprawia jak na razie wrażenie zlepku ruder, daleko mu do Sajgonu. W schowku na bagaże ogromna kałuża, której przy pakowaniu nie było (deszczu chyba też nie) i mój plecak jest do połowy przemoczony, dlaczego mnie to nie dziwi? Nieopodal autokaru czekają już taksówkarze i oferują gratisowy dowóz do hoteli. Wybieramy jednego proponującego hotel Lucky Eden – 6$ (TV, lodówka i własna łazienka z ciepłą wodą, choć ciśnienie anemiczne). Tanio, aczkolwiek kawałek od centrum (jakieś pół godziny spacerem). Szybki prysznic i piechotą do konsulatu chińskiego (jakieś 20 minut). Po drodze mijamy mauzoleum Ho Chi Minha – nie mam już ochoty oglądać truchła kolejnego zbrodniarza. Symptomatyczne – im większa kanalia, tym większe pomniki sama sobie stawia.

W konsulacie dowiadujemy się, że dla obywateli polskich wiza jest bezpłatna. Całe szczęście, bo Kamila już chyba zapomniała o tej przemarzniętej nocy na nabrzeżu w Hongkongu, ale o 30$ za utraconą wizę raczej nie. Swoją drogą to ciekawe, że w jednym mieście za wizę trzeba płacić, a drugim już nie – wydawało mi się, że przepisy imigracyjne są ujednolicone. Odbiór w czwartek, więc mamy czas na rejs po zatoce Ha Long. 

Kilka godzin spaceru po centrum Hanoi – koszmarnie drogo, ceny porównywalne do kambodżańskich. Do tego niewiele sklepów spożywczych, trzeba się sporo nałazić by kupić wodę za 5.000 dongów (0.5$). Wreszcie wśród przeważających tu sklepów (AGD, ciuchy, pamiątki) znaleźliśmy w miarę tanią knajpę – frytki, kotlety sojowe, sałatka, cola 0.33l – 22.000 dongów. Cola 1.5 litra – 8.000. Centrum to plątanina małych uliczek wokół jeziorka Hoan Kiem, gdzie bez dokładnej mapy już po 5 minutach straciliśmy orientację i powrót do hotelu zajął prawie godzinę.  

Rezerwujemy w hotelu bilety na dwudniowy rejs statkiem po zatoce Ha Long i jak zwykle zgrzyty. Kiedy rano pytaliśmy o cenę, właściciel hotelu podał cenę 28$, teraz zażądał 30$ i nie potrafił sobie przypomnieć rozmowy sprzed kilku godzin. W końcu wydając resztę próbował mnie orżnąć na 2$ i to w sposób tak prostacki, że powinienem nim potrząsnąć za samą głupotę. Pralnia 1$/kg, najdrożej jak do tej pory. Rzadko korzystam z tych usług, ale w naszym pokoju ewidentnie nie ma gdzie suszyć. 

 

2.08 WTOREK

Pobudka kilka minut po 6-tej, chińskie zupki i chleb z masłem, zakupione wczoraj w supermarkecie w centrum. Prysznic w pośpiechu, recepcjonista woła nas na dół pół godziny przed wyznaczonym wczoraj terminem wyjazdu. Przy okazji przynosi mi rzeczy z prania, wszystko jest tak samo brudne, jak wczoraj – na brudnych i zakurzonych spodniach ciągle plamy krwi, podkoszulki przepocone. I za to „pranie” zapłaciłem 2.5$. Są tak bezczelni, że już nawet nie mam siły go opieprzyć, bo gdybym się do tego zebrał, to złożyłbym go w kostkę – jest mały, poręczny do duszenia. Od nauczenia go szacunku dla pracy – własnej i cudzej – powstrzymała mnie tylko konieczność pozostawienia tu plecaków na te dwa dni. W pokoju wisi kartka zabraniająca samodzielnego prania, więc tym bardziej powinni traktować swoje usługi serio. Bawią się w biura podróży, bawią się w hotel, bawią się pralnię...  

Na dole w recepcji spotykamy parę rodaków, mają podobne doświadczenia, w dodatku pościel jaką dostali była tak brudna, że woleli spać na gołym materacu. Recepcjonista popędza nas do furgonetki, zerkając ze zdziwioną miną na nasze plecaki. Zaledwie kilka minut temu pytałem go o możliwość pozostawienia ich w schowku, co zostało skwitowane potakującym skinieniem głowy – jak oni to robią? Czy rozumieją słowa, które wypowiadają, czy tylko powtarzają bezmyślnie naśladując fonetykę? W końcu zrozumiał i zaniósł je do komórki obok recepcji. Mam nadzieję, że będą tu jeszcze gdy wrócimy, chociaż z nimi to nic nie wiadomo...

Furgonetka oczywiście przeładowana i część osób musi czekać na inną. Po niecałych dwóch godzinach jazdy zatrzymujemy się pod jakimś dużym sklepem z pamiątkami – do morza jest jakieś 170 km, jazda potrwa jeszcze drugie tyle i  nie płaciliśmy chyba za marnowanie tu czasu na głupoty – próbuję dać to dyskretnie do zrozumienia kierowcy, ale jak zwykle udaje, że nie rozumie. Nawet nie starają się ukryć swojego cwaniactwa i pazerności. Wreszcie kwadrans po 11-tej dojeżdżamy do portu i znów bałagan – prawie godzina czekania na wejście na statek. Kilkunastu tutejszych „speców” od logistyki ze stertą papierów w rękach biega bezradnie dookoła. Ach, ta ich organizacja...

Łódź jest przyzwoita, kajuty czyste, tyle że zamki do niczego, można otworzyć scyzorykiem. No i woda w łazienkach tylko kilka godzin dziennie. Obiad wliczony w cenę, ale podany w najgłupszy możliwy sposób, czyli kolektywnie – po 6 osób przy stole, a jest nas tu 18-tu. Dwie większe rodziny po 4 osoby reszta luźne pary. Ponieważ weszliśmy do „kambuza” ostatni, załoga łodzi nas rozdzieliła, dokwaterowując mnie do stadka Francuzów, a Kamilę do rodziny Szwedów. Jedzenie jest podane dosyć „intymnie” – wspólne półmiski z niewielką ilością jedzenia (nie to, żeby ogólnie było mało, tylko spory wybór małych porcji) i nakładając sobie na talerz każdy czuje wzrok pozostałych biesiadników – no weź sobie jeszcze kilka frytek, śmiało... nie krępuj się... Oni jako rodziny stanowią zwarte grupy i czujemy się głupio – 5:1 do przerwy... Druga połowa przy kolacji, a dogrywka jutro przy śniadaniu... 

Godzinę po obiedzie dobijamy na wyspę z dwoma ciekawymi jaskiniami i kapitan naszej łodzi oznajmia, że mamy 40 minut na ich obejrzenie. Pierwsza z jaskiń jest ostro „podrasowana” jaskrawymi, różnokolorowymi lampami. Naturalne światło tu nie dociera, więc aby udostępnić ją szerszej publiczności, trzeba było zainstalować te reflektory. Zresztą jak na ich zdolności, mogło być gorzej. Druga jest już bardziej naturalna, jeżeli nie liczyć drewnianych pomostów z barierkami, które są niezbędne do poruszania się w gąszczu skał. Z tego co się dowiedziałem, tę pierwszą odkryto stosunkowo niedawno – najpierw znalazł ją jakiś tutejszy rybak i wziąwszy sprawy we własne ręce obwoził samodzielnie zwerbowanych turystów. W końcu interes musiał zwrócić uwagę władz i przedsiębiorczy odkrywca musiał pożegnać się z dodatkowym źródłem dochodów i prawdopodobnie także z wolnością (chyba, że odpalił odpowiednią działkę komu trzeba), ale o tym już nikt nie chce opowiadać. Te 40 minut to w sam raz, aby przemierzyć obie dosyć szybkim krokiem bez żadnego postoju – po prostu kryminał. Prawie godzina zmarnowana po drodze na wizytę w sklepie z tandetą u jakiegoś pociotka kierowcy, a teraz oglądanie takich pięknych miejsc w biegu, z wywieszonymi językami – to jakaś pieprzona mafia. 

Po 45 minutach jesteśmy z powrotem na łodzi i po półgodzinnym kluczeniu między okolicznymi skałami docieramy na małą wysepkę z mikroskopijną (dosłownie 20 metrową) plażą. Cumujemy tam godzinę, choć nie bardzo wiem po co, bo nic ciekawego na niej nie ma. Woda nie jest zachęcająca do kąpieli – zielona od glonów i pełna śmieci wyrzucanych z przepływających tędy łodzi – począwszy od turystów, po głupich tubylców. Osobiście, będąc kapitanem nie przywoziłbym tu gości, a nawet omijał to miejsce z daleka. Lepiej byłoby spędzić dodatkową godzinę w tych jaskiniach. No cóż, mentalność azjatycka.

 A jednak było po co. Kiedy po 10 minutowym spacerze po tej wysepce wróciłem do jadalni żeby poświęcić się „kochanemu dzienniczkowi”, spod pokładu, w towarzystwie mamy wyszły te dwie młode Francuzki (po około 18 i 20 lat). Rozłożyły podręczne torby na stoliku obok i nie zważając na moją obecność zaczęły przebierać się w kostiumy kąpielowe. Nawet nie musiałem specjalnie podnosić wzroku znad zeszytu, aby zapoznać się bliżej z ich wdziękami, z którymi z resztą się wcale nie kryły – jedynie mama była skromniejsza, bo zakładając dolną część bikini usiadła na ławce za stołem – no cóż, wiek wymusza najwyraźniej pewne ograniczenia. Dlaczego nie przebrały się w swojej kajucie? Oto pytanie. Szwedzi mają dwóch podrastających synów, oni z pewnością również ucieszyliby się na taki peep show, ale ganiali już po tej plaży, a więc ten pokaz tylko dla mnie? To miłe, dobrze że Kamili tu nie ma, bo dopiero bym sobie popatrzył... O cholera, przecież ona i tak to przeczyta... 

Wreszcie stamtąd odpłynęliśmy, choć z kilkuminutowym poślizgiem. Kamila wdrapała się na pobliskie wzgórze i nieźle musiałem nadwyrężyć struny głosowe, bo inaczej by tu została.  

Nareszcie coś sensownego, już ponad dwie godziny płyniemy między pięknymi skałami. Obszar jest tak rozległy, że rzadko kiedy natykamy się na inne łodzie, chociaż muszą tu być ich setki, boć to cały przemysł.

Pod wieczór łódź zawija na wyspę Cat Ba, gdzie 8 osób wysiada, wybierając nocleg w hotelu. Dwie rodziny – francuska i szwedzka – zostają i jest nas 10. Druga połowa meczu stołowego i ta sama historia – musimy siedzieć pojedynczo, doczepieni do czteroosobowych rodzin. Francuzi przy stole, temat rzeka. Nakrycia nie są pozbawione widelców, ale oni czując się we własnym sosie wolą używać palców, nie to żebym się tam jakoś specjalnie brzydził, ale używając wspólnych półmisków mogliby wziąć poprawkę, że przy stole siedzi jeszcze ktoś obcy. Kątem oka widzę, że Szwedzi poważniej traktują stołową etykietę i jako - tako liczą się z obecnością Kamili. Skoro już jedzenie z jednej miski należy tu do dobrego tonu, to mogliby sobie zadać przynajmniej odrobinę trudu i podzielić nas trzy grupki – jak widać, to już przekracza ich możliwości. Francuzi okazują się zresztą dość mili (w każdym razie nie pobiliśmy się o co lepsze kąski), ale z romantycznej kolacji we dwoje nici. 

Wreszcie docieramy do otoczonego skałami miejsca, gdzie zatrzymamy się na noc. Przepiękny zachód słońca, woda ma już kolor smoły i odbija resztki pomarańczowej poświaty. Jak można było wybrać nocleg w hotelu? 

Jak zwykle nasze szczęście nie trwało długo, po niecałej godzinie nieopodal przybiła druga łódź, a kwadrans później było ich już dookoła ponad 10. Najgorsze, że jedna z nich zaatakowała nas abordażem i staliśmy przycumowani burtami. Zaczęło się najlepsze – spektakl z cyklu „dźwięk i światło”. Z prawie wszystkich łodzi woda przynosiła głośną muzykę, część z nich wygasiła przynajmniej światła do niezbędnego minimum, niestety te najbliższe błyskały złowrogo jarzeniówkami, nie pozwalając nacieszyć się czarnym, rozgwieżdżonym niebem. Cholera, oni potrafią zepsuć absolutnie wszystko – począwszy od stalowej kulki, po taką piękną noc na morzu. Jest tu tyle miejsca, że każda z łodzi mogłaby rzucić kotwicę kilka kilometrów od drugiej, tym bardziej, że setki okolicznych skał ułatwiają znalezienie zacisznego kąta. Rozumiem, że u Azjatów instynkt stadny jest rozwinięty aż do absurdu, ale do jasnej cholery mogliby przynajmniej raz zrobić jakąś frajdę białym przybyszom, którzy im w końcu płacą. Romantyzm kolektywny – na randki też umawiają się stadami? Kamila nie wytrzymała i zapytała kapitana, co przy naszej burcie robi ta druga łódź, pozbawiająca nas z jednej strony widoku na morze i świecąca prosto w oczy, na co szyper z nie ukrywanym zdumieniem odparł, że wszystko jest OK, bo obie są z jednaj firmy. Tak ją zatkało, że krztusiła się ze „śmiechu” prawie pół godziny. Czy oni są jeszcze ssakami, czy już owadami? Staramy się wytłumaczyć mu o co chodzi – cisza, spokój, wsłuchiwanie się w szum fal i wpatrywanie w gwiazdy w ciemności, ale ten tylko kręci czułkami i pocierając skrzydełkami o odwłok pobzykuje – bzzz. bzzz... kolektyw... bzzz... bzzz... stado.... bzzzz... bzzz... my z jednej firmy... bzzzz... bzzz... Termit cholera.  

Zaledwie kilka minut później popis przedstawicieli naszej cywilizacji. Na tej przylegającej do nas łodzi kilku tamtejszych rozwrzeszczanych, francuskich młodzieńców płci obojga urządziło sobie przemyślną zabawę – rzucanie papierami (samolociki), kto dalej – raz po raz do wody, raz po raz na nasz pokład. Każde lądowanie takiego śmiecia na naszym pokładzie nagradzane było dzikim wyciem. Zwróciłem im uwagę po angielsku, ale z mizernym skutkiem – trudno powiedzieć, czy po prostu mnie olali, czy nie zrozumieli. Postanowiłem nie angażować się jednak dłużej w tego typu dyskusje, bo już klika dni wcześniej obiecałem sobie i Kamili, że wrócę do domu bez bliższego zapoznawania się z tutejszymi sądami, ale czasami ręce naprawdę świerzbią. Trzeba było zabrać przynajmniej pluszowe kajdanki... Ten numer z „łodziami z jednej firmy” już wcześniej rozgrzał Kamilę do czerwoności i teraz straciła resztki wrodzonej anielskiej cierpliwości. Korzystając ze swojej francuszczyzny puściła im taką litanię, że momentalnie przerwali „zabawę” i zamilkli, a Francuzowi z naszego statku (ojcu tych dwóch ponętnych dziewoj) butelka piwa o mało nie wypadła z rąk. Po jego wzroku widziałem, że musi mu być przykro i wstydzi się za swoich rodaków, bo razem z żoną powiedzieli nam „good night” i zeszli pod pokład. 

  

3.08 ŚRODA  

Śniadanie o 7.00 i mimowolnie o mało nie parsknęliśmy śmiechem. Zeszliśmy na  pokład już pół godziny wcześniej, popatrzeć na wschód słońca. Przechodząc koło jadalni zauważyłem przez okno, że przy obu stolikach siedzą już małżonki z obu rodów i pilnują miejsc – dosłownie leżały na ławkach i wyglądały jakby spędziły tam całą noc. Tym razem jednak okazało się to niepotrzebne, gdyż śniadanie podano już indywidualnie – talerzyk z rogalikiem, jajkiem sadzonym, masłem, i plasterkiem wędliny dla każdego, dzięki czemu można było sobie wybrać stolik. „Każdemu to, na czym mu najmniej zależy...”.

Potem znów powrót na wyspę, by zabrać tych z hotelu i jeszcze kilku nowych – znów godzina w zawieszeniu. Potem jeszcze z pół godziny dookoła farmy małż (kilkanaście baraków na wodzie, połączonych pływającymi chodnikami) i powrót do portu. Bardzo szybki powrót, bo już o 11.30 byliśmy na miejscu. Jak na dwudniowy rejs, to troszkę się pospieszyli, na łodzi spędziliśmy niecałe 24 godziny. Dobrze, że przynajmniej pogoda była wspaniała, słońce grzało tak, że aż piecze skóra, chociaż mam już solidny brązowy podkład. W portowej restauracji ostatni obiad wliczony w cenę – tym razem znakomity, stół dosłownie uginał się od półmisków i nie trzeba było oglądać się na resztę biesiadników.  

Powrót do hotelu o 16.30, tym razem obyło się już bez stręczenia zakupów, chociaż organizacja nie zawiodła i znów czekaliśmy pół godziny na furgonetkę. Żeby zbytnio nie grymasić, jak na te 28$, to impreza była udana – rejs, nocleg, 4 posiłki. Jednak najbardziej irytujące jest to, że doprowadzenie całej wycieczki do perfekcji nie kosztowałoby ich ani grosza więcej, wystarczyłoby tylko troszkę więcej wyobraźni, ale to jak zawsze najdroższy i najbardziej deficytowy towar... 

W hotelu nie ma już wolnego pokoju, przy okazji znów spotykamy tę parę rodaków. Są, najdelikatniej mówiąc wzburzeni (jak to jest, że kiedy sam przeklinam, tak mnie to nie razi?), okazało się, że zapłacili za jakąś wycieczkę, a właściciel hotelu wyekspediował ich na inną, o dużo gorszym standardzie i teraz awanturują się o zwrot nadpłaconej ceny. Z jednej strony jest mi ich troszkę szkoda, z drugiej cieszę się, bo mam jakieś potwierdzenie, że to nie ze mną jest coś nie tak, tzn. nie czepiam się ich cały czas bez powodu.  

Szef hotelu proponuje nam bezpłatny dowóz do filii hotelu bliżej centrum – cena pokoju taka sama. Rodacy wyjaśnili już sprawę zwrotu nadpłaconej kasy i razem z nami jadą do tego drugiego hotelu. Pokój całkiem przyzwoity, a nawet lepszy, niż poprzedni. 

Cały wieczór łazimy po okolicznych biurach podróży, starając się kupić bilet na pociąg lub autobus do Lao Cai (granica chińska w kierunku zachodnim - Kunming). Okazało się, że autobusy tam nie kursują i jedynym środkiem transportu jest kolej – niestety bilety należało zarezerwować przynajmniej ze dwa dni wcześniej. Latamy od jednego biura do drugiego licząc na to, że gdzieś mają lepsze dojścia, lub nie wykorzystali swojego przydziału. W końcu w jednym trafiamy na gościa, który twierdzi, że załatwi nam bilety na 100%. Znając ich profesjonalizm pytamy ponownie, upewniając się, że wie o rzekomym braku miejsc. Jak na razie pełen profesjonalizm – gość wszystko rozumie i potwierdza, że bilety załatwi na 100%.  Płacimy po 5$ zaliczki (bilet kosztuje 9$ - z wliczoną taksówką na dworzec). Dobre i to, najgorsze gdybyśmy utknęli tu na kilka dni – na nieplanowane kilkudniowe postoje i nowe wizy (mongolska i rosyjska) nie mamy już pieniędzy.  

  

4.08 CZWARTEK 

Rankiem w strugach deszczu po wizy do chińskiego konsulatu – naprawdę darmowe (mimo zapewnień ciągle trudno było w to uwierzyć).  Mijając stojący w parku pomnik Lenina zataczamy się ze śmiechu – podpis głosi „Lee – Ninh”. Nie ma to jak lokalny folklor.  

Po powrocie do hotelu problemy z przechowaniem bagażu. Pani w recepcji wymieniając mi dolary z kamienną miną przekręca mnie na jednego prezydenta. Chrząkam znacząco, pytając jeszcze raz o możliwość przechowania plecaków do wieczora – pociąg odjeżdża o 21.30. Recepcjonistka (oczywiście małolata) w końcu pokazuje nam „skrytkę” w schodach na półpiętrze – żeby się tam dostać trzeba uważać, aby nie skręcić karku, a w środku syf koszmarny, typowa graciarnia poryta kilogramami kurzu i pajęczyn i robactwa. Ale dolar dobry...   

Idziemy do tego biura podróży odebrać bilety – już wiem, co musiał czuć Kolumb szukając drogi do Indii. Centrum Hanoi (i najbliższe okolice) to istny labirynt – gubimy się dosłownie co kilka minut. Niska zabudowa pozbawiona charakterystycznych, widocznych z daleka budynków utrudnia orientację w plątaninie wąskich uliczek. Być może poszczególne domy różnią się od siebie, ale trudno to dostrzec, bo fronty budynków zasłonięte są szczelnie setkami identycznych kramów i straganów. Wreszcie trafiliśmy, za biurkiem już inny chłopaczek i odnalezienie naszych biletów zajmuje kilkanaście minut. Przy okazji okazało się, że w innych biurach też już nie ma problemów w biletami. Azja.  

Kilka ostatnich godzin łażenia po mieście, a raczej błądzenia – pod wieczór Kamila zgubiła się w tym labiryncie nie mogąc znaleźć kafejki internetowej, gdzie się rozdzieliliśmy. W końcu trafiła cudem, na dwie godziny przed odjazdem pociągu. Internet dosyć tani (10.000 dongów) za godzinę.  

W hotelu przykra niespodzianka (a to coś nowego...). W tym schowku, gdzie i tak nie było zbyt czysto, teraz burdel totalny. Kilka minut zajęło mi wtedy ułożenie plecaków w najczystszym miejscu, teraz leżą przywalone startą jakichś śmieci. Gorzej, że brakuje też moich sandałów, które położyłem koło plecaka, aby wyschły po porannym deszczu. W recepcji za ladą stoi para tubylców, których wcześniej nie widzieliśmy – panienka w fartuszku sprzątaczki i młodzieniec o mało rozgarniętym spojrzeniu. Pytam o sandały, oczywiście żadne z nich nie rozumie słowa po angielsku. Na migi wyjaśniam, co zaginęło i odpowiadają zgodnym rechotem. Mi również jest wesoło, ale ponawiam pytanie i panienka nie tracąc humoru dzwoni po koleżankę. Ta zjawia się po pięciu minutach i „recepcjonistka” przesłuchuje ją w swoim języku. Po chwili obie panienki i młodzieniec znów dają popisy dobrego samopoczucia, raz po raz wybuchając śmiechem – każde moje kolejne pytające spojrzenie kwitowane jest radosnym rykiem. Pytanie o kierownika, nie miało sensu – zostawiłem im adresowany do szefostwa list opisujący sytuację i zachowanie personelu, oraz kilka niebyt miłych określeń opisujących poziom ich inteligencji, oraz solenne zapewnienie, że każdemu napotkanemu turyście odradzę wizytę w LUCKY EDEN HOTEL. Podejrzewam zresztą, że niewiele ich to obejdzie, bo to w końcu nic poważnego, przecież oni tylko bawią się w hotel... Czasem można odnieść wrażenie, jakby to nie były istoty rozumne, tylko małpiatki. Mógłbym im jeszcze wybaczyć te zaginione sandały, gdyby przynajmniej przeprosili i wykazali chociaż odrobinę życzliwości i zakłopotania z powodu całego incydentu, ale słuchając tego złośliwego rechotu nie potrafię określić ich inaczej. Nawet nie ma komu urządzić awantury, bo jak można mieć pretensje do człekokształtnych? 

A jednak można i niestety nawet trzeba. Kilka minut po 20-tej byliśmy w biurze, gdzie miała na nas czekać taksówka, za którą zapłaciliśmy w cenie biletu. Dwaj chłopaczkowie za biurkiem są kompletnie pijani, dosłownie się zataczają i oczywiście są niesłychanie rozbawieni pytaniami o taksówkę – ewidentnie się z nas śmieją. Już nawet nie chodzi o to, że naciągają i kręcą, ale ta ich bezczelność naprawdę może pozbawić człowieka hamulców. Złapaliśmy sami jakąś taksówkę (3$) i kwadrans później byliśmy na dworcu.

 

Powrót do Chin - Kamienny Las trzyma się mocno...