25.07 PONIEDZIAŁEK 

Rano śniadanie w hotelu i o 7.00 pakujemy się do furgonetki. Autokar odjeżdża spod innego hotelu i czekamy pod nim jeszcze jakieś pół godziny. Obserwacja poczynań kierowców potwierdza nasze uczucie ulgi, że już stąd wyjeżdżamy. Kamila, w porównaniu do mnie to anielę niewinne, ale też ma ich już powyżej uszu – jeżeli potrafili ją doprowadzić do takiego stanu, to mogę się pocieszyć, że nie uprzedziłem się do nich „na kredyt”. Jakaś młoda Angielka klęcząc przy luku bagażowym mocuje się z plecakiem, wzrokiem prosi kierowcę o pomoc i ten z obrażoną miną rzuca go na ziemię prosto w błoto – pół metra dalej czysty chodnik. I jak ich nie pokochać? 

Na granicy jesteśmy 0 12.30 – posterunek kambodżański prymitywny, ale przejście go zajęło niecałe pół godziny. Strona wietnamska – luksusowy koszmar. Budynek przejścia prawie jak chiński dworzec, niestety czynne tylko dwa okienka, z czego jedno dla tubylców. Tutejsi celnicy traktują swoje obowiązki albo zbyt poważnie, albo zbyt nonszalancko – nie wiadomo, co gorsze. W każdym razie trwa to strasznie długo – jedna osoba kwadrans, a przed nami 15 metrowy ogonek. Urzędnik biorąc do rąk paszport każdego białego, ogląda go najpierw kilka minut wertując wszystkie kartki i z lubością wczytując się we wszystkie pieczątki, potem rozmarzony zamyka oczy zapadając w kilkuminutowy letarg, wreszcie budzi się i znów wertuje kartki... Jakiś „przedsiębiorczy” tubylczy kierowca przeprowadza swoich protegowanych pasażerów do naszego okienka z pominięciem kolejki, używając przejścia służbowego udostępnionego mu przez jednego z ziewających celników, który po każdej takiej operacji chowa do kieszeni niezbyt dyskretnie wsunięty banknot. Teraz już przynajmniej wiem, dlaczego to tyle trwa, ktoś w końcu musi nie wytrzymać i udzielić celnikom dotacji zgodnie z naukami księcia Sałtykowa – Szczedrina (rosyjskiego patrona spraw beznadziejnych, który twierdził, że wystarczy kilka rubli wsuniętych do właściwej kieszeni, aby sprawa przestała być beznadziejna). 

Po ponad dwóch godzinach wreszcie przebrnęliśmy przez ten posterunek (pobierają po pół dolara, nie wiadomo za co) i w strugach deszczu pognaliśmy pod odległy o kilkadziesiąt metrów daszek, gdzie oczekiwaliśmy na nasz dalszy transport i resztę pasażerów. W pobliskiej knajpce chcieliśmy kupić coś do picia, szybko nam jednak przeszło. Dosłownie kilka sekund wcześniej jakieś dwie amerykańskie panienki bez słowa zapłaciły po dolarze za puszkę coli i od tej pory sprzedawczyni najwyraźniej zaczęła snuć marzenia o kupnie luksusowego jachtu za jednodniowy utarg. 

Pół godziny później zapakowali nas do dwóch furgonetek i ruszyliśmy do Sajgonu. Jazda nie trwała długo, bo to zaledwie niecałe 100 km. W miarę zbliżania się do celu przecieraliśmy oczy ze zdumienia. Zarówno mijane po drodze mniejsze miasteczka, jak przedmieścia Sajgonu prezentują się niezwykle efektownie. Dość estetyczne i bardzo kolorowe wille, albo ciągnące się dziesiątkami metrów, połączone ścianami segmenty. Nie tylko lśniące nowymi, jaskrawymi farbami, ale i o wymyślnej architekturze – balkony, fikuśne gzymsy i zdobienia, kopuły – po prostu miniaturowe pałacyki. Tylko drogi odrobinę zaniedbane, aczkolwiek ciągnące się kilometrami roboty drogowe oznaczają, że to niedługo się zmieni.  

Około 19-tej nasz furgon zatrzymał się pod hotelem TNK. Wejście przez firmowe biuro podróży organizujące wycieczki po okolicy i transport. Duży pokój z łazienką (zimna woda) i lodówką – 5$. Okna się nie otwierają, co pozwala zapomnieć o komarach, duże szafy, na łóżkach czysta pościel, a w przestronnej łazience tak samo czyste, puszyste, białe ręczniki. Jak za tę cenę, to rewelacja. Przy okazji poznaliśmy aktualny kurs, 1$ = 15.800 dongów. Z mapki wnosimy, że jesteśmy w okolicach centrum miasta. Przedziwna kombinacja Azji z francusko – amerykańskimi wpływami sprzed kilkudziesięciu lat. Tutejsze domy nie są już tak kolorowe jak na przedmieściach, typowo azjatyckie wąskie, „umowne”, lekko zaśmiecone chodniki przechodzące w jezdnie pełne samochodów i kłębiących się motocykli i skuterów. Po kilkuminutowej włóczędze okolicznymi ulicami trafiamy na najtańszy tu chyba sklepik – od skrzyżowania przy hotelu, jakieś 150 metrów ulicą wzdłuż klubu – dyskoteki „606” i na kolejnym skrzyżowaniu kilka metrów w prawo. Puszka coli – 4.000 dongów, woda 1.5l – od 4.000, piwo 0.5 „Sajgon” – 6.000. Żyć, nie umierać. W recepcji powiedzieli nam, że niedaleko jest supermarket, więc mimo późnej pory zapuściliśmy się we wskazanym kierunku, niestety w okolicach dużego ronda, gdzieś koło New World Hotel pogubiliśmy się zupełnie i prawie godzinę wracaliśmy do hotelu. Poruszanie się po tym mieście, to spore wyzwanie – nie chodzi nawet o to, żeby nie błądzić, bo po kilku dniach problem przestanie istnieć – po prostu samo przechodzenie przez jezdnię wymaga refleksu i opanowania godnego pilota myśliwca. Teoretycznie powinno być to proste, na większych skrzyżowaniach są światła, ale ich synchronizację można uznać za dosyć pionierskie rozwiązanie w zakresie regulacji ruchu – światła czerwone i zielone na przecinających się ulicach palą się równocześnie, toteż nikt nie zwraca na nie większej uwagi. Szerokimi, kilkupasmowymi ulicami śmigają tysiące motocykli i skuterów – 75% wszystkich pojazdów, żadnego z kierowców nie obchodzi nic, co dzieje się poza ich góra 15 stopniowym kątem widzenia. Już po minucie obserwowania ich zachowania na drodze zrozumieliśmy, że jedynym co może zmusić ich do zatrzymania, czy choćby zwolnienia, jest tylko perspektywa nieuchronnego zderzenia się z pojazdem o masie większej od własnej. Wchodząc na jezdnię po zapaleniu się zielonego światła dla pieszych zapomnij, że zdołasz przebiec dalej, niż do połowy ulicy zanim ono się zmieni i w tym momencie zostaniesz natychmiast otoczony z obu stron mijającymi cię o centymetry motorami. Jedyne co pozostaje, to stać nieruchomo i modlić się, aby żadnemu z motocyklistów ręka nie zadrżała podczas manewru. Wypatrujesz 2-3 metrowej dziury w przelewającej się obok ciebie niczym prądy wezbranej rzeki kolumnie motocykli i samochodów, obliczasz tempo i szybkimi susami  pokonujesz kilka kroków, po czym gwałtownie zamierasz rozpłaszczając się jak deska  i mamrocząc zdrowaśki, albo inne zaklęcia. Potem znów 2-3 kroki i kiedy po paru takich cyklach dobrniesz wreszcie do krawężnika, to nie możesz się doczekać kolejnej ulicy... Z tą polisą na pokrycie kosztów leczenia za granicą to nie był taki głupi pomysł – 230 zł za 3 miesiące, ale naprawdę warto...

  

26.07 WTOREK

Pobudka o 9-tej, nasze przyhotelowe biuro załatwia chińskie wizy, ale cena 55$ nie zachęca do skorzystania z oferty. Zorientowaliśmy się, że polski konsulat mieści się mniej – więcej w połowie drogi do chińskiego i postanowiliśmy zasięgnąć tam najpierw języka na temat ceny wizy chińskiej. Po 15 minutach doszliśmy do Sajgon Center, jednego z nielicznych tu wieżowców, konsulat mieści się na 11 piętrze. Na szczęście w godzinach porannych ruch uliczny jest o połowę mniejszy, co oszczędziło nam kilku stanów przedzawałowych. Wita nas miły tubylec około 50-ki, doskonale mówiący po polsku. Facet najwyraźniej się tu nudzi i jest zachwycony naszą wizytą, na pytanie o cenę wizy chińskiej natychmiast łapie za telefon i chwilę później informuje, że pojedyncza  30$ i cztery dni czekania, za każdy dzień przyspieszenia ok. 10$ więcej. Czyli bezpośrednio w konsulacie dużo taniej. Spacerem wracamy do hotelu po mapę – tak to jest, kiedy robi się wszystko we dwójkę – burza mózgów i spychologia. Spoglądając na kręte uliczki wątpimy, czy trafimy tam nie tracąc zbyt dużo czasu. W końcu, kwadrans przed 11-tą łapiemy dwie motocyklowe taksówki (8.000 dongów od osoby) i jedziemy do konsulatu chińskiego, aby pocałować klamkę – 10 minut temu zamknęli (czynne od 8.00 – 11.00). Pracusie cholera. Piechotą wracamy do hotelu orientując się na górujący nad niską zabudową miasta wieżowiec Sajgon Center. Przynajmniej teraz już sami trafimy bez problemów do konsulatu chińskiego,  jakieś 40 minut na piechotę. Śniadanio-obiad w restauracji nieopodal hotelu – spora porcja frytek, dwa jajka sadzone, mała kostka sera topionego i rogal – 20.000 dongów. Doskonałe sheaki już od 5.000 dongów.  

Po południu wyruszamy na poszukiwanie tego supermarketu, tym razem już prosto w dziesiątkę – jakieś 20 minut od hotelu. Okazało się, że wczoraj poszliśmy dokładnie w przeciwnym kierunku. Spory chleb tostowy już od 10.000, wędlina (znośna, ale trzeba uważać na daty) 200g – od 15.000, australijskie masło 250g – 17.500, cola 1.5l – 8.500. Nie ma to jak lodówka w pokoju i ta świadomość, że na śniadanie lub kolację, zamiast smażonych noodli kanapka z szynką i pomidorem. Herbata lipton 20 torebek – 7.400. 

  

27.07 ŚRODA

Rano 7.30 idziemy piechotą do konsulatu. Trochę pokpiliśmy sprawę, wyrobienie wizy trwa 4 dni robocze, czyli prawdopodobnie byłaby dopiero na poniedziałek, a mamy coraz mniej czasu. Jeżeli nie zrobią na piątek, to nie ma sensu siedzieć tu tyle dni, tylko trzeba będzie w piątek stąd wyjechać, aby w poniedziałek być w Hanoi i w tamtejszym konsulacie zacząć całą tę procedurę od początku tygodnia. Okazuje się, że za odebranie wizy w piątek trzeba dopłacić aż 15$, zatem nic tu po nas. W drodze powrotnej do hotelu Kamila szaleje w tutejszych sklepach z akcesoriami plastycznymi. Dziesiątki gatunków doskonałych pędzli i pędzelków, a wszystko ponad 3 razy tańsze, niż w Polsce. Zresztą plastyczne uzdolnienia Wietnamczyków widać dosłownie na każdym kroku – dookoła dziesiątki pracowni – galerii. Obrazy olejne to najczęściej całkiem niezłe, jak twierdzi Kamila, kopie dzieł europejskich klasyków, solidne, rzemieślnicze „jelonkarstwo” i troszkę kiczowatych wariacji na tematy popkulturowe. No i mistrzowskie lokalne akwarele. Chyba dobrze udało mi się to powtórzyć... 

Tutejsze hotele oferują wycieczki dookoła Sajgonu (np. delta Mekongu, lub tunele z czasów wojny) w cenie przeciętnie ok. 10$, jesteśmy już jednak prawie  spłukani, ostatnie „rezerwy” trzymamy na dwudniowy rejs statkiem po zatoce Ha Long, koło Hanoi. Poza tym relikty komunistycznej partyzantki wietnamskiej mało mnie podniecają, może nawet byłbym w stanie zapłacić za obejrzenie tego, ale udawanie przed przewodnikiem zachwytu nad „bohaterstwem” komunistycznych bojowników, to jednak dla mnie trochę za dużo. Gdyby nie głupota Amerykanów, którzy dali się zgwałcić intelektualnie „pożytecznym idiotom” spod znaku zachodnioeuropejskiego lewactwa roku’68, zachwyconego czerwonymi książeczkami Mao i wsłuchanego w „pacyfistyczne” pobrząkiwanie rozmaitych naćpanych, muzykalnych przygłupów, nie byłoby kilku milionów ofiar tutaj i w Kambodży. Można mieć zastrzeżenia do obecnej polityki amerykańskiej na bliskim wschodzie, ale interwencja w Wietnamie była przykładem prawie bezinteresownego (tu nie ma ropy) poświęcenia życia i pieniędzy własnych obywateli, aby obronić miliony innych ludzi przed hordą zbrodniarzy – nie licząc perspektywicznego zdławienia komunistycznej zarazy w zarodku, zanim zacznie zagrażać im samym. Po wycofaniu się wojsk amerykańskich z południowego Wietnamu, komuniści bez problemu opanowali resztę kraju, rozsyłając „bratnią pomoc” do Kambodży, dzięki czemu banda tamtejszych degeneratów zdołała objąć władzę. Dlaczego ci posiadający największe muskuły, mają zawsze najmniejsze mózgi? Bo w naturze musi panować równowaga. Prawie śmieszne... 

No i się w końcu doigraliśmy. Wypadek z naszym udziałem, mieliśmy sporo szczęścia, że sami nie trafiliśmy do szpitala. Po południu byliśmy w supermarkecie, aby uzupełnić lodówkę i pod wieczór poszliśmy poszukać prezentów dla rodziny. Niektóre ulice nieopodal Ben Thanh Market są naprawdę szerokie, a świateł tam nie ma. Zmagając się tutejszymi kierowcami nabraliśmy już podczas tych dwóch dni pewnej wprawy w przekraczaniu jezdni – tak nam się do tej pory zdawało – i nagle rutyna nas zawiodła. Nauczyliśmy się już tego, że obojętnie, czy na światłach, czy na pasach, nikt się nie zatrzyma, więc trzeba wchodzić na ulicę korzystając z każdej kilkumetrowej luki w rzece pojazdów, licząc na swój refleks i mocne nerwy. Błędnie jak widać zakładaliśmy, że skoro są takimi drogowymi „twardzielami” i nie odczuwają potrzeby zatrzymania się lub zwolnienia, aby umożliwić przechodniowi przekroczenie ulicy, to są w tym przynajmniej dobrzy, czyli jeżeli tylko nie spękasz na widok mknącego prosto na ciebie roju pojazdów i się nie poruszysz, to nic ci nie grozi. Po kilku minutach czekania na pasach wypatrzyliśmy małą lukę w potoku motocykli i weszliśmy na jezdnię. Udało nam się dojść do połowy, chwilę potem znów otoczył nas rój kłębiących się pojazdów i staliśmy między pasami wypatrując kolejnej luki. W pewnym momencie zdałem sobie sprawę, że było ich zbyt dużo i jechały zbyt blisko siebie, aby w takiej sytuacji skutecznie manewrować, a my nie mieliśmy już odwrotu. Z nerwami naciągniętymi jak struny staliśmy nieruchomo, czując nieomal dotyk prawie ocierających się o nas motocykli. Tym razem jednak się nie udało. Dwa jadące bardzo blisko siebie i prosto na nas motory były dosłownie zakleszczone między dziesiątkami innych i na jakieś trzy metry przed nami ich kierowcy zrozumieli, że nie zdołają nas już ominąć, ani wyhamować. Jeden z nich skręcił gwałtownie kierownicą zderzając się z sąsiednim. Pierwszy wyłożył się na płasko i przeszorował po asfalcie kilka metrów, zdążyliśmy uskoczyć dosłownie w ostatniej chwili. Drugiego wyrzuciło ze dwa metry w górę i robiąc w powietrzu prawie pełną pętlę grzmotnął o ziemię. Jeszcze przed chwilą słyszałem ogłuszający huk zderzenia obu pojazdów, teraz miałem wrażenie jakby to wszystko działo się w niemym kinie. Ten, który przetarł kilka metrów asfaltu wygramolił się powoli spod swojego motoru i próbował stanąć na nogach, drugi po tym potężnym uderzeniu o ziemię leżał nieruchomo koło potrzaskanego jednośladu. Okrzyk Kamili – o Boże, on nie żyje! – przywrócił mi pracę bębenków w uszach. Na drewnianych nogach podszedłem do niego – młody facet w moim wieku – i przyłożyłem mu ucho do ust i palce do tętnicy szyjnej. Po kilku długich sekundach wyczułem rytmiczne pulsowanie pod palcami i słaby oddech. Żyje, ale jakie ma obrażenia? Wstrząs mózgu na 100%, a kręgosłup? Jeżeli nie przeżyje, to nas tu zlinczują, albo wsadzą do paki za spowodowanie wypadku ze skutkiem śmiertelnym, czy kogoś tu będzie obchodziło, że przechodziliśmy prawidłowo na pasach? Wątpię. Kątem oka zauważyłem przejeżdżającą karetkę – w pierwszej chwili pomyślałem, że wezwał ją któryś innych kierowców lub przechodniów, ale przecież od całego zdarzenia minęło zaledwie może ze dwie minuty. Teraz wszystkie auta i motocykle omijały nas szerokim łukiem, a dookoła zaczął gromadzić się tłumek gapiów. Wybiegłem na ulicę próbując zatrzymać tę karetkę, ale kierowca patrząc obojętnie na to pobojowisko minął mnie dodając gazu. Ten pierwszy, który wstał już o własnych siłach, miał kilka krwawych otarć na rękach i twarzy, ale poza tym wyglądało, że nic mu nie jest. Drugi nadal leżał nieruchomo, a nad nim pochylali się zaciekawieni gapie. Dopiero teraz zauważyłem, że na spodniach mam dwie spore kropelkowe smugi jasnej krwi, jakby po gwałtownym przecięciu tętnicy. Wróciłem do leżącego, rozpinając mu koszule i spodnie szukałem oznak krwotoku, ciemna krew z otarć tego pierwszego nie mogła być raczej przyczyną śladów na moich spodniach. Nie zdążyłem obejrzeć go dokładniej, bo kilku z gapiów złapało go pod ręce i potrząsając nim gwałtownie usiłowali postawić go na nogach. Kiedy to nie pomogło, zaczęli na zmianę naciskać mu klatkę piersiową i brzuch. Próbowałem ich odpędzić, ale nie dało rady. Kompletni szaleńcy, jeżeli facet ma jakiś uraz kręgosłupa, albo inne wewnętrzne obrażenia, to zaraz będzie po nim. Ale oni traktowali to jak doskonałą zabawę i śmiejąc się szarpali nim coraz mocniej. W pewnym momencie otworzył oczy, a ja na sekundę zamknąłem swoje obawiając się, że zobaczę jak facet dostaje konwulsji. Na szczęście nic takiego nie nastąpiło, oczy miał co prawda otwarte, ale widać było, że mózg nie odzyskał jeszcze kontroli nad ciałem. Wietnamczycy zachęceni tymi postępami w terapii trzymając go pod ręce postawili do pionu, kilka razy osuwał się bezwiednie na ziemię, w końcu oprzytomniał i nadal podtrzymywany pod ręce wodził otępiałym wzrokiem dookoła próbując zrozumieć, co się stało. Pierwszy z poszkodowanych podszedł do nas wraz z kilkoma gapiami i powiedział, żebyśmy sobie poszli. Inni też uśmiechając się lekceważąco pokazywali nam, abyśmy się stąd ulotnili. Nie bardzo nam się to podobało, jeżeli zjawiłaby się policja, to dopiero mielibyśmy przechlapane, chcieliśmy zostać przynajmniej do przyjazdu pogotowia, aby mieć pewność, że facet otrzyma fachową pomoc. Oni jednak chyba nie spodziewali się przyjazdu karetki, bo pierwszy podniósł swój motocykl, posadził na nim tego półprzytomnego drugiego i przytrzymując go odpalił maszynę, a po chwili razem odjechali. Ten drugi, poważniej uszkodzony motocykl odsunęli na chodnik i po chwili gapie zaczęli się rozchodzić. Widząc, że nic tu już po nas, również odeszliśmy. Mamy nadzieję, że mieli na tyle rozumu, by pojechać do szpitala na dokładniejsze badania. Pewnie już się nie dowiem, skąd ta krew na moich spodniach. Chyba, że będzie z nim źle i wtedy policja może zacząć nas szukać. Czasami zdarza się, że kilka minut po takim wypadku szok pozwala znieczulić ból ostrzegający o poważniejszym urazie i jeżeli pomoc nie zostanie udzielona na czas... Lepiej o tym nie myśleć, na pewno pojechali do szpitala, chyba nie są tacy głupi, by to zlekceważyć... Cholera, człekokształtni na motocyklach, pozabijają się, ale nie zatrzymają, a my teraz przez nich nie będziemy mogli spokojnie zasnąć zastanawiając się, czy wyszedł z tego bez szwanku, czy nie.         

  

28.07 CZWARTEK 

Rano spacer do katedry Notre Dame, niedaleko chińskiego konsulatu. Jak na katedrę, to nie jest one zbyt wielka. Katolicy stanowią 10% mniejszość, ale radzą sobie nieźle. Jak na tych klika dni w Sajgonie (zwolennikom nazwy Ho Chi Minh proponuję, by Katowice nadal nazywali Stalinogrodem) widzieliśmy kilka kościołów, wszystkie starannie utrzymane i niezależnie od pory dnia zawsze kilkanaście modlących się osób – starsze kobiety, ale i sporo młodzieży. Pewne różnice kulturowe są jednak nie do przeskoczenia – postacie świętych, poza Jezusem, mają ewidentnie skośnookie rysy – zakładam, że nie są to tylko rzeźby kanonizowanych tubylców, o ile tacy są. No cóż, skoro powstają już czysto komercyjne wizerunki Buddy z twarzą Dawida Beckhama, to trudno mieć do Wietnamczyków pretensję, że dostosowują panteon świętych do swojej estetyki, ale wygląda to trochę zabawnie.  

Ciągle zastanawiamy się, co się dzieje z tym facetem z wczorajszego wypadku i dlaczego tak szybko chcieli nas stamtąd spławić, zarówno ten z lżejszymi obrażeniami, jak i reszta gapiów. Nie chodziło chyba o uchronienie nas przed jakimś samosądem, bo nie okazywali wrogości, może po prostu bali się konfrontacji z policją? Mogłoby to oznaczać, że jakieś reguły kodeksu drogowego jednak tu obowiązują (choć naprawdę trudno w to uwierzyć) – na pasach pierwszeństwo mają najczęściej piesi. Dopiero teraz zaczęliśmy się zastanawiać, jak przechodzą tu przez jezdnię dzieci i starcy – rozwiązanie okazało się banalnie proste, po prostu nie przechodzą. Jeżeli już, to tylko na światłach, poza tym, przy tych największych ulicach nie widać zbyt wielu starszych ludzi. Może po prostu chodzą dookoła dłuższą drogą, aby unikać przechodzenia ruchliwych ulic.  

Spore zakupy w dużym sklepie koło katedry i objuczeni jak wielbłądy wracamy do hotelu. Po drodze zaglądaliśmy do sklepów z pamiątkami i symptomatyczna historia. Kamila wzięła do ręki jakąś podstawkę pod kadzidełka – tandetny, pomalowany gipsowy odlew udający nieudolnie rzeźbiony kamień. Podając mi to „cudo” do obejrzenia nie wiedziała, że składa się to-to z dwóch części i oczywiście dokonaliśmy nieumyślnej dewastacji. Jasne było, że trzeba będzie zapłacić „frajerskie”, ale pani zażyczyła sobie dolara więcej, niż wtedy, kiedy  widząc „zainteresowanie” Kamili wyceniła przedmiot na 2$. Bez słowa podałem jej 2$ i wyszliśmy. Ręce, nogi i członek opadają... 

  

29.07 PIĄTEK 

Rano rezerwacja biletów do Hanoi – najtańsza opcja 19$. Szkoda tylko, że młoda i bardzo miła dziewczyna w biurze ma tak koszmarny akcent, w ogóle nie idzie jej zrozumieć, poza tym niewiele wiedzą o biletach, które sprzedają. Na najprostsze pytania dotyczące czasu odpowiada z zakłopotaną miną „yes” lub „no”, albo słowotokiem łamanej angielszczyzny, z którego nic nie wynika. Wiemy tylko, że bilet jest łączony, bo odległość jest zbyt duża (ponad 1800 km), aby pokonać ją jednym autokarem i będą cztery przesiadki: Sajgon – Nhatrang – Hoi An – Hue – Hanoi. Tłumaczymy dziewczynie, że zależy nam na czasie i zapewniła, że czas oczekiwania na kolejny autobus nie przekroczy 10 godzin i oczywiście tylko w ciągu dnia. Wyjazd dziś o 20.00, a w Hanoi w poniedziałek rano – to jakieś 60 godzin. 

W południe wyprowadzka z hotelu i ostatnich kilka godzin łażenia po mieście, mżawka i chłodno.   

Kilka minut po 20-tej podjeżdża autobus, raczej podrzędnej marki. Małe, ciasne i niezbyt miękkie siedzenia, noc nie będzie zbyt wesoła. Na szczęście nie ma klimatyzacji, a ruchome szybki w oknach są małe...

 

Zatoka Ha Long - jak zepsuć jedno z piękniejszych miejsc na swiecie?