Pierwszy kontakt z tubylcami i od razu nabieramy do nich uprzedzenia. Nasz autokar, którym przyjechaliśmy wraca do Bangkoku, a my podzieleni na kilka mniejszych grupek dalej pojedziemy lokalnymi furgonetkami. Wcześniej kambodżańscy kierowcy zalecają nam wymianę dolarów w tutejszym kantorze. To też jeden z najdziwniejszych kantorów, jakie widziałem – żadnej tablicy z podanymi kursami, za to aż dwóch uzbrojonych żołnierzy. Kambodżański riel jest prawie bezwartościowy, unikają go sami obywatele tego kraju. Z naszego Lonely Planet wiemy, że większość cen hoteli i transportu podawana jest w dolarach, ale trudno będzie płacić dolarami o dużych nominałach za drobne zakupy. Pytam o aktualny kurs, ale kasjer zbywa mnie mamrotaniem  - OK, OK. Wymieniam 25$ podając 50-kę. Facet w okienku namawia mnie do wymiany całości, w końcu bardzo niechętnie wydaje mi 25$ reszty i 100 tys. rieli. Czyli oferowany kurs to zaledwie jakieś 3000 rieli za dolara. Nasz przewodnik podaje, że powinno być co najmniej 4000, a przecież to wydanie sprzed roku, podczas gdy inflacja jest tutaj co najmniej dwucyfrowa. Chcę cofnąć tę transakcję, ale kasjer tłumaczy, że co najwyżej może dokonać wymiany w drugą stronę. Mam ochotę wyciągnąć tego małego karalucha zza okienka i zgnieść w palcach, ale insekt przezornie posyła ostentacyjne spojrzenia w kierunku uzbrojonych żołnierzy. Bandytyzm w biały dzień i to całkiem legalny. Trzeba tu będzie uważać na każdym kroku, to kraj w którym kilkanaście tysięcy byłych komunistycznych zbrodniarzy nadal jest na wolności, a niektórzy nawet ciągle pracują w aparacie państwowym.

Droga spod granicy tajskiej do Siem Reap to klasyk gatunku, chyba najgorsza droga na świecie. Pokryta rdzawym piaskiem przypomina te góry z Yahgshuo w miniaturce, dosłownie dziura na dziurze. Średnia prędkość jaką osiągamy, to w porywach 20km/h, a mimo to furgonetka podskakuje tak, że odbijamy się od ścian, podłogi i sufitu furgonetki jak piłeczki pingpongowe. W środku jest strasznie ciasno, plecaki zajmują cały tył pojazdu i siedzeń jest za mało, kilku z nas siedzi na niewygodnych i połamanych „dostawkach”. Za oknami monotonny krajobraz, tylko pola uprawne ciągnące się po horyzont, aczkolwiek ich niesamowicie fluorescencyjny zielony kolor przyciąga wzrok. Nigdy jeszcze nie widzieliśmy traw o tak intensywnie zielonym kolorze – kambodżańska zieleń, nawet tumany czerwonego kurzu wzbijane przez nasz bus w promieniu kilku metrów nie są w stanie jej przyćmić.

Dochodzi 19-ta, według rozkładu powinniśmy być już na miejscu, tymczasem podobno przejechaliśmy zaledwie 120 km, a od granicy do Siem Reap jest jakieś 200. Zatrzymaliśmy się na kolację w przydrożnej restauracji – ceny jak na Azję horrendalne. Puszka coli dolar. Smażone kluski instant (takie jak z torebkowej zupku) posypane kilkoma anemicznymi warzywkami – 8000 rieli. Przy okazji potwierdził się rzeczywisty kurs – 4000 za dolara.

Na miejscu jesteśmy dopiero kilka minut przed północą – wjeżdżając do miasteczka przecieramy oczy. Nigdy nie widziałem jeszcze tylu luksusowych hoteli w takiej dziurze, naliczyłem chyba z piętnaście, kontrast z resztą tubylczej zabudowy porażający. Kierowca podwiózł nas od razu do hotelu, prawdopodobnie „po linii familijnej”. Kiedy wyciągnęli nasze plecaki z busa, nie wytrzymałem – mój był dosłownie cały przemoczony rudym błotem. Kierowcy na granicy układali je kiedy byliśmy w „kantorze”, na podłodze pod siedzeniem musiała być spora kałuża wody (skąd się tam wzięła?), co w połączeniu z czerwonym piaskiem jakiego nazbieraliśmy kilkanaście kilogramów podczas jazdy dało taki miły efekt. Szofer był najwyraźniej rozbawiony całą sytuacją – aby skłonić go do chwilowej refleksji nad swoim samozadowoleniem zadałem mu kilka kontrolnych pytań na temat różnic między mózgami ludzkimi, a oślimi i czy ze swoimi rzeczami też postępuje w podobny sposób. Zrobił minę z gatunku „spotkamy się w ciemnej uliczce koleś”, ale tylko schował się obrażony do samochodu. Bałwan. Najpierw zachęcał nas do wymiany pieniędzy w tej mafijnej spelunie, teraz nie umie uszanować cudzej własności.

  

20.07 ŚRODA

Pobudka o 11-tej. Hotel nazywa się Pagn Gna Angkor –  spore, w miarę czyste pokoje z łazienkami (zimna woda) – dla nas tylko po 4$. Myślałem, że po tej wczorajszej awanturze pod furgonetką zaśpiewają nam dwa razy drożej, a tu okazało się, że od innych rzeczywiście brali więcej. Holendrzy z którymi jechaliśmy zapłacili 6$ za taki sam pokój. Być może właściciel chciał nas trochę udobruchać i wynagrodzić te zniszczenia, chociaż mógł przypuszczać, że po północy nie będziemy błądzić po obcym mieście z nieoświetlonymi ulicami szukając innego.

Wyszliśmy na spacer po miasteczku – droga nędza, chyba tak to można określić. Za to wszędzie coś budują, nawet solidnie, a niekiedy nawet bardzo elegancko, ale wszystko to stoi przy brudnych, zapuszczonych i piaszczystych ulicach. Regularnych sklepów z podanymi cenami niewiele, a na ulicznych kramach cena dla białego X3. Ale nawet w normalnym sklepie też niezbyt tanio – nieduży chleb 1$, mały słoik dżemu 1.5$, puszka coli 0.5$, 1.5l wody – 0.6$. Podaję ceny w dolarach, bo tak są oznaczone na półkach, przyjmują też riele po kursie 4000. Nieopodal jest duży targ, gdzie kupujemy owoce. Oczywiście miejscowi nie znają ani słowa po angielsku, więc targowanie na migi. Jest w tym coś niesamowitego, zaobserwowaliśmy to zresztą już wcześniej w Chinach, Laosie, Tajlandii, czy Malezji – otóż w przypadku bariery języka jedynym dostępnym i najbardziej logicznym sposobem zapytania o cenę, jest wzięcie czegoś do ręki i zrobienie „pytającej” miny. Z uwagi na to, że w sklepach, czy na ulicznych stoiskach, gdzie nie ma podanych cen, od białych na ogół żądają więcej, niż od tubylców, takie zachowanie jest w pełni uzasadnione. Reakcja sprzedawców w ponad 70% przypadków jest rozbrajająca – odpowiadają takimi samymi zdziwionymi minami, nawet kiedy dla ułatwienia pokazujemy pieniądze i palce wyprostowane do liczenia. Nic nie pomaga, nie rozumieją, o co tym białym dziwadłom chodzi? Przecież to oczywiste, że on bierze, np. wodę, podaje jakiś banknot, ja wydaję tyle, ile mam ochotę (lub wcale) licząc mu 2 razy więcej i wszystko gra. A tu białe dziwadło robi jakieś głupie miny, o co im chodzi?

Obiad w hotelowej restauracji – ryż z symbolicznymi warzywami i drobiowymi skwarkami (podobno kurczak) – 1.5$. Właśnie przestało lać i wybieramy się na mały rekonesans do Angkoru, przed jutrzejszą całodniową wyprawą. Bilet jednodniowy kosztuje 20$, ale po południu, przed zamknięciem można wejść za darmo na jakąś godzinę i obejrzeć zachód słońca. Trzeba tylko wynająć rikszę za średnio 3$  – świątynie są kilka kilometrów za miastem. Dwaj Koreańczycy z naszego hotelu częstują mnie swoim obiadem – polowym fast foodem. Otwierają spory słoik z grubego szkła i sypią z niego jakieś ćwierć szklanki proszku wyglądającego na bułkę tartą. Dolewają wody i mieszają, zawartość puchnie w oczach – wygląda to teraz na jakiś kisiel z grudkami. Smak nie jest rewelacyjny, nie tyle ostry, co „szorstki” – nie potrafię tego inaczej opisać. Tłumaczą, że proszek składa się z mielonych warzyw, orzechów, mięsa i całej gamy ziaren. Najważniejsze, że jest to bardzo pożywne, tanie i łatwe w przygotowaniu w trudnych warunkach. Ze względu na te zalety, takich odżywek używa również armia. Kilogramowy słoik kosztuje jakieś 10$, a można na nim przeżyć tydzień. Tłumaczą, że gdybym zamiast odżywiać się kuchnią tubylczą miał kilka takich słoików, to nie schudłbym 10 kilko podczas tych dwóch miesięcy...

Jazda do Angkoru zajmuje jakieś 20 minut. Po przyjeździe na miejsce jestem trochę zdziwiony, nigdzie nie ma budki z biletami, poza tym kiedy przekraczaliśmy wrota pierwszej bramy nikt nie sprawdzał żadnych biletów. Wygląda, jakby każdy mógł sobie wejść bez płacenia. Pytałem naszego rikszarza, ile kosztuje wstęp dla tubylców, ale chyba nie zrozumiał lub udawał, że nie rozumie...  

Zachód słońca nie robi aż takiego wrażenia, świątynie leżą na wschodzie i nad ruinami można obejrzeć co najwyżej wychodzący powoli księżyc. Wschód słońca byłby o niebo ciekawszy. Jak ktoś jest chętny, trzeba wyjść z hotelu pół do piątej... 

  

21.07.CZWARTEK

Nie zdobyliśmy się na taki heroiczny wyczyn. Kamila twierdzi, że to niezgodne z naturą, a człowiek  dobrowolnie opuszczający łóżko o tej porze musi być dewiantem... W dodatku wczoraj do północy tłukliśmy dziesiątki komarów w naszym pokoju. Nie mam pojęcia, którędy wlatują, bo w oknach są siatki wyglądające na szczelne. Kiedy wreszcie poszliśmy spać, to po pierwszej w nocy zwaliła się kolejna grupa turystów (głównie Niemcy), kwaterowali się strasznie głośno wydzierając się w niebogłosy i trzaskając drzwiami. Byli bardzo zdziwieni, kiedy otworzyłem drzwi i kazałem im się w końcu zamknąć. Kilku ze szczerym oburzeniem wymieniało komentarze na temat takiego braku kultury. Nowa Lepsza Kultura bezstresowego wychowania – cywilizacja białego człowieka chyli się ku upadkowi. 

Wczorajsza ponad półgodzinna praca poszła na marne, kiedy dziś rano poruszyłem kontrolnie zasłoną, wyleciało znów przynajmniej z dziesięć moskitów, a w łazience aż się od nich roi. Czyżby przyłaziły kanalizacją? Cholera wie, ale tłuczenie ich co dzień będzie trochę uciążliwe, a preparaty do smarowania powoli się kończą. Jeżeli jeszcze każdej nocy przez hotel będą przewalać się hordy takich krzewicieli kultury, to czarno to widzę.

Kilka minut po 7-mej z rikszarzem z naszego hotelu pojechaliśmy do Angkoru. Trasa za 10$ (po 5 od łebka) + bilety po 20$ obejmowała pięć obiektów. Angkor został założony przez króla Khmerów Jayavarmana II (jako stolica państwa) około 800r. czyli stosunkowo późno w porównaniu do wielkich metropolii antycznego świata śródziemnomorskiego. Miasto może jednak zaimponować swoim rozmachem - w czasach świetności mieszkało tu ponad milion ludzi, na powierzchni ok. 100km/kw. Nie należy mylić całego kompleksu miejskiego Angkor (w tłumaczeniu "stolica") z Angkor Wat (świątynią) zbudowaną w połowie XIIw. przez króla Suryavarmana II i poświęconą hinduskiemu bogowi Wishnu. Na przełomie XII i XIII w. król Jayavarman VII na gruzach zniszczonego przez Czamów (lud pochodzący z południowego Wietnamu) Angkoru, wzniósł nową stolicę Angkor Thom, otoczoną  murami 3/8 km, z główną świątynią Bayon. Król ten nazywany był ostatnim wielkim budowniczym Angkoru - za jego panowania wybudowano jeszcze kilka innych świątyń, między innymi Ta Phrom, zaś buddyzm stał się religią państwową. Wyjaśnia to religijno - architektoniczny mętlik panujący w świątyniach Angkoru, gdzie buddyzm przeplata się z wcześniejszym hinduizmem.     

Stolica Khmerów była kilkakrotnie oblegana i częściowo niszczona przez armie sąsiedniego Syjamu. Około roku 1430 po ostatecznym podboju dokonanym przez Syjam, miasto zostało z niewiadomych przyczyn opuszczone (naukowcy jak dotąd nie potrafią odgadnąć przyczyny - epidemia, susza, zanieczyszczenie wody?), a stolica khmerskiego królestwa została przeniesiona do Phnom Penh. Zapomniane i ukryte w dżungli miasto przez setki lat popadało w ruinę - agresywne rośliny wdzierały się każdą szczelinę oplatając kamienne ściany. Odkrył je dopiero w 1860r. francuski podróżnik Henry Mahout, a już na początku XXw. kilka z nich zostało oczyszczonych z roślin i częściowo odrestaurowanych. Podczas II wojny światowej (inwazja japońska) prace zostały wstrzymane i kiedy wreszcie ponownie przystąpiono do przywrócenia miastu dawnej świetności, rozpoczęła się inwazja komunizmu. Najgorsze, że podczas prac rozebrano doszczętnie część świątyń na czynniki pierwsze. Kamienne bloki opisywano i numerowano, aby później po oczyszczeniu terenu i poprawieniu wszystkich usterek złożyć je z powrotem. Niestety, objęcie władzy w Kambodży przez szajkę Pol Pota wypłoszyło archeologów i inżynierów, dokumentacja techniczna przepadła, a dodatkowo  Czerwoni Khmerzy wykorzystujący ruiny jako składy amunicji dokonali sporych dewastacji i obecnie powrotne złożenie kamiennych "klocków" jest już niemożliwe.      

 Po wyjściu z Angkor Wat udaliśmy się do świątyni Bayon z XIIIw. ozdobionej setkami twarzy przedstawiających najprawdopodobniej fundatora króla Jayavarmana VII skrzyżowanego z Buddą, gdzie musieliśmy przepychać się przez setki japońskich turystów. Oczekiwanie aż miejsce się wyludni było bezsensowne, to przerób taśmowy, jedna wycieczka za drugą, a szkoda, bo miejsce jest wybitnie stworzone do przynajmniej chwilowego „zagubienia się”. 

Potem świątynia „schodkowa” przypominająca aztecką piramidę – kompletnie zniszczona, pozbawiona jakichkolwiek detali, wrażenie robi tylko jej ogrom – w jaki sposób tysiąc lat temu zdołano wykonać taki projekt inżynieryjny. 

Następna Ta Phrom (XIIIw), najlepsza zaraz po Bayon, z kikutem drzewa, które oplotło korzeniem część budowli. Tam udało nam się wyczekać moment, kiedy wszystkie wycieczki znikły w czeluściach lasu i przez chwilę byliśmy tam sami. Uciekając przed deszczem znaleźliśmy nieopodal jeszcze kilka pomniejszych ruin porośniętych drzewami. Nawet pomimo tego deszczu miałem straszną ochotę posiedzieć tam kilkanaście minut, niestety uporczywe myśli - czy nasz kierowca czeka w umówionym miejscu, czy stracimy po raz kolejny z pół godziny na poszukiwanie go - potrafią zepsuć całą przyjemność przebywania w tym miejscu.

I wreszcie ostatnia (taka sobie), której nazwy nie znam, ponieważ nasz rikszarz – przewodnik potrafił się bezproblemowo porozumieć tylko w kwestiach finansowych. Mimo dosyć młodego wieku mieszka tu jednak trochę, niestety nie potrafił powiedzieć nawet kilku zdań o żadnej z nich. Na domiar złego zaczął się oddalać bez uprzedzenia i dwa razy musieliśmy na niego czekać ponad pół godziny, a potem jeszcze szukać go w strugach deszczu. W warunkach azjatyckich 10$ za 8 godzin jazdy rikszą na ograniczonej przestrzeni to spory zarobek i nawet tego nie potrafią wykonać solidnie – liczenie na dodatkowe walory w postaci kilkuzdaniowej informacji, to już zbytek optymizmu. Oni są jednak koszmarnie leniwi.  

Po powrocie zarezerwowaliśmy bilety do Phnom Penh na jutro – po 4$. Podczas kolacji właściciel proponuje nam załatwienie noclegu w stolicy, w hotelu u jego krewnych, po tej samej cenie i z bezpłatnym dowozem spod dworca. Ponadto obiecał, że zadzwoni do nich, aby sprawdzili godziny otwarcia konsulatu wietnamskiego, byśmy w razie czego nie pocałowali klamki. Internet dość drogi – dolar za godzinę, a łącza katastrofalne, po 15 minutach nie otworzywszy poczty daliśmy sobie spokój. Właściciel hotelu pociesza nas, ze droga do Phnom Penh jest już o niebo lepsza i podróż potrwa góra 5 godzin. 

  

22.07 PIĄTEK

Wystartowaliśmy kilka minut po 8-mej i punkt 14-ta byliśmy w stolicy, gdzie już czekali na nas dwaj kierowcy z hotelu. Autobus jak na warunki kambodżańskie w miarę sensowny (z silnym akcentem na te warunki), a wrażenia z jazdy godne wnikliwszych badań. Zaczęło się już na początku, podczas ładowania naszych plecaków do luku bagażowego - kierowca kopał w nie bezmyślnie, próbując upchnąć w przestrzeni ponad połowę mniejszej, niż była do tego konieczna. Później zatrzymaliśmy się przydrożnym zajeździe na posiłek, gdzie jednym z głównych dań były pieczone pająki wielkości dziecięcej dłoni, poukładane na talerzach stertami jak faworki. Kiedy już tubylcy najedli się do syta i wrócili do autobusu, bez żadnego skrępowania dawali upust fizjologii. W niektórych kulturach bekanie po jedzeniu należy do dobrego tonu, ale czy uwalnianie powietrza końcowym odcinkiem przewodu pokarmowego również? Wnioskując ze skali zjawiska, to puszczanie bąków w autokarze chyba jednak należy do tutejszej etykiety, bo robili to dosłownie wszyscy i bez żadnego skrępowania – pierwszy raz żałowaliśmy, że w klimatyzacja w autobusie ledwo dyszała, a okna się nie otwierały. Nawet w najkoszmarniejszych snach nie przypuszczałem, że kiedyś będę modlił się o klimę, jak to jednak człowiek mało o sobie wie... Każdemu to, na czym mu najmniej zależy...  

O historii najnowszej tego nieszczęsnego kraju i obecnym systemie politycznym napiszę jeszcze później, ale jednego nie sposób od razu nie skomentować. W każdej mijanej, nawet zgniłymi dechami zabitej wiosce najokazalszym budynkiem jest siedziba Kambodżańskiej Partii Ludowej (postkomunistycznej), dosłownie wszędzie wiszą kolorowe, wyczesane szyldy reklamujące Kambodian People’s Party. Po ich ilości można wnioskować, że skupiają sporą część społeczeństwa. Może gdyby zamiast komunistycznym głupotom, więcej czasu poświęcali rzetelnej pracy, to ten kraj wyglądałby inaczej. Tu jak widać, też wszyscy są specami od polityki, jeszcze się dobrze podpisać nie potrafią, ale już „pomysłów w głowie pół tysiąca, jak rozpie...lić świat do końca...”.  

Tragedia kraju zaczęła się od połowy lat 60-tych, z powodu komunizującego króla – idioty Sihanouka, który uprawiał Amerykanom dywersję wspomagając komunistów z Vietcongu, a potem obalony przez amerykańskiego agenta, generała Lon Nola, błąkał się po Chinach zachęcając komunistów do aktywniejszych działań. Niestety Lon Nol nie potrafił utrzymać władzy w pogrążającym się coraz bardziej w anarchii kraju i Sichanouk na czele Zjednoczonego Frontu Kambodżańskiego powrócił na tron tylko po to, by oddać go w prezencie jednemu z największych psychopatów nowożytnej historii – wychowankowi skomunizowanej Sorbony Salothowi Sarowi, vel Pol Potowi.     

O 14-tej jesteśmy na dworcu i dwoma motorami przysłanymi z hotelu OK! Guset House jedziemy w okolice Royal Palace. Pokój na antresoli, z oknem na... kuchnię, wysoki na jakieś 1,7m – problem w tym, że mam ponad 1.8m. Przyda mi się trochę pozycji pokutnej... Grunt, że jest czysty, z własną łazienką i setkami mrówek – 5$. Hotel leży w bocznej uliczce, po wyjściu na główną, jakieś 60 metrów na prawo jest spory supermarket, ceny do przełknięcia – puszka coli 0.3$, woda 1.5l – 0.35$, chleb od 0.5$. 

  

23.07 SOBOTA 

Z hotelu wynajęliśmy dwie motocykle na cały dzień (6$ każdy), kierowcy mają pokazać nam cztery dowolne miejsca w stolicy – wybraliśmy Killing Fields (pola śmierci), muzeum – więzienie Tuol Sleng, Wat Phnom i jakiś meczet. 

Killing Fields leżą na peryferiach Phnom Penh, jakieś pół godziny jazdy, z czego ostatnie 10 minut przypomina ten kawałek od granicy, do Siem Reap. Wstęp kosztuje 2$, a przy wejściu rejestracja danych personalnych (imię i kraj z którego przybyłeś). Jak zwykle jestem trochę rozczarowany – spodziewałem się czegoś więcej. Jest to jeden z największych masowych grobów, które są pamiątkami po czasach reżimu Pol Pota, tymczasem tu stoi tylko niewielka wieżyczka (stupa) z kilkoma poziomami zebranych tu czaszek. Niewielka tablica pamiątkowa i tylko tyle, chociaż to miejsce jednej z największych kaźni w historii. Zresztą sporo było tych największych – w sumie, ilościowo to „kropla w morzu” ofiar komunizmu na całym świecie. Dopiero przeliczenie liczby ofiar na liczebność ówczesnej populacji tego kraju daje inną perspektywę – ¼ ludności wymordowana przez własny rząd.

 Dołączamy do jakiejś kilkuosobowej grupy prowadzonej przez tutejszego przewodnika i drepcząc za nim słuchamy jego opowiadania. Wydobyto tylko czaszki (8 tys.), reszta kości nadal leży w ziemi, niezbyt głęboko zresztą, po każdym kolejnym deszczu piasek odsłania fragmenty szkieletów. Na potwierdzenie swoich słów przewodnik schyla się i podnosi z ziemi ludzki ząb osadzony na centymetrowym kawałku kości. Pytam przewodnika, dlaczego wydobyli tylko same czaszki i odpowiada – bo nie byłoby miejsca na wszystkie kości. Trochę dziwne to wytłumaczenie, w tutejszej kulturze najpopularniejszym sposobem  pochówku jest kremacja, z drugiej strony może chodzi właśnie o ten szokujący efekt, jakiego doświadczają tu zwiedzający dosłownie stąpając po wystających z ziemi kościach? Rozmawiam z nim kilka minut – o obecnych władzach również nie ma najlepszego zdania, teoretycznie potępiają komunistyczne zbrodnie, ale więcej w tym słów, niż czynów. Kambodian People’s Party i kilka innych o podobnym rodowodzie i ideologii, wygrywające każde kolejne wybory głosami ogłupionego motłochu... Demokracja... Mówię mu, że jesteśmy z Polski i kiwa ze zrozumieniem głową – więc wam nie muszę wszystkiego wyjaśniać... Nie chce uwierzyć, że u nas też partia postkomunistyczna bez problemu może wygrać wybory, nawet przy poprawce na skalę zbrodni tu i tam. Po obaleniu przez wojska sąsiedniego Wietnamu dyktatury Pol Pota, większość czerwonokhmerskich zbrodniarzy zrzuciła mundury i wmieszali się w zwykłą ludność. Nie było to takie trudne, bo oprawcy na ogół nie mordowali w stronach rodzinnych, gdzie mogliby zostać rozpoznani. Podobnie było z ofiarami, wywożono je na drugi koniec kraju i dopiero tam zabijano, aby utrudnić ewentualną identyfikację. Tylko kilku wyższych funkcjonariuszy komunistycznej dyktatury zostało osądzonych, sam Pol Pot dożył sędziwej starości, okolicach granicy laotańskiej. Dopiero w wieku 84 lat, czyli ponad 5 lat po obaleniu został zabity w tajemniczych okolicznościach – być może z zemsty, a być może za dużo wiedział i ktoś przestraszył się jego ewentualnych zeznań. Większość mieszkańców Kambodży niechętnie rozmawia o tamtych czasach, zresztą taka rozmowa może być dużo trudniejsza dla zadającego pytania cudzoziemca – skąd ma wiedzieć, czy rozmawia z rodziną którejś z ofiar (prawie wszyscy stracili wówczas jakiegoś członka rodziny – oprawcy też), czy ze zbrodniarzem? Lustracja? Nie da rady, reżim Pol Pota w większości opierał się na analfabetach – za umiejętność czytania i pisania dostawało się kulkę w łeb, archiwa prowadzono tylko na wyższych szczeblach systemu, szeregowi „bojownicy rewolucji”, czyli bezpośredni oprawcy często nie byli ewidencjonowani, wystarczyło, że po prostu się znali. Kości ofiar przykryła ziemia, zbrodniarze przebrali się w cywilne ubrania i po wszystkim. Przewodnik opuszczając oczy mówi, że z jego rodziny przeżył tylko on, jednego z braci zabito na jego oczach – za zerwanie banana bez pozwolenia. Ma 40 lat, tłumaczy, że nigdy się nie ożeni, bo nie może mieć pewności, kim byli rodzice żony. Jego postawa nie jest jednak reprezentatywna, większość Kambodżan udaje, że temat nie istnieje – było minęło, popularność partii  postkomunistycznych i tych planujących budować „nowy socjalizm bez wypaczeń” (zresztą innych partii tu nie ma) w pełni to potwierdza. Nie potrafię zacytować mu na pocieszenie nauk naszych rodzimych „autorytetów moralnych” – zapomnijmy o przeszłości, razem idźmy w świetlaną przyszłość trzymając się radośnie za ręce i pojednajmy się – mordercy z ofiarami, dupa z batem, doprowadzeni do nędzy i upodleni z obecnymi „biznesmenami” zawdzięczającymi majątki swoim zbrodniom i rabunkom, a wszystkie jagnięta niech zasną spokojnie w objęciach swoich wilków...  Tffu, co za szambo i pomyśleć, że nawet za 20-30 lat ten cały syf podmieciony pod dywan nadal będzie cuchnął. My możemy i nie chcemy tego posprzątać – uczył Marcin Marcina i przyganiał kocioł garnkowi...

Godzinę później jesteśmy w Tuol Slang – jednym z największych i najważniejszych więzień śledczych. Przewinęło się tu kilkanaście tysięcy ludzi – „wrogowie ludu”, ale też i funkcjonariusze reżimu, którzy popadli w niełaskę (w myśl zasady, że rewolucja pożera własne dzieci). Kiedy Wietnamczycy tu wkroczyli, zastali setki zmasakrowanych ciał. W prawie każdej celi na pryczach leżeli ludzie zatłuczeni tępymi lub ostrymi narzędziami – łomami, szpadlami. Jedynymi pamiątkami są te łóżka i zdjęcia z tamtego okresu. Te robione przez dokumentalistów i te z archiwów reżimu – zdjęcia ewidencyjne wszystkich tu więzionych. Jedno ze zdjęć ewidencyjnych przedstawia kilkuletniego chłopca, metkę z numerem więziennym ma przypiętą agrafką bezpośrednio do ciała na torsie. Większość z nich ma smutne i ponure miny ludzi świadomych okrutnego losu, jaki ich czeka. Niektórzy jednak uśmiechają się, jakby pozowali do rodzinnego albumu. Jest tu z nami ten przewodnik poznany na polach śmierci, nie potrafi tego wytłumaczyć. Nie rozumieli swojego położenia? Niemożliwe. A może... Nie... Chyba jednak nie, raczej nie zadawaliby sobie trudu, aby marnować klisze na fabrykowanie dokumentacji ewentualnych konfidentów.

Więźniów było tak dużo, że nie wszyscy mieli swoje cele, leżeli więc na podłodze przykuci za kostki stalowymi klamrami do długich prętów, ściśnięci jeden przy drugim. Najpopularniejszą torturą oprócz bicia, było wieszanie na wykręconych do tyłu rękach lub topienie, czasami z użyciem prądu. Niemowlęta zabijano rzucając nimi o ściany. Więzienie składa się z kilku budynków – przewodnik mówi, że zachowały się tu jakieś archiwa, ale rząd nie ma pieniędzy, aby je zbadać, poza tym nie wiadomo, czy nawet chce...

Wat Phnom to jedna z najważniejszych świątyń w Phnom Penh, mieści się na wzgórzu, skąd jednak nie roztacza się zbyt ciekawy widok. Przy głównej ścieżce prowadzącej na wzgórze stoi kasa, w której pani pobiera od nas po dolarze do łebka. Podczas spaceru dookoła wzgórza trafiamy na ścieżkę bez kasy. Na wzgórzu zaczepia nas strażnik i pyta o bilet. Z tą kasą, to chyba jakaś ściema, bo dopiero teraz zaskoczyliśmy, że po zapłaceniu nie dostaliśmy żadnych biletów. Tłumaczymy, że zapłaciliśmy w kasie po drugiej stronie wzgórza. Patrzy na nas podejrzliwie, ale w końcu odchodzi. Jeżeli pani nie wydaje żadnych biletów, to muszą tu mieć fenomenalną pamięć... 

Sama świątynie nie powaliła nas na kolana. Troszkę już nam się opatrzyły te buddyjskie klimaty –  świątynie w Tajlandii, Laosie i tu wyglądają prawie tak samo, różniąc się co najwyżej jakością użytych materiałów i starannością wykonania. 

Pół godziny czekania pod wzgórzem na naszych kierowców – pojechali na obiad, mieli wrócić o 14.30 i trochę się spóźniają, a tu dosłownie nie da się wysiedzieć spokojnie pięć minut, bo natychmiast zlatują się gromadki żebrzących dzieci. Najgorsze jest to, że nie wyglądają na nędzarzy. Kambodża jest krajem bardzo biednym, ale te dzieci są przynajmniej w miarę czysto ubrane i nie zdradzają śladów patologicznego niedożywienia – nędzy, którą można zaobserwować np. w Indiach, gdzie widziałem setki umierających powoli z głodu. Te tutaj, żebrzą z bezczelnymi minami, bo tak je wychowano – biały ma dużo dolarów, więc ma dać, bo nam się należy... 

Meczet to już kompletne nieporozumienie, na turystycznej mapce, którą dysponowali nasi kierowcy – przewodnicy, opisany jest jako największy w mieście. Na miejscu okazało się, że to opustoszała rudera o niezbyt ciekawej architekturze. Wiedzieliśmy, że islam jest tu tylko marginesem, aczkolwiek tym bardziej liczyliśmy na coś więcej. Niepotrzebnie.  

Kwadrans po 15-tej byliśmy z powrotem w hotelu i obiad w hotelowej restauracji. Kelnerów bardziej interesuje film wyświetlany na dużym telewizorze obok recepcji, niż goście. Przyjmują zamówienia niedbale, wpatrzeni w ekran. Kilka minut później przynoszą mi danie zamówione przez innego klienta. Zacząłem już jeść (te potrawy są do siebie tak podobne, że konia z rzędem temu, kto by się połapał) i myślałem, że będzie jakaś zabawa gratis, na szczęście Koreańczyk dla którego ten talerz był przeznaczony okazał się wyrozumiały i przejął moje zamówienie (na szczęście ceny były podobne).  

Wizy do okolicznych krajów można załatwić w recepcji hotelu – pobierają co prawda kilkudolarowe prowizje, ale załatwiają piorunem. Wczoraj wieczorem zostawiliśmy paszporty i dziś po 18-tej odbiór (weekend, piątek na sobotę) –  wietnamska 35$. Gdybyśmy chcieli załatwiać sami w konsulacie, to dopiero w poniedziałek. Wiza tajska też 35$, laotańska 45$. Przy okazji zamawiamy bilety do Sajgonu na pojutrze – 6$. To najtańsza i najkrótsza opcja, przez Bavet/Moc Bai. Jak ktoś ma jeszcze troszkę więcej kasy i czasu, to może sobie wydłużyć trasę do przejścia w Kaam Samnor/Vinh Xuong w delcie Mekongu – autobus i prom – jakieś 20-30$, w zależności od szybkości promu. To nam przypomina, że jesteśmy w trasie już ponad 2 miesiące i niedługo kończą się nasze wizy – mamy niecały miesiąc na wyjechanie z Mongolii i Rosji, a przed nami jeszcze Wietnam i powrót przez Chiny.  

Wieczorem spacer wzdłuż pobliskiego nabrzeża rzeki Tonle Sap, uchodzącej niedaleko stąd do Mekongu. Po drugiej stronie ulicy Royal Palace, ale to zostawiliśmy sobie na jutro. Pasaż pełen jest zawodowych żebraków, młodych, zdrowych, zdolnych do pracy, ale natrętnych i bezczelnych. Ojcowie i matki uczą żebrać swoje dzieci. Czy oni się kiedyś pozbędą tych zdegenerowanych nawyków? Kambodian People’s Party i jej władza wygłosowana demokratycznie przez takich cwaniaczków... Ale czy u nas jest inaczej...? Są naprawdę bezczelni i prowokują otwartymi zaczepkami. Kiedy podejmuję rękawicę i koncentruję się na tym najbardziej zadziornym pytając, czy ma jakiś problem, cwaniaczek natychmiast chowa się za plecami kolesiów, zbijają się w grupkę i nabierając w ten sposób animuszu ponawiają zaczepki. Jest już ciemno, ale to centrum miasta – po ich bezczelnych minach widać, że w ciemnej uliczce, pewni swojej przewagi byliby gotowi na rozbój. Lata niewyobrażalnego zwyrodnienia, jakiego doświadczyli za Pol Pota zbierają żniwo. Nawykli do okrucieństwa, zdemoralizowani, nauczeni bez skrupułów uderzać z tyłu, kiedy nie mają śmiałości spojrzeć w oczy, do tego anonimowo pomieszani – byli zbrodniarze z ofiarami. Ilu byłych komunistycznych aktywistów przerzuciło się teraz na rozboje, już nie w imię obłąkanej ideologii, ale dla zysku? Przecież oni nic innego nie potrafią i nawet chyba nie chcą się tego oduczyć, a władzy nie zależy specjalnie na tym, by ich wychować, bo i po co? Kto by na nich wtedy głosował? Koszmar, kółko zwyrodnienia i kretynizmu się zamyka.  

  

24.07 NIEDZIELA

Rano kilkugodzinny spacer po mieście i po południu do Royal Palace. Tym razem o mało co nie trafiłem za kratki, muszę się jednak nauczyć znosić spokojnie ich półjawne złodziejstwa, bo kiedyś to się naprawdę źle skończy.  Znów typowa dla nich zagrywka, coraz bardziej mi się tu podoba. Wstęp 3$ + jeszcze 2$ za bilet fotograficzny. Kiedy weszliśmy do królewskiej świątyni jeden ze strażników nakazał mi schować aparat. Pokazałem mu bilet za 2$, ale strażnik stwierdził, że nic go to nie obchodzi i tu zdjęć robić nie wolno. Ciśnienie zaczęło mi się powoli  podnosić –  trasa zwiedzania jest bardzo krótka, a najciekawszego nie wolno fotografować, nawet po zapłaceniu tych dodatkowych 2$. Wróciłem do wejścia i zapytałem jednego ze stojących tam strażników, po co naciągają zwiedzających na te dodatkowe bilety, jeżeli potem i tak nie wolno robić zdjęć – chyba nie płaci się tych 2$ za przywilej fotografowania toalet i parkingu. Facet odpowiedział, że dlaczego nie, i że to doskonały pomysł, poczym z cwaniackim uśmieszkiem wskazał ręką na najbliższą toaletę. Zażądałem zwrotu tych 2$, ale śmiejąc się złośliwie odmówili. Nawet nie zdobyli się na jakąkolwiek próbę wytłumaczenia tego, zadowoleni z siebie, że oskubali kolejnego frajera byli tak bezczelni, że tym razem nie wytrzymałem i nie bacząc na różnicę sił podszedłem do jednego z nich wtykając mu ten bilet w wykrzywione śmiechem usta. Zaczął coś wrzeszczeć, a czekający w kolejce inni turyści obserwujący całą scenę rozstąpili się przezornie. Było ich dwóch, w mundurach, ale bez broni. Kilka sekund patrzyliśmy się na siebie, ale na krzykach się skończyło. Straciłem ochotę na dalsze zwiedzanie i umówiłem się z Kamilą pod bramą. Jedno mnie tylko pociesza, żadna z osób które czekały tam w kolejce na pewno nie zapłaci im tych dodatkowych 2 dolców. Cieszę się, że już jutro wyjeżdżamy z tego kraju. Ludzie koszmarni – chciwi, leniwi, bezczelni, zdemoralizowani. Obserwując dzisiejszych mieszkańców Kambodży zastanawiam się, czy coś ich może jeszcze łączyć z przodkami tej potężnej i wielkiej cywilizacji, która stworzyła Angor? Raczej już nic. Komunizm w tak skrajnym wydaniu doszczętnie przewrócił do góry nogami całą społeczną strukturę – jeżeli elitę tego kraju (jakakolwiek by ona wcześniej nie była) eksterminowano już od szczebla umiejących pisać i czytać wzwyż, a w ich miejsce zajęła szumowina, to skutek musi być taki. Czy społeczeństwo, którego struktura była przez dziesiątki lat kształtowana w oparciu o zasadę selekcji negatywnej może jeszcze się pozbierać? Komunizm jest dla kraju tym, czym gwałt dla kobiety. Już nigdy nie będą takie same. Z drugiej strony, Chińczykom trudno zarzucić takie chamstwo i lenistwo - można się irytować z powodu bałaganu jaki potrafią zrobić dookoła (szczególnie w pociągach i autokarach), aczkolwiek różnica między nimi a Kambodżanami jest porażająca. Pewne państwa powinny jednak pozostać koloniami i to dla własnego dobra.

 

Good morning Vietnam...