16.07 SOBOTA 

Tym razem było naprawdę ostro, jak tak dalej pójdzie, to wyląduję tu albo w szpitalu, albo w celi śmierci. Autokar był klasy delux, co oznaczało klimatyzację tej samej jakości. Wyjechaliśmy z Hat Yai o 20.00 i już po godzinie siedzenia pół metra od tego kurestwa rozbolały nas głowy i jako bonus dostałem ostrego kataru. Różnica między temperaturami na zewnątrz i w autobusie wynosiła ponad 15 stopni – na zewnątrz 30, w środku góra 15. W nocy było potwornie zimno, nauczeni doświadczeniem przed wejściem do autokaru wybebeszyliśmy plecaki wyciągając długie spodnie, skarpetki, swetry i polary, ale przy panującej wewnątrz temperaturze mogliśmy liczyć co najwyżej na efekt placebo. Zaczęło się już w Chinach (pociągi), od tego czasu dosłownie co kilka dni mamy objawy infekcji nosa, gardła i zatok. Teraz już rozumiem, dlaczego wszyscy tu tak zapamiętale plują i smarkają. W jednym z przewodników o Chinach przeczytałem, że ich zwiększona podatność na infekcję dróg oddechowych wynika ze spłaszczonych nosów, charakterystycznych dla rasy skośnookiej. Gdyby mądrala, który to napisał przejechał  choć godzinę tutejszym autokarem lub pociągiem, to nie bredziłby o „kształcie nosa” jako przyczynie tych chorób. Kilka razy, najuprzejmiej jak tylko potrafiłem prosiłem obsługę autokaru o przynajmniej godzinę amnestii od tego cholerstwa, ale mieli miny jakbym prosił ich o oddanie narządów do transplantacji. Co za popieprzone bezmózgi. Przecież nie chodzi o siedzenie w zaduchu i smrodzie, ale można byłoby chyba ustawić ten nawiew na temperaturę nie narażającą na utratę zdrowia. Najbardziej irytujący jest dowód ich kretynizmu – rozdają wszystkim małe koce do przykrycia, co znaczy, że doskonale zdają sobie sprawę z uciążliwości jaką wywołują nastawiając to gówno na maxa.  Religia zabrania im to przykręcić, czy jak? Przykrycie kocem pozwala ogrzać się od szyi w dół, ale lodowaty wiatr cały czas atakuje głowę i trzeba go wciągać w płuca, a zarzucenie koca na głowę nie pozwala swobodnie oddychać. Nad ranem już nie wytrzymałem i zwymyślałem kierowcę tak, że naprawdę niewiele brakowało do rękoczynów.  

Na South Terminal w Bangkoku przyjechaliśmy kilka minut przed 8-mą i spławiając natrętnych taksówkarzy postanowiliśmy poszukać miejskiej komunikacji. Nareszcie coś miłego na dzień dobry. Facet, którego pytaliśmy o autobus na Khao San zaproponował nam podwiezienie swoim samochodem – było mu po drodze. Pół godziny później byliśmy na miejscu. Kamila chciała dać mu na pamiątkę jakąś pocztówkę z Polski – zabrała kilkanaście na drobne prezenty dla wszystkich, którzy wyświadczyli nam jakąś uprzejmość, ale kiedy zaczęła grzebać w plecaku facet chyba pomyślał, że szukamy pieniędzy by mu zapłacić i pośpiesznie odjechał. 

Tym razem znaleźliśmy dużo lepszy hotel – Sweety Guest House (160 bathów, dwójka bez łazienki, ale czysta) – niedaleko Khao San, wejście również od głównej ulicy, przez zakład fryzjerski. Dziś sobota, więc nie ma po co bujać się do konsulatu kambodżańskiego. Po tych dwóch koszmarnych nocach w autokarach miło będzie teraz zalegnąć aż do jutra rana... 

  

17.07 NIEDZIELA    

Śniadanie na ulicy (smażony makaron z kiełkami sojowymi - 15 bathów i bananowy naleśnik – 15 bathów) i na zakupy. Już od kilku godzin staram się kupić klapki po prysznic na którymś z setek kramów i zaczyna to być odrobinę irytujące. Nawet w Polsce, w dowolnym większym sklepie lub na bazarze można je kupić za góra 7-8 PLN, tymczasem tu wszyscy żądają min. 4$. Może gdybym miał jakiegoś znajomego tubylca, to kupiłby za pół tej ceny, ale niestety... Wreszcie trafiłem na jakąś wyprzedaż i zapłaciłem 80 bathów, czyli 2$.  

Obiad w McDonaldsie – duży zestaw 85 bathów. Z dwóch McDonaldsów w okolicy polecam raczej ten koło ronda, niż ten na samym Khao San – taniej i luźniej.         

   Wieczorem kolacja na ulicy (tym razem żuków z dużymi oczami nie było, a szkoda) i piwo w „7/11” (50 bathów butelka 0.5l) – Kamila stawia na moje urodziny (o cholera, jak to szybko leci) sprzed trzech dni. Prawdziwa kobieta zawsze wie, czego potrzeba facetowi przeżywającemu kryzys wieku średniego... 

  

18.07 PONIEDZIAŁEK

Od rana staramy się wymienić dolary i niestety nie jest to proste zadanie. Wszystkie tutejsze banki i kantory nie wydają reszty w wymienianej walucie. I tak podając 100$ nie masz co liczyć na to, że wymienisz sobie 20$ na walutę tajską, a 80$ otrzymasz z powrotem. Wymieniają w całości banknot, jaki im podasz, najwidoczniej takie mają przepisy. Mamy już tylko wysokie nominały, jutro wyjeżdżamy i nie potrzebujemy wymieniać całej setki. Próbujemy rozmienić u któregoś z białych, ale nikt nie pali się do takiej charytatywnej transakcji. Nic dziwnego zresztą, Khao San to Mekka wszelkiej maści szulerów, cwaniaczków i naciągaczy, nikt nie ma zaryzykuje wymiany 100$ banknotu niewiadomego pochodzenia. W końcu okazało się, że wymieniając jedną setkę na pół powinniśmy wyjść na styk, bez konieczności płacenia prowizji, za wymianę w drugą stronę. Ale są trochę bezczelni i nawet nie starają się ukrywać swojej pazerności na dolary – nie bardzo to rozumiem, bo tutejsza waluta jest dosyć mocna i ceniona w okolicznych krajach, a takich praktyk nie stosują nawet w pięć razy biedniejszym Laosie.    

Później, podczas śniadania denerwująca porcja innego tutejszego buractwa. Drugą, najpopularniejsza tu siecią sklepów jest „Family mart”, gdzie wstąpiliśmy zachęceni reklamą promocji hot-dogów o dość sporych rozmiarach – 14 bathów. Zamówiłem jednego i sprzedawca (gówniarz z głupkowatym uśmieszkiem) podliczył mnie na 22 bathy. Spytałem go o cenę wydrukowaną wołami na tablicy reklamowej przy kasie i stoisku z hot-dogami, ale tylko wzruszył ramionami. Zdążyłem już napocząć bułkę, więc dopłaciłem te brakujące 8 bathów, zwracając mu uwagę, że powinien usunąć tę tablicę i nie wprowadzać klientów w błąd. Kamila, widząc jaka jest sytuacja zrezygnowała z zakupu. Zaraz po tym jak wyszliśmy, Kamila przypomniała sobie, że na ladzie przy kasie zostawiła prawie całą półtoralitrową butelkę wody kupioną kilka minut wcześniej w innym sklepie. Weszła po nią z powrotem i za chwilę wybiegła oburzona mówiąc, że ten typek z tym swoim cynicznym uśmieszkiem nie chciał oddać jej butelki. Wpadłem do środka i pofatygowałem się do niego za ladę, pytając o naszą wodę. Tym razem instynkt samozachowawczy nakazał mu schować ten złośliwy uśmieszek do kieszeni, ale w dalszym ciągu robił sobie z nas jaja, tłumacząc z niewinną minką, że żadnej wody na ladzie nie było. Inny sprzedawca z drugiej strony lady (zachowujący się troszkę grzeczniej) cofnął się przezornie kilka kroków jakby przeczuwając, że jego koleś może za chwilę przemieścić się kilka metrów w poziomie bez dotykania podłogi, ale perspektywa możliwości nawiązania w ten sposób bliższego kontaktu z tutejszymi służbami penitencjarnymi powstrzymała mnie od takiego rozwiązania. Otworzyłem najbliższą lodówkę, wyjąłem z niej pierwszą – lepszą półtoralitrową butelkę wody i naśladując jego bezczelny uśmieszek wyszedłem. Byliśmy tak zaskoczeni tą historią, że ponad pół godziny zastanawialiśmy się, czemu to miało służyć i na co ten koleś liczył? Można tu spotkać tysiące naprawdę sympatycznych, uprzejmych, chętnych do pomocy ludzi, ale czasami znajdzie się taki pawian, że aż trudno uwierzyć. Oni chyba nie posiadają elementarnych mechanizmów samokontroli i to już na takim najbardziej podstawowym poziomie. 

Rozgrzani tym incydentem jedziemy po wizę Kambodżańską, z Khao San autobusem nr 15 (6 bathów) do National Stadium Skytrain Station, skąd kolejką dwa przystanki do stacji Rathadamri (15 bathów). Po zejściu z estakady jeszcze jakieś 200 metrów i potem w lewo. Wejście do konsulatu nie jest zbyt dobrze wyeksponowane i trzeba ostro czaić, żeby nie minąć. Wnioski przyjmują do godziny 12.00, odbiór między 17-18.00. Wiza kosztuje 1100 bathów, a więc tylko 50 bathów taniej, niż w dowolnym biurze podróży na Khao San – nie bardzo opłaca się zatem jechać do konsulatu, choć z drugiej strony zawsze to jakaś okazja do zwiedzenia miasta. Do tej pory poznaliśmy stare miasto z kompleksem królewskim, tu mieliśmy okazję rzucić okiem na Bangkok XXI wieku. Z okien kolejki Skytrain wygląda to miejscami naprawdę imponująco, ale nie trzeba się specjalnie wysilać, aby w okolicach „szklanych domów” dostrzec rozlatujące się ze starości obskurne rudery. 

Wracamy na Khao San, na obiad w McDonaldsie – znienacka całe miasto roi się od tysięcy dzieciaków w szkolnych i „skautowskich” mundurkach, wszędzie się kręcą i trudno chodzić chodnikami. Równocześnie pojawiły się setki ulicznych kramów z książkami i szkolnymi przyborami – wygląda to na rozpoczęcie roku szkolnego, ale przecież kilka tygodni temu podczas poprzedniego pobytu w Bangkoku widzieliśmy dzieciaki wychodząc ze szkoły. A zresztą co nas to obchodzi, my jesteśmy na wakacjach. Wakacje... tak się może wydawać komuś, kto będzie to czytał siedząc w fotelu... To ciężka praca... 

W biurze na Khao San kupiliśmy bilety na autobus do Siem Reap w Kambodży – 270 bathów, prawie darmo. Przed 17-tą odbieramy nasze wizy i ze stacji Ratchadamri jedziemy jeszcze jeden przystanek kolejką do Silom, tutejszej dzielnicy czerwonych latarni – od momentu przyjazdu do Bangkoku obiecywaliśmy sobie wizytę w którejś z tutejszych jaskiń zepsucia. Spacerując trafiliśmy na małą ulicę rozpusty – kilkanaście burdeli, w drzwiach których młode i stare roznosicielki AIDS uśmiechając się zalotnie czekają na brzuchatych pięćdziesięciolatków, niczym barwne rosiczki na tłuste muchy. Niektóre są wystrojone w długie, kolorowe suknie z falbanami, inne trzymają image niegrzecznych lolitek. Podaż zdecydowanie przewyższa popyt, pora jest już właściwa, ale klienteli jak na lekarstwo. Nie zdecydowaliśmy się na odwiedzenie żadnego z barów – nigdzie przy wejściu nie ma informacji, że wstęp jest płatny, ale mam dziwne przeczucie, że po przekroczeniu drzwi wydostanie się stamtąd kosztowałoby nas przynajmniej kilkadziesiąt dolców. W drzwiach każdego z nocnych lokali stoją grupki tutejszych „dresiarzy” (to oczywiście określenie dotyczące walorów intelektualnych, a nie designu, bo mają na sobie lśniące jedwabne garnitury) – alfonsów, napakowanych i czekających tylko na nieostrożnego frajera, któremu widok gołego biustu lub czegoś jeszcze zakłóci podstawowe procesy myślowe. Po kwadransie mieliśmy już dosyć i wróciliśmy na przystanek 15-ki, a po czterdziestu minutach, około 21-ej byliśmy z powrotem pod hotelem.     

Wieczorem na Khao San małe zamieszanie, pod McDonaldsem stoi karetka i wóz policyjny. Na ławce leży „zwymiotowana” młoda, biała dziewczyna, a wokół niej krzątają się sanitariusze i policjanci. Od razu widać, że przedawkowała i sądząc po tym zamieszaniu, i obecności policji, raczej narkotyki, niż alkohol. Wybraliśmy się na ostatni spacer po Bangkoku, nie był to zbyt mądry pomysł, bo godzina była już późna. Wychodząc na  główną ulicę w kierunku Pomnika Demokracji (brrrr...) przeżyliśmy szok większy od tego, doświadczonego podczas poszukiwania hotelu w Johor. Ulica była już wyludniona, chodnikami przemykały nieliczne szczury, a bezdomni układali się do snu na ławkach. Usłyszeliśmy kroki za nami i odwróciliśmy się mimowolnie – Kamila aż zapiszczała z wrażenia, mi odruchowo zacisnęły się palce. To była prostytutka, aczkolwiek dokładne określenie, czy było to on, czy ona, mogłoby być potwierdzone chyba tylko podczas sekcji. Po rysach około 40-letniej twarzy pokrytej centymetrową warstwą pudru trudno było rozpoznać płeć, gdyż była ona koszmarnie zniekształcona kilkoma najprawdopodobniej operacjami plastycznymi – z męskiej na damską i z powrotem. Najgorsze były oczy, puste, trupie. Ta twarz przypominała mi trochę te "ryby – czaszki" z Underwaterworldu w Singapurze. Już w świetle dziennym jej/jego widok mógłby przyprawić o palpitacje serca, a co dopiero zostanie z nią/nim, sam na sam, w ciemnym pokoju... Nic, tylko wyobrazić sobie zakrzywione kły wampira wysunięte w kierunku szyi... 

Zapuściliśmy się w okolice Wat Saket ze złotą stupą na wzgórzu, ale po ciemku szybko straciliśmy orientację w kiepsko oświetlonych, długich i ślepych uliczkach. W końcu wpakowaliśmy się między jakieś rudery, taki tutejszy odpowiednik czarnego trójkąta: Brzeska – Ząbkowska – Kijowska (warszawiacy wiedzą, o co chodzi). Na szczęście nie powtórzyła się sytuacja z Kuala Lumpur i nie zaczepieni przez nikogo po prawie godzinnym błądzeniu wróciliśmy do hotelu. 

  

19.07 WTOREK 

Rankiem, kilka minut po 7-mej, po wymeldowaniu z hotelu idziemy kilkadziesiąt metrów pod biuro. Khao San wygląda na wymarłe – o tej godzinie powinno się już tu roić od handlarzy i ich kramów, a tu nawet jednego wózka, za to kilka policyjnych motocykli. Wygląda na to, że po tej wczorajszej historii z naszprycowaną dziewczyną, teraz robią ostry kipisz i albo popędzili wszystkich kupców, albo ci sami wynieśli się, żeby uniknąć bliższego kontaktu z węszącymi funkcjonariuszami. Setki wszechobecnych dotąd kramów wyparowały, nawet jednej kuchni z makaronem lub naleśnikami. Na szczęście są jeszcze hot-dogi w „7/11”.  

Autokar kategorii VIP, czyli znów ta pieprzona klima w wersji hardcore – na szczęście konstrukcja wylotów umożliwia zapchanie ich plastikowymi reklamówkami z pomocą taśmy. Jest to rozwiązanie połowiczne, bo po pewnym czasie zaczyna się „pocić” – lodowate powietrze nie znajdując ujścia zaczyna się skraplać. Trzeba będzie pomyśleć o kleju błyskawicznym – nie miałbym żadnych skrupułów przed potraktowaniem tego świństwa „kropelką”, aby zamknąć je na wieki wieków amen. 

Na granicy kambodżańskiej jesteśmy punkt 14-ta. Przedtem półgodzinny postój w knajpie przed posterunkami, gdzie można w kwadrans wyrobić wizę za 1200 bathów. Nawet nie trzeba mieć zdjęcia, bo urzędnik ma polaroida. 

Posterunek tajski po prostu koszmar, stoi nas tam ponad 50 osób (nasz autokar i jeszcze jakiś inny), w pełnym słońcu, ścisk taki, że nie da się nawet zdjąć plecaka. Najgorsze, że aby przetrwać tę chłodnię w autokarze, mamy na sobie długie spodnie, dodatkowe koszule i polary. Nie było czasu i możliwości przebrania się (plecaki w luku), przez co teraz prawie toniemy we własnym pocie. Nawet w tym ścisku, kiedy ledwo możemy się poruszyć, miedzy naszymi nogami przeciskają się żebrzące  kambodżańskie dzieci. Ponad godzinę zajęło dopchanie się do okienka imigracyjnego dla foreginersów – tylko jednego zresztą. Potem jakieś 200 metrów do posterunku kambodżańskiego – to chyba najdziwniejsza granica jaką widziałem. Na ponad dwustumetrowej ulicy łączącej oba punkty odpraw toczy się bujne życie biznesowe i towarzyskie, niczym na bazarze. Z jednej strony ta piaskowa ulica pełna najdziwniejszych pojazdów wzbijających tumany kurzu, typowo wiejskie stragany z owocami i kawałek dalej (najprawdopodobniej też w pasie transgranicznym) jakiś luksusowy hotel z kasynem. Jeżeli te odprawy tyle tu trwają, to hotel rzeczywiście by się przydał...

 

Kambodża dawniej i dziś, czyli nie od razu Angkor zbudowano...