10.07 NIEDZIELA

Autobusem 913 do terminalu granicznego i pół godziny później, kilka minut po 1-ej wchodzimy na most do Malezji. Spod terminalu są jakieś autobusy do Johor Bahru, ale nie chciało nam się czekać i płacić za ten kilometr z kawałkiem. Johor rzeczywiście zaczyna się zaraz za mostem i bez problemów trafiamy na główną ulicę. Poszukiwanie hotelu kończy się fiaskiem, jest ich tu co prawda kilka, ale ceny wprost niewiarygodne – od 80 RM za pokój. Jest już prawie pół do drugiej w nocy, ale miasto nie śpi. Na głównej ulicy, przy kawiarnianych stolikach bawią się (i to ostro) spore grupki mężczyzn. Piją wyczynowo niemal jak rodacy i są bardzo głośni, a kręcąc się wkoło z naszymi plecakami coraz bardziej zwracamy na siebie uwagę. W sklepie „7/11” spotykamy młodego Angola, który informuje nas o tanim hotelu w jakimś wysokim budynku na końcu ulicy. Kiedy tam doszliśmy, gmach wyglądał na wymarły. W pobliskim sklepiku potwierdzili, że jakiś hotel tam jest, ale o tej godzinie recepcja już jest zamknięta. Weszliśmy mimo to do środka, budynek był już ostro wysłużony, prawie rudera. Hotel podobno mieścił się na 13 piętrze, gdzie wjechaliśmy dużą kilkunastoosobową windą. Zaraz po wyjściu na korytarz usłyszeliśmy krzyki. Oczywiście, ani śladu żadnej recepcji, za to coraz intensywniejsze odgłosy jakiejś awantury. Nie zdążyliśmy schować się z powrotem do windy (odjechała), nagle otworzyły się drzwi w korytarzu i wyleciało z nich jakieś stworzenie w samej bieliźnie, dosyć skąpej zresztą. Z rysów twarzy i wylewających się z koronkowego biustonosza piersi wynikało, że powinna być to kobieta, ale jeden rzut oka na dolną część bielizny z dosyć sporą wypukłością niespotykaną raczej w tym miejscu u większości kobiet (w każdym razie tych, z którymi miałem do tej pory do czynienia) zachwiał moją pewność, co do płci owego osobnika. Pierwszy raz w życiu widzieliśmy prawdziwego „tranzystora” i to w jak najbardziej naturalnym środowisku. Nie zdążyliśmy się nadziwić, bo chwilę później wybiegł za nią/nim jakiś facet i chyba raczej nie spodziewał się, że nas tu zobaczy. Odruchowo zacisnąłem pięści, ale na szczęście gość nie wykazywał złych zamiarów. Zapytał, co tu robimy, a potem wyjaśnił nam, że recepcja jest gdzie indziej i niepotrzebnie się trudziliśmy, bo o tej godzinie nic już nie załatwimy. Założył koszulę i zaproponował, że pokaże nam inny hotel niedaleko. Nie bardzo mieliśmy ochotę na jego towarzystwo – baliśmy się, że po zaprowadzeniu nas w miejsce, które niekoniecznie musi nam przypasować, może nas molestować o kasę za pomoc. Jednak facet z góry powiedział, że nie chce żadnych pieniędzy, a nie powinniśmy się szwendać nocą po tym mieście, bo nie jest to zbyt bezpieczne. Obserwując towarzystwo pijące na ulicach i różnorodność tutejszego sektora erotycznego, w to akurat byłem skłonny uwierzyć. Różnica między Singapurem, a Johor Bahru jest porażająca, to jak granica innych cywilizacji, niewiarygodne, że te dwa światy dzieli zaledwie kilka kilometrów. Kiedy zjeżdżaliśmy z facetem windą, ta zatrzymywała się tym razem dosłownie co kilka pięter, a wchodzący do niej tubylcy przyprawiali mnie o kolejną porcję adrenaliny i mimowolne napinanie mięśni. Szczególnie jeden, z kilkoma bliznami na twarzy – włos zmierzwiony, wzrok dziki, suknia plugawa... (co za postać – to nie postać, to posiedzieć...). Musi tu być niezła mordownia.  

Okazało się, że facet pokazał nam jeden z hoteli, który już wcześniej sprawdzaliśmy (bezskutecznie) i po krótkiej naradzie postanowiliśmy przesiedzieć noc w jednej z knajp. Właściciel, muzułmanin był dosyć miły i nie naprzykrzał się z zamówieniami. Porozmawialiśmy kilkanaście minut, okazało się że pochodzi z Kannyakumari na południu Indii, więc znaleźliśmy kilka wspólnych tematów.  

Rano, kilka minut przed szóstą właściciel pokazał nam przystanek miejskich autobusów do dworca Larkin – pół godziny jazdy, 1.9RM. Postanowiliśmy pojechać na Perhentian, wyspę na wschodnim wybrzeżu Malezji, tuż przed  granicą tajską, polecaną przez chłopaków podczas naszego niespodziewanego spotkania w Kuala Lumpur. Przed nami jakieś 500 km. jazdy do Kota Bharu, niestety autobus odjeżdża dopiero o 20.00 (45RM). Oznaczałoby to trzecią z kolei noc spędzoną na siedząco zamiast w łóżku, to już troszkę ponad nasze siły.  Postanowiliśmy jechać do znajdującego się mniej – więcej w połowie drogi Kuantan (23.8RM) licząc, że stamtąd znajdziemy jakiś transport dalej. Autobus powinien odjechać o 9.30, ale dyspozytorzy nie traktowali swoich obowiązków zbyt poważnie. Stanowiska odpraw są co prawda ponumerowane, ale rozłożone dosyć chaotycznie, poza tym autobus spóźniał się ponad godzinę. Okazało się przy tym, że nie jedzie jeden, ale co najmniej dwa, a dyspozytor upychał pasażerów do autobusu według dosyć kumoterskich kryteriów. Do pierwszego, wyglądającego dosyć solidnie i komfortowo nie udało nam się dostać, chociaż byliśmy jednymi z pierwszych oczekujących na stanowisku. Kilkanaście minut później podjechał drugi, ale gruchot straszliwy. Kierowca z miną kelnerki z „Misia” Barei pokazał nam luk bagażowy – syf niesamowity, kałuża oleju rozlanego z odkrytego i pełnego w ¾ wiadra. Kiedy postanowiliśmy zabrać plecaki do środka, okazało się, że fotele z naszymi miejscami różnią się trochę od pozostałych – mniejsze, wyrwane z podłogi i kiwające się na wszystkie strony, no i oczywiście zionąca nad nimi ostro klima z powyłamywanymi klapkami. Pierdolca można już dostać z tą klimą (jeżeli kiedyś trafię do czubków, to na 100% z tego  powodu), autobus wygląda jak poradzieckie koszary, ale klima musi pracować na maxa. Nie wytrzymałem i odebrałem z kasy pieniądze za bilet. Postanowiliśmy jednak zaczekać do 20.00 na ten bezpośredni do Kota Bharu.   

  

11.07 PONIEDZIAŁEK

Znów to samo, naprawdę można z nimi ocipieć. Biały pasażer trafia się tam raz na tysiąc, więc wszyscy z kierowcą na czele wypytują się dokąd jedziemy i kilka razy wymieniamy nazwę Kota Bharu. Pół do szóstej rano budzimy się pod granicą tajską, kilkadziesiąt kilometrów dalej. Zawsze wydawało mi się, że natura wyposażyła homo sapiens w możliwość artykułowania różnorodnych dźwięków umożliwiających porozumiewanie się kodem rozbudowanym po to, aby łatwiej przekazywać sobie myśli, nawet te bardziej skomplikowane, niż nazwy miast. Czy natura nie jest jednak zbyt rozrzutna? 

Kilkanaście minut później złapaliśmy inny autobus jadący od granicy – 2.7RM i po godzinie byliśmy w Kota Bharu. Jest to jedyne miasto w Malezji, gdzie 99% większość stanowią muzułmanie. Wszyscy przypadkowo poznani pasażerowie na dworcu w Johor ostrzegali nas przed tym miastem – podobno tutejsi muzułmanie zaczynają się burzyć i ostatnio głośno tu było o jakichś terrorystycznych ekscesach, na tle oderwania się od reszty kraju.  

Autobus zatrzymał się w centrum miasta i po kilku minutach błądzenia z mapką znaleźliśmy hotel Backapkers Lodge Two – 20RM za dwójkę bez łazienki. Podczas prysznico – prania zwracam uwagę na kolor wody, lekko żółtawy. Tajemnica wyjaśniła się, kiedy wszedłem na dach, aby rozwiesić pranie. Zajrzałem do mieszczącego się tam zbiornika i włos mi się lekko zjeżył na głowie i nie tylko. Zbiornik miał wymiary trzy metry na trzy i wysoki na jakieś dwa. Był niczym nie przykryty, a kafelki wewnątrz pokryte kilkumilimetrową warstwą grzyba i pleśni, do tego pływające liście, owady, kawałki gałązek i wszystko inne, co mogło być przyniesione przez wiatr. Zbiornik znajduje się dokładnie nad pionem łazienkowym, a rury prowadzące z niego nie pozostawiały wątpliwości, skąd pochodzi nasza woda.  I pomyśleć, że jako dziecko bałem się zastrzyków i szczepionek...  

Kota Bharu nie jest jakimś szczególnie ciekawym miastem, to tylko baza wypadowa na pobliskie wyspy,  poza tym upał był niemożliwy (skóra dosłownie piekła mimo, iż mieliśmy już na ciele kilka warstw opalenizny) i staraliśmy się ograniczyć ilość spacerów. Zakupy najlepiej robić w pobliskim supermarkecie Mydin – trafiliśmy na kilka promocji: woda1.5l – 0.7RM, duży chleb tostowy – 2.4RM, rogaliki z czekoladą – 0.5RM, słoik dżemu – 4.5RM. Wyładowani żarciem jak wielbłądy wróciliśmy do hotelu – to zapas na kilka dni, które mamy spędzić na Perhentian, podobno nie ma tam za dużo sklepów i jest dosyć drogo. Przy okazji zapoznaliśmy się z tutejszą siecią fastfoodową, taki muzułmański odpowiednik McDonalds’a – stanowczo dużo gorszy i droższy – wolałbym jednak wydać te 9RM u Amerykanów. 

  

12.07 WTOREK

 Bilet powrotny na wyspę (prom) kosztuje 40RM (do nabycia w każdym hotelu) i odchodzi o 9.30 i 15.00. Jest jeszcze kilka innych, ale droższych i szybszych. Przystań leży kilkadziesiąt kilometrów od Kota Bharu i trzeba znaleźć kogoś, aby wspólnie wynająć taxi. Nie jest to trudne, gdyż większość gości to biali lub Japończycy, udający się stąd na wyspę. O 8.00 rano wychodzimy z hotelu i z parą poznanych przy recepcji Kanadyjczyków pakujemy się do czekającej taksówki – 7RM od łebka. Na przystani okazuje się, że trzeba jeszcze dopłacić 5RM jakiejś opłaty „ekologicznej” bo Perhentian wchodzi w skład parku narodowego. 

Łódź jest strasznie stara, trzeszczy i kołysze dość mocno, trudno mi się pisze, ale trzeba nadrobić dwudniowe zaległości...

Kompletna porażka. Chłopaki roztaczali przed nami wizję bajecznych plaż, z krystalicznie czystą wodą i drobniutkim piaskiem, a tu tymczasem other way of round... Są tam dwie wyspy – mniejsza i większa, radzili nam wybrać Long Beach, na mniejszej. Owszem, z łodzi wyglądało to bajecznie, ale kiedy wylądowaliśmy na brzegu miny trochę nam zrzedły. Kompletny śmietnik, plaża roi się od turystów i to hołoty w najgorszym gatunku – dosłownie na naszych oczach młoda paniusia, jakiś papierek po ciastkach i skórkę od banana – ciach – prosto w wodę, do pływającej już bogatej kolekcji petów, foliowych reklamówek i puszek. Przy okazji mnóstwo zanieczyszczeń naturalnych, woda lekko zielonkawa od glonów, zamiast piasku kilkucentymetrowa warstwa połamanych korali i muszli. Z tą nazwą Long Beach to też przesada – najwyżej 150 metrów i klify po obu stronach. Koszmar. Opowiadali, że takiej plaży nie widzieli nawet na wybrzeżach Afryki, więc spodziewałem się nie wiem jakich cudów, a tu taki pasztet. Figlarze cholera, no... 

Postanowiliśmy popłynąć na drugą wyspę, ale tutejsze taksówki wodne są dosyć drogie (2$), więc na razie próbowaliśmy jeszcze szczęścia po drugiej stronie wyspy. Nasi znajomi Kanadyjczycy dowiedzieli się, że można przejść wyspę na przełaj lasem, jakiś kilometr na Coral Beach. Niezbyt miła perspektywa, bo oprócz plecaków byliśmy dosłownie objuczeni rwącymi się już powoli reklamówkami z prowiantem. Przypłynęliśmy tu kwadrans przed południem i znów będziemy musieli zmarnować ponad pół dnia i kilka dolców zanim znajdziemy jakiś kąt.  

Coral Beach okazała się prawie taka sama (może tylko mniej turystów i pozostałości po ich gastronomii), ale zanieczyszczenie glonami i koralami podobne. Przy okazji, podczas półgodzinnego marszu przez las nieoczekiwane spotkanie z  jaszczurką o wymiarach małego krokodyla. Nagle usłyszeliśmy głośny tupot w krzakach i chwilę potem, kilka metrów od nas przeleciała dwumetrowa jaszczurka. Nie wiedzieliśmy, czy po prostu spłoszona uciekała przed nami, czy też chciała na nas zapolować i w ostatniej chwili się rozmyśliła, ale odetchnęliśmy z ulgą. Nawet zakładając, że byliśmy w czwórkę, to gdyby zaatakowała, komuś z nas nieźle by się oberwało... 

Kanadyjczycy skapitulowali i zostali, my postanowiliśmy poszukać jeszcze szczęścia na większej wyspie. Tym razem łódź kosztowała 10RM od łebka i po kwadransie wylądowaliśmy na ABC Beach. I znów jak poprzednio – z daleka raj, a po wyjściu na brzeg brodzimy w kawałkach połamanych muszli i korali, oraz innych morskich odpadków wyrzucanych przez ocean. Było już po 13-tej, a promy powrotne, za które zapłaciliśmy odchodzą o 8.00 i 12.00 – poza tym, dzień wcześniej trzeba zawiadomić via hotel, na którą plażę mają podesłać motorówkę – prom przybija tylko tam, gdzie mają zlecenie. Ostatni odchodzi o 16-tej, ale express i trzeba byłoby dopłacić prawie drugie tyle.  Musieliśmy rozejrzeć się za jakimś noclegiem. Hotel znaleźliśmy bez większych problemów, szyld „Seahorse Cottage” zaraz przy plaży, na baraku ze sprzętem do nurkowania (ten sam właściciel). Prosty drewniany domek z surowych desek, kryty słomą, na tyłach plaży – 20RM. Między deskami w ścianach i podłodze kilkucentymetrowe prześwity, łóżko (jedyny mebel) uzbrojone w podziurawioną miejscami moskitierę. Nie bardzo mi się tu podoba, ale jedną noc musimy tu zostać – nocleg, czy dopłata do promu o 16.00, wyjdzie na to samo. Co tu robić na zanieczyszczonej, najdalej 150 metrowej plaży? Chociaż Kamila twierdzi, że jej się tu podoba. Chyba jest chora. 

  

13.07 ŚRODA

Rankiem okazało się, że Kamila naprawdę nie najlepiej się czuje i być może trzeba będzie zostać jeszcze jedną noc. Nie bardzo mi się to uśmiecha, żarcie tu drogie, chleb skończył się już po dzisiejszym śniadaniu, a wydawało nam się, że mamy wałówkę na tydzień. Całe szczęście, że sympatyczny właściciel zapewnia non – stop gorącą herbatę lub kawę do wyboru, termos z wrzątkiem stoi na stoliku przed domkiem uzupełniany co kilka godzin. Obok  jest jeszcze kilka chaotycznie rozrzuconych, takich samych chatek należących do tego właściciela, wspólne prysznice i toalety znajdują się kilkanaście metrów od naszego, co jest dosyć wygodne, szczególnie w nocy. Nad drzwiami domków, na zewnątrz, wiszą gołe żarówki oświetlające okolicę w promieniu kilkunastu metrów, ale nikt ich nie nadużywa, aby nie przyciągać insektów. Przy okazji, jeszcze wczoraj, na moskitierze naszego łóżka zauważyłem sporego, włochatego pająka, niebezpiecznie blisko dziury w siatce. Próbowaliśmy kleić te rozdarcia Taśmą Do Zatykania Klimatyzacji (z dużej litery, bo to już nazwa własna), ale bez większego skutku. W nocy, Kamila wychodząc do łazienki po ciemku zaplątała się w tę moskitierę zrywając ją i wywaliła prosto na mnie (spałem). Kilka minut miotaliśmy się jak ryby w sieci, przy okazji pokłóciłem się z nią, że zamiast wziąć latarkę wyprawia takie cyrki.  

Nie ma tu za wiele do roboty, choć słońce praży niesamowicie – jedyne co pozostaje, to łażenie po niewielkiej plaży między klifami (niczym pomiędzy ścianami ciasnej celi) i zbieranie muszli. Próbowałem zalegnąć na piasku, ale szybko porzuciłem ten pomysł – jakbym leżał na jeżu. Woda niebyt przejrzysta i w dodatku niewiarygodnie zimna – jak na panującą temperaturę – fale duże, a dno opuszcza się bardzo gwałtownie. Kamila molestuje mnie o jeszcze jeden dzień tutaj, bo źle się czuje. Wolałbym darować sobie już tę wyspę i zamienić tych kilka  dni i dolców na odwiedzenie Krabi w Tajlandii. Ale cóż, kobieta – siła wyższa... 

Wieczorem nie mieliśmy już nic do jedzenia i wybraliśmy się do restauracji na plaży, prowadzonej przez rodzinę naszego gospodarza. Kamila raz po raz uśmiecha się pod nosem i puszczając mi dyskretne oko wskazuje jednego z kelnero – kucharzy, najdalej 16-to letniego chłopaczka. Jego „panienkowate” uśmieszki i ruchy kojarzą się ze skrajnie przekontrastowaną parodią homoseksualnej manifestacji, ale u niego są całkowicie naturalne. Kamila twierdzi, że jego starszy brat kręcący się również między stolikami jest z tej samej „parafii”, choć  nie demonstruje tego tak ostentacyjnie. Ich rodzice patrzą na te popisy dosyć obojętnie, w przeciwieństwie do reszty gości (w większości białych), którzy już nie są w stanie dłużej udawać, że nie dostrzegają jego zachowania. Kolacja była nadspodziewanie dobra (ryba prosto z morza), choć oczywiście za mało – 12RM. 

  

14.07 CZWARTEK

Dziś, w samo południe odpływamy z wyspy – jak na złość powoli plaża zaczyna się oczyszczać, choć potrwa to jeszcze pewnie z kilka dni, zanim będzie przypominała najlepsze momenty swojej świetności. Susu (właściciel domków) zadzwonił po prom i o 13.00, z godzinnym opóźnieniem, odpłynęliśmy z wyspy. Dwie godziny później jesteśmy z powrotem na znajomej przystani i nagle Kamila zaczyna zataczać się ze śmiechu, a mi wyrywają się fragmenty niecenzuralnej polszczyzny. Na żwirowej ścieżce leży mój zgubiony klapek. Zapomniałem napisać, że po przypłynięciu na wyspę, już w naszym domku zorientowałem się, że brakuje mi jednego klapka. Były mokre i przypiąłem je do bocznej kieszeni plecaka. Sądziłem, że musiał zerwać się podczas tych rejsów motorówkami pomiędzy wyspami – tubylcy rzucali naszymi plecakami dosyć niedbale. Dziś rano, kiedy wyprowadzaliśmy się z chatki wyrzuciłem tego pojedynczego, który został. Kamila znając naszego „pe-cha” żartowała, że pewnie ten zgubiony znajdzie się na dnie motorówki, która po nas przypłynie. Kiedy okazało się, iż płyniemy na prom inną łodzią ucieszyłem się, że uniknę przynajmniej nerwów. Tiaaaa... 

Taksówka z przystani do Kota Bharu kosztowała po 10RM od łebka (nie było kogo dokooptować) i o 16.15 byliśmy na dworcu autobusowym. Do granicy tajskiej na wschodnim wybrzeżu (Sungai Kolok) jest zaledwie kilkadziesiąt kilometrów, ale planowaliśmy podjechać z powrotem w kierunku zachodnim, aby w drodze do granicy przejechać pociągiem po wąskiej grobli na jeziorze.  

Niestety, ostatni tego dnia autobus do Butterworth odjechał ponad godzinę temu i pracownik biura skierował nas na inny dworzec, niedaleko dużego hipermarketu, kwadrans spacerem. Tam kupujemy bilety do Butterworth (25.2RM), na 22.00.  

  

15.07 PIĄTEK

Noc w autobusie koszmarna – nie trzeba chyba powtarzać dlaczego. Chciałbym kiedyś stanąć oko w oko z idiotą, który wymyślił klimatyzację.  

Kilka minut przed piątą przyjechaliśmy do Butterworth. Dworzec kolejowy jest nieopodal autokarowego. O tej godzinie jest jeszcze zamknięty i siedzimy pod drzwiami opędzając się – ja od komarów, a Kamila od ciem, z którymi już od dawna ma na pieńku, a tutejsze okazy są imponujące - rozpiętość skrzydeł średnicy płyty CD. Są zupełnie różne od tych, jakie dotąd widziałem. Ich potężne skrzydła nie są "foliowo" przezroczyste, tylko brązowe i porośnięte delikatnymi włoskami, przez co wyglądają jakby były z zamszu, a uformowane są tak, że cała ćma wygląda jak mały nietoperz. Przypomniało mi się, jak podczas wizyty w Petronasach, kiedy jechaliśmy ciasną, oszkloną windą Kamila zauważyła taką ćmę na ścianie, dosłownie kilkanaście centymetrów od głowy. Do tej pory nie wie, jakim cudem zdołała się opanować i dlaczego nasza winda nie zaczęła się gwałtownie przemieszczać w sposób nie zaplanowany przez konstruktorów.  

Kwadrans przed 6-tą otwierają kasy – pierwszy pociąg do Hat Yai w Tajlandii odchodzi o 6.05, niestety bilet, jak wynika z rozpiski na kasie, kosztuje 65RM. Rozkład jazdy na tablicy nie pokrywa się z tym wywieszonym na kartce u pani w okienku – trzeba się ostro wysilić, bo kasjerka (dosyć młoda) raczej niemrawo rozpoznaje najprostsze angielskie słowa dotyczące czasu, miejsca i liczby. Kiedy wreszcie udało mi się z niej wyciągnąć, że na ten pociąg są również bilety po 19RM w najniższej klasie, była punkt 6-ta. Jak zwykle nasz współczynnik  „pe-cha” był w normie i okazało się, że mamy za mało ringitów, a dolarów nie przyjmują. Szukanie o tej godzinie kantoru nie miało sensu, poza tym pociąg odjeżdżał za kilka minut. Jeden z pracowników stacji zaproponował nam wymianę, ale dawał tak skandalicznie niski kurs (2RM za dolara, czyli niewiele ponad połowę), że trudno było mu odmówić bez wtrącenia dodatkowego komentarza, po którym pan się obraził. I pies mu lizał co trzeba. 

Następny odjeżdża o 14.20 i kilka minut po 7-mej (już po wymianie dolarów w otwartym kilka minut wcześniej dworcowym kantorze) ponownie meldujemy się przy okienku. Kasjerka tym razem informuje, że nie ma już najtańszych, siedzących miejsc do Hat Yai. Panią trzeba wziąć na męki – ignorując zniecierpliwienie kilku innych osób stojących w kolejce zmuszam ją do dalszej konwersacji po angielsku, co najwyraźniej sprawia jej niemal fizyczny ból. W końcu dowiaduję się, że istnieje możliwość kupna biletu na ten pociąg tylko do granicy (12RM), skąd po przejściu jej na piechotę możemy łapać inny. No proszę, jak chce, to potrafi. Swoją drogą, ta jej niewielka komunikatywność jest trochę dziwna – pani siedzi na tle reklamowego plakatu Eastern Oriental Express – najbardziej luksusowego pociągu dla milionerów, kursującego między Bangkokiem, a Singapurem. Ciekawe, czy najtańsza klasa kolei malezyjskiej różni się od tajskiej? Mam nadzieję, że tak, bo jesteśmy po nieprzespanej nocy.   

Plecaki zostawiliśmy w poczekalni (prowadzonej zresztą przez tego speca od złotych interesów) – po 3RM (coś mi się wydaje, że ta cena również stanowi przejaw nadaktywności biznesowej tego cwaniaczka) i ruszyliśmy w miasto. Butterworth, a w każdym razie okolice dworca, to dziwne miejsce. Długie, puste ulice – można przejść ponad 2 kilometry w dowolnym kierunku i minąć po drodze najwyżej kilka małych sklepików i restauracji. Nasz przewodnik LP South – East Asia nie obejmuje Butterworth i nie wiemy, jak duże jest to miasto i gdzie leży ten dworzec, ale wnioskujemy, że na obrzeżach. Po godzinie spaceru i skromnym śniadaniu w jakiejś hinduskiej knajpce mamy dość – dookoła jedno wielkie, puste nic. 

Godzinę przed odjazdem poszliśmy na obiad do knajpki przy małym targowisku niedaleko dworca. To było naprawdę coś. Zawsze mi się wydawało, że lubię ostre potrawy, ale to co serwują tutaj naprawdę uczy pokory. Zupa którą zamówiłem była tak ostra, że nawet po dolaniu do miseczki ponad pół litra wody z naszej butelki, każda łyżka zatykała mnie na kilka sekund. W pewnym momencie poczułem się już jak smok wawelski – im więcej wody dolewałem, tym bardziej paliła. W połowie miseczki skapitulowałem. Okazało się, że przesadzają tu nie tylko z pieprzem i papryką – herbata stanowiła roztwór cukrowy nasycony mimo, iż zamawiając ją dosyć wyraźnie prosiłem „no suger”. Zdolność porozumiewania się przy pomocy rozbudowanego katalogu dźwięków zwanego mową, odróżnia nas od zwierząt. Muszę to siebie gdzieś zapisać wielkimi literami, żeby nie zapomnieć... 

Przez ten obiad o mało nie spóźniliśmy się na pociąg, bo mój żołądek nie wytrzymał tego eksperymentu i ze trzy razy dawałem zarobić ajentowi dworcowej toalety – on chyba musi być z zmowie z tymi kucharzami z knajpy. 

Pociągi malezyjskie mają troszkę wyższy standard, niż tajskie i w naszym na szczęście nie otwierają się okna. Jedziemy już ponad dwie godziny i mam ochotę palnąć sobie w łeb. Najwyraźniej jezioro, o którym opowiadałem Kamili musiało leżeć jednak na południe od Butterworth i należało się cofnąć dalej. Cholera, ten przewodnik LP też nie jest rewelacyjny, żeby na całostronicowej mapie Malezji, tak spore i nietypowe jezioro nie było zaznaczone, nawet ani  słowa wzmianki. To moja wina, bo powinienem był to sprawdzić na jakiejś większej mapie w hotelu lub na dworcu, ale kojarzyło mi się z odcinkiem między Butterworth, a granicą. Teraz już po ptakach, powoli dojeżdżamy do Tajlandii, do tego strasznie irytują nas dwie tutejsze „blondynki” z małymi dziećmi. Siedzą zaraz obok i bawią się w niepojętą dla nas zabawę – kiedy tylko dzieci na chwilę przestaną wyć i zajmą się czymś siedząc spokojnie i cicho, to one natychmiast zaczynają je zaczepiać i tarmosić, aż na powrót zaczną ryczeć wniebogłosy, aż łeb pęka. Wtedy one znów zaczynają się na nie drzeć, jednocześnie je przytulając i kiedy w końcu dzieci się uspokoją, to po minucie zabawa zaczyna się od nowa, przy czym one same są głośniejsze od tych wyjących dzieci, a ja jestem uczulony na wysokie tony. Przecież te nieszczęsne istoty wychowywane przez takie idiotki wyrosną na psychopatów... 

O 17.30 jesteśmy na granicy, przelatujemy ją na piechotę w kwadrans i przechodzimy na drugą stronę peronu, gdzie już czeka nasz pociąg (ten sam). Na posterunku tajskim kupujemy bilety do Hat Yai (190 bathów) i na miejscu jesteśmy kilka minut po 19-tej, a raczej 18-tej, bo trzeba cofnąć zegarek o godzinę. Na dworcu sprawdzamy od razu ceny biletów do Bangkoku (najtańsza leżanka 760 bathów,  odjazd 19.05). Na wszelki wypadek idziemy jeszcze do znajomego biura podróży, gdzie poprzednio kupowaliśmy bilety do Kuala Lumpur. Tym razem niemiłe zaskoczenie, bilet na autobus kosztuje aż 750 bathów, więc lepiej będzie spędzić tę noc w pociągu sypialnym. Wracamy na dworzec i znów szok – zamknięty na głucho, a przecież byliśmy tu zaledwie pół godziny temu i był pełen ludzi. Teraz wejście zagrodzone kratą i żywego ducha. Nie ma jeszcze 19-tej, więc jak z tym pociągiem? Odjeżdża, czy nie i gdzie są ewentualni pasażerowie? Azja.

 

W Bangkoku bez zmian