Lądem do Singapuru

Robert Wasilewski i Kamila Grączewska 

 

Właściwie to trzeba byłoby powtórzyć wstęp z poprzedniej relacji - różnica polega tylko na tym, że teraz towarzyszką podróży jest moja lepsza połowa - Kamila, dlatego w trosce o naszą prywatność musiałem nieco ocenzurować wątki osobiste i obyczajowe. Wypadałoby jednak przedstawić Kamilę - mnie można poznać nieco z lektury tekstu. Kamila (lat 26) jest malarką, plastykiem - olej, akryl, ołówek, kredki - obrazy, szkice, własne lub kopie znanych obrazów, do wyboru do koloru. Zamówienia można kierować na maila. Jest to kobieta anioł (no, na szczęście nie całkiem) o usposobieniu bardzo łagodnym - jak na wrażliwą duszę artystki przystało, czyli moje kompletne przeciwieństwo, aczkolwiek w sytuacjach podbramkowych potrafiłaby zawstydzić niejednego "twardziela". Przy okazji chciałbym poruszyć temat dosyć często spędzający sen z oczu wszystkim planującym tego typu eskapady - jechać samotnie, w parze lub grupie. Z punktu widzenia indywidualisty polecałbym raczej samotność. Wymaga to może większego wysiłku (załatwianie wszystkiego z plecakiem na ramionach, ograniczenie snu w pociągach i autobusach),  oraz zwiększa ryzyko (choroba, obrona). W zamian za to otrzymujemy pełną wolność (co oglądamy, gdzie i kiedy jedziemy) umożliwiającą podejmowanie suwerennych decyzji w ułamku sekundy. Poza tym, podczas podróży tak naprawdę nigdy nie jesteśmy sami, zawsze poznamy ludzi, którzy dotrzymają nam towarzystwa na czas wystarczający do zaspokojenia potrzeby wymiany myśli lub podzielenia się wrażeniami. Szczególną ostrożność trzeba zachować dobierając kompletnie obcego kompana z sieci - na początku, podczas omawiania "ogółów" i szczegółów zawsze wygląda to "spoko" - potem, już na trasie, różnice się jednak ujawniają (nie gniewaj się Magda) i obie strony zaczynają czuć się oszukiwane i wykorzystywane. Grupa skrzykniętych w naprędce osób - to już granat bez zawleczki. Tylko samotność, no chyba, że ktoś tak jak ja będzie miał szczęście podróżować z przyszłą towarzyszką życia, choć nawet wtedy nie da się uniknąć kłótni i nieporozumień. Dużo łatwiej jest je wtedy rozładowywać - jeżeli się nie uda, to rozwód - dosłownie i w przenośni. Dla par planujących założenie tzw. podstawowej komórki społecznej, taka podróż to lepszy sprawdzian, niż rok mieszkania pod jednym dachem. Jeżeli jeszcze kogoś takiego nie znalazłeś, lub nie masz naprawdę sprawdzonego przyjaciela z którym potrafisz porozumiewać się bez słów - jedź SAM.

Zapraszam do lektury i mam nadzieję, że ci którzy byli już w tych rejonach lub tych samych konkretnych miejscach znajdą mimo wszystko coś, co ich zainteresuje lub pozwoli przypomnieć sobie własne doświadczenia, zaś ci, którzy dopiero taką przygodę planują znajdą tu "natchnienie" do zaplanowania własnej trasy i praktyczne informacje. Przepraszam za nie najlepszą jakość zdjęć - pojemność konta jest ograniczona, a kompresja ma swoje prawa - tym razem wolałem postawić na ilość.

 

Niedzielny poranek 22.05 – zatrzaskują się drzwi pociągu osobowego z Warszawy Śródmieście do Terespola – zaczyna się nowy, długo oczekiwany wyjazd do Azji. Kamila spodziewała się tabunu wschodnich handlarzy i kilku godzin siedzenia na plecakach, ale pociąg był prawie pusty, typowa „leniwa niedziela”. Podróż zaczyna się banalnie, jak jazda z wizytą do cioci, jeszcze nie „czujemy bluesa”, dopiero pół godziny później dostajemy pierwsze ostrzeżenie – wchodzi kanar i sprawdza bilety, odruchowo przeglądamy dokumenty i okazuje się, że Kamila zapomniała druczków „arrival” i „departure” załączonych do tranzytowej wizy rosyjskiej. Szybka narada, czy druki są „niezbędnie potrzebne”, czy nie. Pamiętając o iście bizantyjskich i uczących pokory obrządkach konsularnych towarzyszących uzyskaniu wizy uznajemy, że karty są niezbędne i liczenie na pobłażliwość służb granicznych może kosztować nas więcej czasu i kasy, niż obecny falstart. Kamila wyskakuje w Sulejówku i wraca do Warszawy, ja z jej plecakiem jadę do Siedlec. Coś mi to przypomina – 4 lata temu podczas podróży do Indii, moja ówczesna towarzyszka zgubiła paszport w tureckim autokarze, co skończyło się żenującym cyrkiem. Teraz mamy pierwszego kopniaka od szczęścia jeszcze przed przekroczeniem granicy. Tak trzymać i nie forsować. Wpływ drobnych przypadków na wydarzenia większe – gdyby trzymała bilet kolejowy w portfelu, a nie w paszporcie, to jechalibyśmy dalej, a brak tych papierków wydałby się dopiero po stronie białoruskiej w Brześciu i gdyby trzeba było wracać aż stamtąd, to chyba bym się okocił ze złości. Praca domowa – sprawdzić autora teorii chaosu - (Henry Poincaré).   

W Siedlcach, na dworcu zostawiam plecaki w toalecie – innej przechowalni nie ma i trzy godziny czekania na powrót Kamili. Krótko po 17-tej wreszcie jesteśmy w Terespolu i jednym z ostatnich pociągów „celnych” (4.22 PLN) dojeżdżamy do Brześcia. W pociągu miła zabawa białoruskimi formularzami celnymi – wszystko w cyrylicy, w pewnym momencie znudziło mi się już wertowanie kieszonkowego słowniczka rosyjskiego i miałem ochotę narysować tam samolot. Szczególnie podobają mi się te pytania, ile mamy pieniędzy i  innych dóbr doczesnych w bagażu, zawsze wtedy korci mnie by odpowiedzieć - a g... cię to obchodzi, idź do uczciwej pracy i zarób, a nie niuchaj mi tu po kieszeniach. Na szczęście obyło się bez wymiany poglądów na tematy polityczno – gospodarcze, jakiś uprzejmy białoruski młodzieniec wypełnił te upokarzające papierki za nas i uporaliśmy się z tym w miarę szybko.  

Na dworcu w Brześciu nie ma już zmiłuj i kalecząc potwornie zmuszam się do mozolnego składania zdań ze swojego niezbyt pojemnego leksykonu języka rosyjskiego. W kasie dowiadujemy się, że dziś jest już tylko jeden pociąg do Moskwy – „kupiejny” za 90 000 rubli białoruskich, co przy kursie 1$ = 2.170, daje jakieś 40$. Pociąg odjeżdża o 21.09 i do Moskwy przyjeżdża juro o 8-mej rano. Do odjazdu jeszcze sporo czasu i mamy ochotę pokręcić się trochę wokół dworca, ale chmary niewyobrażalnie natrętnych muszek wypędzają nas z powrotem do poczekalni. Znów szczęśliwy przypadek – nie wczytując się w cyrylicę na bilecie pytamy przechodzących kolejarzy o numer peronu z którego odjeżdża nasz pociąg – pokazują nam peron i swoje zegarki, wskazujące czas późniejszy o godzinę, niż na naszych. Co za amatorstwo, wstyd, zapomnieliśmy o zmianie czasu. W ostatniej chwili wskakujemy do pociągu i „prowadnica” instaluje nas w pustej czwórce.  

  

23.05 PONIEDZIAŁEK

Rankiem przyjeżdżamy do Moskwy na Dworzec Białoruski – imponujący budynek w stylu eklektycznym? Wokół dworca krajobraz przypominający trochę centrum Warszawy z początku lat ’90 – kilka tandetnych żarówkowych „neonów” – reklamy licznych kasyn – kto by przypuszczał, że Rosjanie tak lubią hazard. Zaraz przy dworcu jest wejście do stacji metra o tej samej nazwie. Kupujemy bilet „jednopojezdkowy” za 13 rubli i jedziemy 3 przystanki, na stację Komsomolskaja, przy Dworcu Jarosławskim. Bilety na transsyberię (międzynarodowy pociąg bezpośredni) do Pekinu kupuje się nie na samym dworcu, ale w biurze po drugiej stronie placu, na lewo od wyjścia z peronów. Bilety (kupiejny, II klasa) na jutrzejszy (wtorkowy) pociąg dostajemy bez trudu, jest jeszcze mnóstwo wolnych miejsc – 5.400 rubli, czyli 196$, po obowiązującym kursie 28 rubli.  Kupując bilety poznajemy grupkę Finów i pytamy ich o hotel. Tani hotel w Moskwie? Patrzą na nas lekko zdziwionymi oczami –  udało im się znaleźć jeden, kawał od centrum, pod koniec linii metra. Jakieś 20$ za dwójkę, hotel Szerston. Nie potrafią podać nazwy ulicy  i dokładnego adresu, pokazują nam w przybliżeniu na mapie. Ponownie wskakujemy do metra i jedziemy szukać tego „Szerstona”. Po kilku przesiadkach (moskiewskie metro to cudo – pomijam już architekturę – płacąc za jedną „pojezdkę” i przesiadając się na kilkudziesięciu stacjach węzłowych, można w niecałe pół godziny przemierzyć całe to olbrzymie miasto dojeżdżając do dowolnego miejsca), docieramy do stacji Władykino, gdzie nieopodal ma się znajdować nasz hotel. Wokół stacji metra same bloki mieszkalne i linia kolejowa zamykająca drogę. Widzimy z daleka napis „hotel” na wysokim bloku za torowiskiem, pewnie to nie ten, ale spróbować trzeba. Kręcimy się wokół torowiska próbując znaleźć przejście, upał daje się powoli we znaki, zaczynamy czuć ciężar plecaków. Przeprawiliśmy się w końcu przez te tory i szliśmy uliczką przy jakichś garażach, gdy nagle podbiegł do nas pies, nieduży kundel -  nie warczał, ani nic takiego - i błyskawicznie capnął Kamilę w nogę. Cudownie, właśnie tego potrzebowaliśmy. Kundel nie czekając na naszą reakcję oddalił się bez szczeknięcia, a Kamila mocowała się z nogawką swoich sztruksów, żeby ocenić skutki. Krwi nie widać, ale kto to wie? Cholera, tylko tego nam brakowało. Trzeba było go złapać i zabić, teraz już za późno. Kamila uspokaja, że nic się nie stało, drasnął ją zębami, ale skóra raczej nie jest przecięta. Staram się przypomnieć sobie, co wiem o wściekliźnie – tylko tyle, że nie leczona zawsze prowadzi do śmierci, a szczepionkę trzeba przyjąć przed wystąpieniem pierwszych objawów, ale jaki jest okres inkubacji choroby? Kamila upiera się, że skóra nie została przecięta i nie ma się czym przejmować.  Mam nadzieję, bo chyba bym się wściekł... 

Dochodzimy do hotelu w wieżowcu i guzik – tylko na rezerwacje i to kilkumiesięczne. Powrót do stacji metra – pytamy przechodniów o hotel „Szerston” – mają miny jakbyśmy ćwierć wieku temu pytali ich, co myślą o I sekretarzu. W końcu trafiamy na jakiś skromnie wyglądający hotel, ale pokoje dopiero od 60$ i do tego nie ma wody (awaria). Z książki telefonicznej spisujemy nazwy i adresy hoteli – z tą cyrylicą to prawdziwa udręka – trafiamy na adres „Szerstona”. Znów pytamy przechodniów, teraz już podsuwając im pod nosy kartkę z nazwą ulicy, ale reakcje jak wyżej. Cholera, jak można nie znać nazw ulic we własnej dzielnicy?

Wróciliśmy do napotkanego poprzednio hotelu (plecaki ważą już po 50 kilo, a nasze ubrania są cięższe o kilka litrów potu), na szczęście recepcjonista pokazał nam kierunek i po 15 minutach marszu trafiamy wreszcie do tego „Szerstona”. Okazuje się, że tu też nie ma wody (ciepłej), a cena za pokój jest tylko niewiele niższa, niż w tym poprzednim hotelu. Na mój żartobliwy komentarz na temat wysokości cen pokoi pozbawionych wody, pani recepcjonistka się obraża i ignoruje moje pojednawcze pytania pomocnicze – o możliwość wzięcia ciepłego prysznica. Uwielbiam nastoletnie dziewczęta popisujące się posadą recepcjonistki, zawszeć to okazja do konstruktywnej wymiany poglądów, ale tym razem szkoda czasu. Kilka godzin na ostrym słońcu z odkrytą głową robi swoje i proponuję Kamili dalszą włóczęgę za hotelami. Znów do metra i kilka godzin latania z plecakami po całej Moskwie – po 16-tej, zmachani niemożliwie kapitulujemy. Co tu mówić o znalezieniu w Moskwie hotelu, kiedy ponad godzinę szukaliśmy w centrum kafejki internetowej – to też ciekawostka, pytaliśmy o nią w sklepach muzycznych (bardzo głośnych) obsługiwanych przez młodych ludzi i obwieszonych reklamami nowości techno wszelakiego w formacie MP3, a o internet cafe nigdy nie słyszeli – wszyscy tu mają sieć domu, czy jak? Wreszcie znaleźliśmy, ale w po wpisaniu w wyszukiwarkę serwisu hotelowego hasła „Moskwa”, komputer się zawiesił i to by było na tyle. Zresztą wcale mu się nie dziwię.

Wróciliśmy do „Szerstona”, epopeja hotelowa zajęła nam cały dzień, ostatnie kilkaset metrów, od metra do hotelu to była już prawdziwa mordęga. W recepcji jest już inna pani i informuje nas, że wolnych pokoi w hotelu już nie ma, ale na drugim piętrze jest jeszcze schronisko „Szerston” i żeby tam pytać. Tam pytamy i pokoje są – płacimy „tylko” 46 euro za dormitorium, które okazuje się dwójką. Moskwa. Cholera, dziwne to wszystko – bogactwo na ulicach aż bije w oczy – ludzie mają tu pieniądze i chyba kumają na czym polega robienie pieniędzy w warunkach rynkowych, zwłaszcza przy panującym tu dosyć przyjaznym systemie podatkowym, a nikt jeszcze nie wpadł  na pomysł urządzenia kilku hoteli o standardzie turystycznym za w miarę rozsądną cenę? A może one tu jednak są, tylko my jesteśmy fujary i nie potrafimy ich znaleźć? Szczerze mówiąc, nie przygotowywaliśmy się za bardzo przed startem rzucając wszystko na żywioł i licząc na łut szczęścia. Może gdyby się lepiej przyłożyć do nauki rosyjskiego, bo po angielsku nie załatwisz tu absolutnie nic, nawet młodzi ludzie zagadywani w tym języku mają miny emerytowanych komsomolców. Zresztą nie są zbyt uprzejmi, zadowoleni z siebie, zajęci swoimi komórkami i odtwarzaczami cyfrowymi zbywają nas obojętnymi minami, nie odczuwając potrzeby najkrótszej nawet rozmowy z „innostrańcami”.

  

24.05 WTOREK

Rankiem bardzo szybki prysznic w zimnej wodzie (mimo iście tropikalnego upału woda jest naprawdę zimna) i w Moskwę. Najpierw cerkiew Chrystusa Zbawiciela prezentująca się naprawdę  wspaniale, niestety jestem w krótkich spodenkach i ochroniarz w drzwiach pokazuje, że  mogę sobie popatrzeć z daleka. Po drugiej stronie cerkwi przerzucony jest „spacerowy” most przez rzekę Moskwę, z którego roztacza się ładna panorama na Kreml.

Trochę przed południem jesteśmy pod Placem Czerwonym i niespodzianka – wejścia strzegą tabuny „policyjskich” i wojskowych, a wstęp jak udało nam się dowiedzieć, tylko w większej grupie, oczywiście za opłatą – 300 rubli od łebka. Obeszliśmy wszystko dookoła, nie ma co liczyć na „psi swąd”, nie tylko sprawdzają bilety u  każdego osobno, ale nawet zainstalowali przenośne bramki „antyterrorystyczne”. Łatwiej byłoby chyba wejść w turbanie na audiencję u Busha. Naradzamy się, czy warto płacić 10$ za wejście na plac – no cóż, skoro już tu jesteśmy. Miejscowa przewodniczka inkasuje kasę i dopisuje nas do grupy – myślałem, że to już koniec, ale kolejna niespodzianka – każą oddać do depozytu cały podręczny bagaż, aparaty i kamery. Co tu się dzieje, powariowali, czy jak? Przy wejściu na plac jest przechowalnia i trzeba jeszcze za nią zapłacić kilka rubli. Na dodatek ostrzegają, żeby poruszać się tylko w grupie i nie odchodzić na boki samopas. Po oddaniu torby z aparatem i przejściu przez bramkę wchodzimy na plac – pusty, poodgradzany barierkami, wszędzie pełno mundurowych i dwie grupy turystów drepczących za swoimi przewodnikami. Mijamy pomniki pod murami Kremla, groby sekretarzy partyjnych i innych utrwalaczy „władzy ludowej” wszelkiego autoramentu. Miałem ochotę poczytać sobie dokładnie tę galerię, kogo tu nie ma: od kolejnych I sekretarzy, przez kosmonautów, aż po słynnych szpionów – niestety, nie wolno się zatrzymywać i przewodniczka wespół z „policyjskimi” popędza nas wzrokiem i nie tylko. Podchodzimy do mauzoleum Lenina. Już w wejściu mundurowi ostrzegają – zachować ciszę i powagę, żadnych uśmieszków i rozmów, a ich groźne miny świadczą o tym, że nie żartują. Wszystko mają „obcykane” profesjonalnie – pilnują żeby przechodzić tylko parami, szybko i z zachowaniem ponad metrowych odstępów, aby  móc każdego mieć na oku. Co się tak boją o tego swojego dobrodzieja? Toć jak taki był miłośnik ludu, to chyba lud go nie skrzywdzi? Cóż, jak mawiał tow. Szmaciak w poemacie Janusza Szpotańskiego – „bo na tym świecie pełnym złości, nigdy nie dość przezorności”. Obawy o możliwość profanacji są chyba trochę przesadzone, bo wydaje mi się, że w szklanym sarkofagu spoczywa woskowa kukła. Pewności 100% mieć nie mogę, bo nie jestem specem od patologii, ani od sztuki woskowej (Kamila twierdzi, że to na pewno kukła), ale widziałem dziesiątki zdjęć Lenina z ostatniego okresu choroby – zaawansowany syfilis, połączony ze skutkami  postrzału – paraliż całego ciała objawiał się również utratą kontroli nad mięśniami powykrzywianej straszliwie twarzy. Tymczasem tu leży ślicznie odpicowana figura przypominająca popiersie do ustawienia na biurku. Rysy tak regularne (mina zadumana i poważna, prawie „natchniona”), a cera tak zdrowo różowa, że wydaje się niemożliwe, aby nawet najlepsi lekarze i „mejkaperzy” mogli doprowadzić do takiego stanu wychudłą i powykręcaną paraliżem twarz Lenina. Swoją drogą ciekawy jestem, jak długo obecne władze Rosji mają zamiar trzymać tu tego zbrodniarza? Z jednej strony sami Rosjanie coraz śmielej kwestionują prawo tej kreatury do takich honorów i pewnie większość polityków gotowa byłaby się tym głosom przychylić – choćby z powodów ekonomicznych – nawet zakładając, że wymiana ciała na woskową kukłę pozwala zaoszczędzić sporo na kosztach obsługi konserwacji (dr Li Zhisui, osobisty lekarz Mao, w swojej biografii wodza chińskiej rewolucji pisze, że zwłoki Lenina były w bardzo kiepskim stanie już podczas jego pobytu w Moskwie w latach ’50), z drugiej strony usunięcie stąd zarówno Lenina, jak i Stalina wiązałoby się z podważeniem „chwalebnej” historii Partii Komunistycznej i jej późniejszych poczwarek, tym samym powstałby problem legitymizacji moralnej i historycznej obecnej władzy, a nikt nie lubi przyznawać się, że słoma i nawóz z lakierek mu się sypie.

Wybiła 13-ta, kiedy wychodziliśmy z placu po szybkim obejściu go dookoła i znów niespodzianka. Funkcjonariusze zaczęli usuwać blokujące wejścia barierki i po pięciu minutach plac zapełnił się turystami. Widocznie zamykają plac tylko na kilka godzin, na czas otwarcia mauzoleum – a więc to za to zapłaciliśmy te 10$. Ciekawe, co Lenin  powiedziałby na iście kapitalistyczny pomysł pobierania pieniędzy za możliwość oglądania jego pośmiertnej facjaty (obojętne już, czy prawdziwej, czy woskowej)? No cóż, jak każdy „miłośnik ludu” lubił pieniądze, więc pewnie via Parvus zażądałby swojej działki na konto w Szwajcarii...

Moskwa to ładne miasto, miejscami przypomina Pragę, ten architektoniczny melanż, od socrealistycznych „pałacowokulturowych” monstrów, aż po secesyjne kamienice ma swój urok. No i ten przepych i bogactwo, ulice czyste, ludzie kłębiący się w tysiącach luksusowych sklepów i centrów handlowych, obwieszeni najnowszymi modelami komórek, doskonale ubrani, zarówno kobiety jak i mężczyźni, jakoś wcale nie widać tych „milionów bezdomnych dzieci” żebrzących na ulicach, o których trąbią nasze „me(r)dia” – (od merdania, chyba że ktoś woli wytłumaczenie francuskojęzyczne).  

Po 18-tej wracamy do hotelu po plecaki – pani w biurze pozwala nam się umyć w swojej służbowej łazience – za 46 euro dobre i to. Ostatnie zakupy przy Dworcu Jarosławskim i pakujemy się do pociągu. Jak na razie mamy szczęście, jesteśmy sami w naszym „kupieje” (przedziale) – większość pasażerów to Mongołowie, choć jest i jeden Angol. Chińska obsługa rozdaje regulaminowe uśmiechy („chiński uśmiech”, taki dosłownie od ucha do ucha, prawie jak z kreskówki) – jest ich sporo, chyba z sześciu na każdy wagon. Zawsze marzyłem, aby mieć takiego osobistego kamerdynera... 

  

25.05 ŚRODA

Pierwsza noc w pociągu obiecująca – nie ma to jak wsłuchiwanie się w rytmiczny stukot kół zasypiając na wygodnym materacu. Środowy poranek ciepły, nawet aż za, skład jest stary, okna w drewnianych ramach z trudem dają się uchylić i zapowiada się sauna przez cały dzień.

  

26.05 CZWARTEK

Minęliśmy Nowosybirsk, teraz dla odmiany jest zimno, pogoda zmienia się częściej, niż monotonny krajobraz za oknami.

Kolej Transsyberyjska - marzenie każdego kandydata na podróżnika, śniącego o wyprawach do dalekich krajów, wodzącego palcem po mapie z nadzieją, że "może kiedyś tam pojadę". W czym tkwi magia tego szlaku? Że to najdłuższa na świecie linia kolejowa? A może to, że wiedzie przez tak niegościnne tereny o surowym klimacie? Czy może to, że zaczyna się w nieco tajemniczej, złowieszczej i budzącej jeszcze nie tak dawno grozę Moskwie, przebiega przez straszliwe syberyjskie kazamaty kojarzące się z katorgą dziesiątków tysięcy wziętych do niewoli powstańców, a kończy w egzotycznym Pekinie prawie na drugim końcu świata? Czy może wreszcie tylko z tego powodu, że podróż tym pociągiem, a nie samolotem, pozawala zaoszczędzić jakieś 200$ w obie strony? Jaki procent ludzi, gdyby zaproponować im wycieczkę do Chin, wybrałoby kilkugodzinny lot, a dla ilu ta trwająca tydzień podróż pociągiem przez rosyjskie i mongolskie bezdroża stanowiłaby nieodłączny element całej wyprawy?

Dziś Kolej Transsyberyjska jest swoistym narkotykiem dla trampów szukających romantycznej przygody, a także czymś w rodzaju podróży w czasie - bo kto to dziś słyszał, żeby w erze samolotów spędzać tydzień w pociągu, znosząc wszystkie związane z tym niewygody? Obecne wagony są raczej bardziej komfortowe od tych sprzed prawie 100 lat (chociaż, czy aby na pewno? - trzeba by spytać jakiegoś speca od tego tematu), ale atmosfera panująca wśród pasażerów na pewno nie różni się specjalnie od tej, której doświadczało pokolenie ówczesnego fin de siecle'u - ten nastrój niecierpliwego wyczekiwania na dotarcie do tak odległego celu, ale i jednocześnie pogodzenie się z myślą, że to musi tyle potrwać.

O czym rozmyślają przez ten tydzień dzisiejsi pasażerowie, skazani na upływające niezwykle powoli godziny patrzenia w okna, za którymi nie mająca końca bezludna przestrzeń przytłacza nas swoim ogromem i uświadamia jacy jesteśmy mali - jak nie obchodzące nikogo, pojedyncze ziarnka piasku na Saharze - a o czym rozmyślali ówcześni ludzie, dla których było to nowe "okno na świat", czyniące niemożliwe do tej pory - możliwym? Z pewnością rozmyślali o toczącej się w Europie I wojnie światowej, bo też nowopowstały szlak kolejowy łączący stolicę Rosji z Dalekim Wschodem miał spory wpływ na jej przebieg.

Pierwsze przymiarki do budowy tej megalinii kolejowej zapoczątkował w 1857r. gubernator Syberii Murawiow - Amurski. Samo przygotowywanie planów tej inwestycji zajęło ponad 20 lat i dopiero w roku 1886, car Aleksander III zmotywował inżynierów do przyspieszenia robót, które zaczęły się wreszcie w 1891r. Na początku brało w nich udział prawie 10 tys. ludzi - robotników najemnych, żołnierzy i więźniów - katorżników. Cztery lata później, aby przyspieszyć tempo prac, zwiększono liczbę ludzi do 90 tysięcy. Po niespełna 14 latach (w 1904r.) powstał odcinek łączący Czelabińsk z Władywostokiem i Port Artur nad Pacyfikiem. W 1916r. Moskwa miała już całą sieć kolei transsyberyjskich zapewniających połączenia ze swoimi najważniejszymi portami dalekowschodnimi i co najważniejsze z Chinami, które w owym czasie - po obaleniu w 1911r. przez Sun Jat-sena, trwającego od kilku tysięcy lat systemu cesarskiego - pogrążone w chaosie znajdowały się orbicie zainteresowań wszystkich mocarstw światowych i były przez nie systematycznie kolonizowane. Przypominało to trochę gorączkę złota; państwa które pierwsze - jak Wielka Brytania lub USA - zdołały złapać tam przyczółki i założyć kolonie, monopolizowały niezwykle dochodowy handel jedwabiami, herbatą, przyprawami i opium. Wszystko to działo się na tle I wojny światowej w Europie i dokonujących się w niej w tym czasie przemian politycznych - ofensywa komunizmu w Niemczech, upadki kolejnych monarchii i coraz trudniejsza sytuacja cara w Rosji - wszystko to oznaczało koniec pewniej epoki, epoki jakiej - takiej wolności, stabilności i przestrzegania prawa. Nadchodził czas "wielkich rewolucji społecznych" i "polityki masowej", czyli totalnej - co umożliwiło dojście do władzy pospolitym kryminalistom i obłąkanym niedoukom gotowym pozostawić po sobie spaloną ziemię w imię bredni Marksa. W połączeniu z rozpętaną przez te demony wojną, dało to początek nieodwracalnej (do dziś) fali terroru, zbrodni i systematycznego odbierania ludziom wolności przez rozrastające się Państwo, czyli żądnych coraz większej władzy i pieniędzy hord bezwzględnych gangsterów (w znaczeniu jak najbardziej dosłownym), którym owa demokratyczna "polityka masowa" dała nieograniczone wręcz możliwości ekspansji, a wojna preteksty do rozszerzania zakresu władzy. Najlepszą ilustracją "nowych czasów", będących efektem rewolucji i wyniesienia do władzy "ludu" niech będzie to, że w ciągu ostatniego stulecia rządów caratu corocznie skazywano na śmierć (z powodów politycznych) średnio ok. 17 osób. Przy czym wyroki śmierci zarezerwowane były dla ludzi podejrzewanych o próby zbrojnego zamachu na cara lub wyższych dostojników. Już w pierwszym miesiącu po zamordowaniu cara w lipcu 1918r, bolszewicy wykonywali około 1000 egzekucji miesięcznie (a liczba ta podwajała się co miesiąc) - bez sądów i procesów, samodzielną decyzję o zabiciu człowieka mógł podjąć dowolny funkcjonariusz bezpieki, tzw. Czeki, a do katalogu przestępstw karanych śmiercią dołączyły takie zbrodnie jak - posiadanie choćby 10 rubli nie zgłoszonych wcześniej ludowemu komisarzowi, czarnorynkowy handel, ewentualnie każda inna forma uniknięcia wszechwładzy (czy raczej wszechrabunku) bolszewików. O ile tajna policja carska (Ochrana) liczyła ok. 15. tys. funkcjonariuszy, będąc najliczniejszą tego typu tajną służbą w całej Europie, to już po roku rządów "ludowych" dla tajnej policji komunistycznej pracowało ponad 200 tys. funkcjonariuszy z licencją na zabijanie. Byli to w większości zwykli kryminaliści, których Lenin chętnie werbował, gdyż pozwalając im wykorzystywać posiadaną władzę do zwykłych mordów rabunkowych mógł być pewien ich lojalności i zapału w umacnianiu "władzy ludowej".   

Trudno byłoby tu ogarnąć wszystkie wątki splecione w tej wojnie i opisać interesy wszystkich biorących w niej udział państw - nawet od strony oficjalnej, a przecież na to wszystko nakładają się jeszcze nieoficjalne intrygi knute przez dosyć liczną -  zrodzoną w wyniku rewolucji przemysłowej - grupę niezwykle bogatych i wpływowych ludzi, połączonych wielkimi interesami z bankierami i politykami prywatnie nie zawsze zgadzającymi się z decyzjami swoich rządów. 

Powstanie Kolei Transsyberyjskiej stanowiło poważne zagrożenie dla interesów będącego wówczas morskim mocarstwem Albionu i dla co najmniej kilku olbrzymich kompanii handlowych. Do tej pory droga morska była jedynym możliwym sposobem dotarcia do Chin, przy czym statki handlowe potrzebowały kilku miesięcy na pokonanie tej trasy i narażone były na kaprysy morza, ataki piratów i wrogich okrętów. Rosyjskie pociągi mogły dotrzeć na Daleki Wschód w ciągu zaledwie dwóch tygodni - dużo taniej i bezpiecznie. Oznaczałoby to bankructwo sporej części międzynarodowej finansjery zaangażowanej w potężny przemysł stoczniowy i handel z Chinami, stąd pojawiła się konieczność podjęcia natychmiastowych działań pogrążających Rosję w chaosie. Podobne zamiary miały Niemcy zmagające się z coraz większymi problemami na obu frontach i osłabiane od wewnątrz coraz aktywniejszą działalnością komunistów. Może to się wydawać nieprawdopodobne, ale na tle większości państw zachodniej Europy Rosja gospodarczo prezentowała się niczym budzący się tygrys. Owszem, pod wpływem wielowiekowych patologicznych rządów większości carów, naród rosyjski był sterroryzowany bezlitosnym systemem policyjno - niewolniczym porównywalnym niemalże do najsłynniejszych despotii antycznych, jednak nadciągająca także do Rosji rewolucja przemysłowa i związany z tym wzrost zamożności coraz liczniejszych warstw społecznych, niewątpliwie wymusiłaby reformy ograniczające owo zalegalizowane bezprawie, choćby w trosce o pewność coraz bardziej skomplikowanego obiegu gospodarczego. Trzeba też pamiętać, że Rosja zawsze słynęła ze wspaniałego rzemiosła - słowem nie brakowało tam wykwalifikowanych rąk do pracy. Jeżeli do tego dodać liczne bogactwa naturalne, oraz owo expresowe i tanie połączenie z Dalekim Wschodem, to łatwo przewidzieć, że gdyby tylko carowi udało się utrzymać władzę i wprowadzić niezbędne reformy dopasowujące ten zacofany do tej pory kraj do kapitalizmu, rozwijającego się w warunkach gwałtownego postępu technicznego, to Rosja zdominowałaby gospodarczo resztę Europy. To Niemcy stanowiły wówczas główne siedlisko wylęgającego się w Europie się komunizmu i mając już doświadczenia z jego niszczycielską siłą, postanowiły rozprzestrzenić go do Rosji. I oto w kwietniu 1917r. z Zurichu do pogrążającej się w coraz większej anarchii Rosji wyjeżdża pociąg z zaplombowanym wagonem, wiozącym ładunek groźniejszy od jakiejkolwiek znanej wówczas broni. Żadnemu historykowi nie udało się (chyba) jak dotąd dowieść, że Lenin był niemieckim agentem, ale to, że sam generał Ludendorff dopilnował, aby tranzyt tego "ładunku" przez terytorium Niemiec przebiegł sprawnie świadczy, że z premedytacją użyto Lenina jak bakterii syfilisu, do zainfekowania swojego wroga.

Oczywiście sam Lenin nie wystarczyłby do wywołania rewolucji zdolnej obalić carat, podwaliny pod rosyjską partię komunistyczną zostały podłożone już wcześniej kosztem milionów dolarów płynących nieprzerwanymi strumieniami od zachodnich bankierów i rekinów światowej finansjery zaangażowanej w dalekowschodnie interesy, dla których owe plany budowy Kolei Transsyberyjskiej stanowiły śmiertelne zagrożenie. Albowiem między bajki można włożyć brednie jakimi w szkołach raczono moje (i starsze, a kto wie, czy i nawet nie obecne) pokolenie - jakoby to "lud pracujący miast i wsi" miał dosyć władzy carów, zebrał się w sobie, zrobił rewolucję i obalił. Obalić, to lud mógł sobie co najwyżej flaszkę. Na zorganizowanie struktury zdolnej rzucić wyzwanie caratowi potrzeba było milionów dolarów i tyleż ton broni. Organizowaniem pieniędzy zajmował się niejaki Aleksander Parvus, a właściwie Israel Lazarevich Gelfand, bardzo tajemnicza postać o kilku paszportach i nazwiskach - bywalec ówczesnych europejskich salonów i lóż masońskich (kto do nich wówczas nie należał?), a także finansista spod ciemnej gwiazdy, który nawet na torturach nie potrafiłby wytłumaczyć - choćby nie wiem jak bardzo chciał - pochodzenia swoich milionów. Dziś też raczej nie uczą o nim na lekcjach historii podczas omawiania I wojny światowej, bo i jak wytłumaczyć potem uczniom podobne działania współczesnych tajemniczych milionerów, np. Sorosa, zaangażowanych w finansowanie rozmaitych rewolucji - czy to "pomarańczowych", czy innych, a przecież nie wszystkie tego typu zakulisowe reżyserowanie "spontanicznych wystąpień ludu" da się wytłumaczyć bełkotem o "obronie demokracji". Gdyby sięgnąć do przemówień np. Stalina, to on również nie robił nic innego, jak tylko "bronił demokracji", jak tam potrafił.

Dostawą broni i organizowaniem wojskowej logistyki zajmowała się armia niemiecka - nie mogąc wynegocjować korzystnego dla siebie pokoju z carem, Ludendorff zdecydował się nawiązać kontakt z komunistami, którzy obiecywali mu znacznie lepsze warunki (Traktat Brzeski). Armia podległa carowi nie była w stanie kontrolować wszystkich jeńców i całej broni stanowiącej zdobycz wojenną. Niemieccy żołnierze wzięci do niewoli dostawali z Berlina tajne rozkazy dołączania do oddziałów komunistycznych, o ile tylko dowództwo obozu jenieckiego im to zaproponuje. O skali tej pomocy niech świadczy, że to właśnie oddziały niemieckie broniły Piotrogrodu przed Kozakami wiernego carowi generała Krasnowa i kierowali atakiem na Kreml. Prawdopodobnie grubo ponad połowa broni, którą mieli w rękach komuniści pochodziła od Niemców (i to nie tylko w charakterze łupów wojennych), a bez pomocy doświadczonych niemieckich strategów i dziesiątków tysięcy żołnierzy, cała rewolucja nie miałaby szans powodzenia. Wysłanie do Rosji przebywającego na wygnaniu Lenina, jako koordynatora całej akcji, było już tylko uruchomieniem zapalnika dawno uzbrojonej bomby. Czy historia Rosji (a co za tym idzie całej Europy) potoczyłaby się inaczej, gdyby nie plany budowy Kolei Transsyberyjskiej? Tego oczywiście na 100% nie wiadomo, pewne jest jednak, że miliony dolarów przysyłane komunistom przez zachodnią finansjerę nie zostały wydane na kawior i panienki...

 

27.05 PIĄTEK

Noc niezbyt przyjemna, było cholernie zimno, nawet w ubraniach przykryci kocami dostarczonymi przez „prowadników” trzęśliśmy się z zimna – chyba mam gorączkę, już wyjeżdżając z Warszawy czułem się niespecjalnie, potem ta potwornie zimna woda w moskiewskim hotelu i teraz ta noc – nie lubię antybiotyków, ale jeżeli kolejna noc będzie podobna, to czarno widzę...

Na szczęście rankiem zaczęli grzać, swoją drogą ranek to pojęcie bardzo względne – na naszych zegarkach ciągle mamy czas moskiewski, co skutkuje wschodem słońca o drugiej nad ranem (teraz na zegarku mam 7.30, a słońce jest już w połowie drogi, z kolei kolejarze posługują się czasem pekińskim, też nieadekwatnym do naszej obecnej pozycji) – kompletny groch z kapustą. Mijamy Krasnojarsk, za oknami ciągle chmury i deszcz, całe szczęście obsługa traktuje swoje obowiązki sumienie – kipiatok wrzący całą dobę, mimo lekkiego ocieplenia ogrzewanie ciągle pracuje utrzymując stałą temperaturę, toalety sprzątane dwa razy dziennie, papier regularnie uzupełniany. Powoli zaczynamy mieć dosyć zaparzanych zupek, jak na złość Chińczycy stale coś pichcą w swojej służbówce, mijając otwarte drzwi trzeba torturować się widokiem krojonych, świeżych warzyw rzucanych potem na patelnię i zaciskając zęby wdychać aromat smażonego mięsa. Podobno podczas postojów na peronach miało roić się od babuszek sprzedających pierożki i „kartoszki”, tymczasem jak na lekarstwo – jeżeli już jakieś stoją na peronie, to mają co najwyżej suchy prowiant z okolicznych sklepów – chleb, słodycze, napoje. Nie ma to jak właściwy poziom „pe-cha”... 

  

28.05 SOBOTA

Sobota, nad ranem mijamy Irkuck, oczekiwanie na Bajkał. Dojeżdżamy doń o świcie, najpiękniejsza pora, stalowo – szara tafla jeziora odbija promienie pomarańczowego słońca. Dzień wstaje szybko, Bajkał znika chwilowo, nasi towarzysze podróży uspakajają, że niedługo pojawi się ponownie. Jedziemy wzdłuż jeziora jakieś pół godziny i wreszcie Bajkał znika za pasmem Sajanów.  O 14.10 (czas moskiewski) jesteśmy w Nauszkach. Korzystając z okazji podczas postoju pytałem w kasie o ceny biletów „plackartnych”: Nauszki – Irkuck – 374 ruble i Irkuck – Moskwa – 2 000 rubli,  razem ok. 85$.

O 16.45 wyjeżdżamy z Rosji na stronę Mongolską – Suche Bator. Zanosi się na dłuższy postój, znów te debilne formularze celne. Mongolska pogranicznica (młoda i bardzo ładna) celebruje kontrolę dokumentów, widać że jest od niedawna w tej pracy i nie czuje się jeszcze zbyt pewnie, posiadając przewagę munduru nie potrafi wytrzymać „wojny wzrokowej” i nadrabia to przesadną pedanterią.

Krótko po 22-ej wreszcie wjeżdżamy do Mongolii – całe szczęście, powinienem wziąć ostatni antybiotyk godzinę temu, a przez tych celników kręcących się  po korytarzu nie dało się dojść do kipiatoka. 

  

29.05 NIEDZIELA

Niedziela, 29.05. Przez cały dzień mongolskie stepy, czasem zielone jak majowe łąki, czasem łyse jak pustynia. Pagórki porośnięte lasami i idealnie gładkie równiny po horyzont. Raz na godzinę kolonia jurt – prawie przed każdą luksusowa limuzyna lub jeep. Postój w Ułan Bator dosyć krótki (następuje wymiana mongolskich pasażerów) – niecałe 20 min, mamy spóźnienie. Po 20-ej jesteśmy w Zamin Uud pod chińską granicą, znów te debilne papierki...

Na szczęście mamy małą rozrywkę, przetaczają pociąg do hangaru na wymianę podwozia, albowiem rozstaw kół rosyjskich pociągów jest szerszy o trochę ponad 15 cm. Wiąże się z tym pewien kawał (aczkolwiek są tacy, którzy uważają go prawdziwą anegdotę) - kiedy  inżynier przedstawiał któremuś z carów plany pierwszej rosyjskiej linii kolejowej, zaproponował, aby tory były szersze - względy bezpieczeństwa, żeby nie ułatwiać wykorzystywania rosyjskich linii kolejowych taborowi wroga. Lekko podpity car nie bardzo zrozumiał intencje inżyniera i zapytał - na ch... szersze? W Rosji dość często nawet najbardziej niekonwencjonalne wypowiedzi cara przybierały formę obowiązującego prawa, więc inżynier nie zadał sobie trudu bardziej szczegółowej analizy słów imperatora i od razu potraktował je jako konkretną techniczną wskazówkę realizacji swojego pomysłu.

Kiedyś widziałem tę scenę wymiany kół na filmie – mroczna hala z powybijanymi oknami, wagony podwieszane na dźwigach linowych i umorusani robotnicy brzękający kluczami i młotkami, teraz nic z tego. Nowoczesny hangar niemal sterylnie czysty, wszyscy technicy w mundurkach – garniturach, białe koszule, krawaty. Żadnych topornych linowych dźwigów, tylko niewielkie podnośniki hydrauliczne, cała operacja przetoczenia kół zajmuje może pół godziny.  

O północy opuściliśmy granicę, chińscy celnicy umiarkowanie irytujący, przynajmniej zadbali o muzyczną oprawę swoich guseł serwując z głośników na peronie klasyczno – rockowy repertuar.

 

 

Witamy w Państwie Środka